Przeniesienie Imprezy do Karlina, jej powtarzalność, termin gwarantujący w większości przypadków świetną pogodę i liczne relacje obce sprawiły, że na trasę wyruszyłem także z własnym sprzętem amatorskim. Jak zwykle podstawowym elementem zniechęcającym do kontynuowania relacji pozostawało porównanie jakości moich materiałów z profesjonalnymi, ale uparłem się uznając, że ujęcia amatorskie też mogą sprawić przyjemność, tym bardziej, że zwykle pochodzą z miejsc innych niż wykorzystywane w materiałach obcych.
Zaczęło się od roku 2004, od zdjęć na stadionie...
Festiwal Młodzieży w randze imprezy międzynarodowej był jedną z najciekawszych imprez powtarzalnych. Na kilka dni zjeżdżały liczne ekipy z kraju i państw sąsiednich. Zwykle rozpoczęcie imprezy w amfiteatrze rozpoczynał barwny korowód - ekipy z fragmentami własnego repertuaru obchodziły miasto. Bywało wesoło i miło. Publiczność dopisywała zawsze. Bywało z nią różnie, ale służby porządkowe skutecznie robiły swoje.
Pandemia przerwała festiwale i wiele podobnych imprez. Czekamy tęsknie...
Po zarejestrowaniu lokalnych kąpieli Morsów w latach 2006 i 2008, po licznych zapowiedziach medialnych, 14 lutego 2010 pojechaliśmy sprawdzić, jak wygląda finał podobnej (3 dniowej!) imprezy w Mielnie. Podobieństwa istnieją - kąpiele odbywają się w zimę, są starannie zabezpieczone, na uczestników kąpieli zawsze oczekuje gorący posiłek. Reszta, to ogromne, oczywiste różnice. Główne np. w zestawieniu: 1-dniowa impreza o zasięgu lokalnym vs 3-dniowa impreza o zasięgu międzynarodowym; obsługa medialna, kąpiel w rzece vs kąpiel w morzu...
Po bezskutecznych poszukiwaniach zaparkować zdołaliśmy dopiero po zasadniczym finale. Z daleka uchwyciliśmy ubezpieczające loty ratowniczego helikoptera, z bliska - grupy solidnie, ciepło odzianych Morsów i samotnego, podobnie jak my mocno spóźnionego południowca (z wyglądu), który nie bacząc na koniec imprezy wykąpać się w Bałtyku chciał i chyba z własnej woli musiał.
Gorąca zupa rybna smakowała wyśmienicie. Wesołość zintegrowanych wspólną kąpielą Morsów cichła na terenie Mielna do późnych godzin.
Kolejną przyjemność rejestrowania Morsów w Mielnie zrealizowaliśmy 13 lutego 2012. Udało się mimo wielokilometrowej kolumny aut jadących do Mielna i tradycyjnych kłopotów z parkowaniem. Uroku imprezie znacząco dodawał nieprzerwanie padający śnieg. Z ogromną przyjemnością (i satysfakcją!) odnaleźliśmy wśród aktywnych Morsów, starych znajomych z Karlina - członków klubu SOPEL z Białogardu :). Zdjęcia wykorzystane w publikacji wideo, straciłem. Szkoda.
W roku 2015 zorganizowano w Mielnie imprezę o rozmachu i zasięgu wyjątkowym. Bicie rekordu Guinnessa! To bardzo cenna pamiątka. Nie tylko prywatna :)... Zdjęcia w publikacji wideo,
Po takim wydarzeniu od Mielna mogliśmy odpocząć. W roku 2017 zarejestrowaliśmy tylko fragment przygotowań do XIV Finału Międzynarodowego Zlotu Morsów. Zdjęcia jw.
Morsy w Kołobrzegu.
Po przypadkowej przerwie z roku 2018 straciłem podstawowe bodźce, mobilizujące do kontynuowania foto-historii MSK. Przerwa niewybaczalna, nie do odrobienia. Stąd mocno okrojony materiał, obejmujący fragmenty obozowiska, przemarsz do autokarów oraz końcówkę I etapu. Więcej w prezentacji wideo.
Wszystkich dotychczasowych i przyszłych uczestników gorąco pozdrawiam.
XVI MSK odbył się na wodzie wysokiej, przy częściowo zalanym terenie obozowiska, ukrytymi pod wodą pomostami Kompleksu Rekreacyjnego WODNIK i ...możliwością pływania na skróty, ponad przybrzeżnymi łąkami. Zdarza się to o każdej porze roku, przede wszystkim wtedy, gdy północne wiatry długotrwale wywołują na Parsęcie "cofkę" a
potęgują ją długotrwałe ulewne deszcze, wiosenne roztopy i lokalne zatory spływającej kry.
Zapis foto-wideo w roku 2017 obejmuje:
- w pierwszym dniu spływu - obozowisko, odprawę komandorską, odjazd do Stanicy w Białogórzynie, konkursy po I etapie, w tym m.in. pływanie kajakiem do tyłu, pływanie w pozycji stojącej, "czasówka" dla pań
- w dniu drugim - spływ przed Mostem Szczecińskim z wyborem dostępnej trasy. Większość uczestników płynęła trasą tradycyjną - rzeką Radew do jej ujścia i dalej Parsętą. Pozostali na skróty, z Radwi ponad prywatną obecnie "wyspą" i stawem od czasu, gdy z jej granicy usunięto siatkę ogrodzeniową przechwytującą wszelkie spływające nanosy
- w dniu trzecim - dojazd uczestników autokarami do mostu na trasie Ząbrowo-Pustary, start do etapu III, wyścig australijski pomiędzy kołobrzeskimi bulwarami, lądowisko za Halą Milenium.
Więcej w prezentacjach wideo wymienionych na wstępie.
Po zapisie obrazów obozowiska, odprawy komandorskiej i przejazdu do miejsca startu, na kajakarzy czekałem przy moście obwodnicy, nad Radwią. Bezskutecznie. Po długim oczekiwaniu i wykonaniu kilku zdjęć (017-020) stanowisko musiałem opuścić.
Zdjęcia z drugiego dnia spływu pochodzą z Parsęty, ze stanowiska zlokalizowanego w obrębie ujęcia wody dla ogrodów działkowych.
W Kołobrzegu zamierzałem zarejestrować wyścig australijski tradycyjnie rozgrywany pomiędzy kołobrzeskimi bulwarami na zakończenie każdego spływu. Gdy zaniepokoiła mnie nadmiernie przedłużająca się nieobecność kajakarzy, zapytałem o nich przypadkowego przechodnia. Odpowiedział, że wyścig został już rozegrany, a cała armada odpłynęła na Kanał Drzewny! Pechowy zbieg wydarzeń - na Radwi za wcześnie, na Parsęcie za późno.
Bez zmiany miejsca parkowania, przeniosłem sprzęt na wschodni brzeg Kanału. Zdążyłem wykonać kilka ujęć zbierania, czyszczenia i ładowania kajaków na przyczepy (061-069).
W Karlinie odbyło się zakończeniu spływu "obozowe". Nagrody, wyróżnienia - w tym uczestniczki najmłodszej i niezawodnego "Józka", który jak jedyny czynnie uczestniczył we wszystkich edycjach spływu. Także podziękowania dla koordynatora i tradycyjne DO ZOBACZENIA ZA ROK!
XIV MSK okazał się pierwszym z czternastu, w którym dokonano poważnych zmian programu. Powód główny - załamanie pogody. Etap drugi nie odbył się, trzeci-zastępczy, skrócono do odcinka Karlino-Bardy.
25 lipca, w drugim dniu spływu, nad Karlinem przetoczyła się potężna burza - ulewa z gwałtownymi piorunami (fragment w nagraniach wideo). Kajakarze pozostali w swoich namiotach, przyczepach, kampervanach. Ziąb i przelotne deszcze dnia następnego oraz kajakarski hart uczestników skłoniły organizatorów do uruchomienia etapu zastępczego.
W tegorocznej edycji miało miejsce zdarzenie, którego wstydzić się będę przez długie lata. We wcześniejszych edycjach uczestniczyli kajakarze w klubowych koszulkach z Zielonej Góry. Wielce sympatyczną grupę występującą z banerem ZIELONAGÓRA, potraktowałem jako dalszą część ekipy w/wspomnianej a zapis na banerze - jako błędny, w sposób prawdopodobnie niezamierzony.
Nie miałem do tego żadnego prawa, tym bardziej, że sam pochodzę z województwa podlaskiego, z siedzibą władz w Białymstoku a nie np. Białym Stoku, czyli dokładnie tak, jak Zielonagóra - n/Wartą w woj. wielkopolskim, powiecie szamotulskim, w gminie Obrzycko. Zapisując gorące przeprosiny pokutnie biję się w piersi. Aż dudni...
Tradycyjnie. Obozowisko na Przystani Wodnik w Karlinie. 3-etapowa trasa Białogórzyno-Karlino / Karlino-Pustary / Pustary-Kołobrzeg. Komplet uczestników, wśród nich nieliczni weterani z przyjemnością witani po raz trzynasty.
Po raz pierwszy spływ przeprowadzono w czerwcu. Wcześniej - w końcu sierpnia, później w końcu lipca. Nocne ulewy nie rozpieszczały, ale dobry nastrój i ...wspaniałe widoki na trasie tradycyjnie przetrwały bez szwanku :)). Niestabilna pogoda wymusiła ograniczenie zakresu rejestracji spływu głównie do terenu Karlina. Stąd zdjęcia etapu I z zachodniej części terenów Kompleksu Wypoczynkowego Petrico i etapu II - spod Mostu Szczecińskiego.
Prezentowane nagrania i zdjęcia pochodzą z:
- Bazy MSK na terenie Kompleksu Rekreacyjnego WODNIK w Karlinie
- przyjaznego cienia pod mostem obwodnicy Karlina. Musiałem schronić się w nim na czas długiego oczekiwania na kajakarzy. Przy pięknej pogodzie i wyjątkowo niskiej aktywności krwiożerczych owadów na otwartych terenach startu i długiego odcinka Radwi poniżej Stanicy, najwyraźniej wcale się im nie śpieszyło...
- okolic ujęcia wody dla ogródków działkowych, zlokalizowanego na Parsęcie. Seniorzy określają to miejsce jako Zakręt Żygadły, młodzi - Na Ujęciu lub Na Pompach :).
W roku 2012 zmienił się priorytet. Odwiedziła nas wnuczka z Anglii. Razem zarejestrowaliśmy przygotowania, odprawę komandorską i ...kąpiel. Przed spodziewanym powrotem kajakarzy z Białogórzyna, wypłynęliśmy im na spotkanie. Czekaliśmy w odległości około 300 m od mostu kolejowego. Pogoda pięknie dopisała więc pozostałe dni poświęciliśmy wyłącznie wnuczce. Kajakarzom - DO ZOBACZENIA ZA ROK :).
Kolejną, już dziewiątą świetną imprezę zrealizowano z udziałem 140 osób, przy dobrej pogodzie, średnim stanie wody i zwiększonej liczbie przeszkód na szlaku, uformowanych po niedawnej, gwałtownej burzy. Kilka niegroźnych wywrotek zaliczono. Z obu rzek ponownie zebrano ogromną ilość pływających śmieci. Dla tubylców dylemat - cieszyć się, czy wstydzić? Fotografie prezentowane powyżej oraz w galerii, uszeregowane narastająco z trzech dni spływu, pochodzą z obozowiska na terenie Kompleksu Rekreacyjnego WODNIK, postoju autokarów przed restauracją Na Skarpie, rzeki Radew we wschodnich terenach Petrico Park, etapowego lądowiska na terenach Wodnika, rzeki Parsęta przy ujściu Kanału Młyńskiego w Karlinie oraz lądowiska na Kanale Drzewnym w Kołobrzegu. |
2009-07-26 Parsęta - Kołobrzeg.
Z powodów jw. zdjęcia udostępniam wyłącznie w formie galerii z likwidowanej www. |
|
2009-07-25 Parsęta - Bardy.
Bagatelizowanie zaleceń i rad komandora zemściło się. Na ostatniej przeszkodzie przed Kolanem Żelimuchy w manewrujący przy przeszkodzie kajak, uderzył następny. Powstała sytuacja bardzo niebezpieczna - manewrujący kajak błyskawicznie poszedł pod wodę z całym wyposażeniem i ...załogą.
|
|||||||||||||
Kolano Żelimuchy.
Na wysokości bramki, na łąkach, trawa urosła do ramion. Mocno utrudnia przemarsz , a bramka, która w okresie nabrzmiewania pąków tworzyła wielce oryginalne tło dla nadpływających kajaków, teraz stanowi zwartą kurtynę liści. Trudno poza nią cokolwiek dostrzec. Gąszcz liści przesłonił nawet wymyślnie powyginane nad wodą konary drzewa, uparcie rosnącego na środku rzeki.
Przy wietrznej, łagodnej pogodzie bąki dokuczały mniej niż zwykle. Odcinek Białogórzyno-Nosowo słynie z ich aktywności. W upalne dni tną bezlitośnie nie tylko to, co porusza się na łąkach, ale także wszystko, co zdołają dopaść na wodzie. Skąpo odzianych w upalne dni kajakarzy, tną szczególnie ochoczo i bezwzględnie.
Pokonanie bramki odbyło się dość sprawnie. Nieliczne kajaki z nowicjuszami wpływały wprawdzie na bramkę bokiem, ale po wyłamaniu kilku gałęzi i dość nietypowych manewrach, pokonały ją i one.
W niewielkiej odległości od mojego stanowiska, ślady żerowania pozostawiła wydra, a zanim zwinąłem swój sprzęt pojawił się ciągnik z kosiarką. Akcję zaczynałem w trawie do ramion, skończyłam na łące dokładnie wykoszonej.
Ponieważ nie odnalazłem oryginałów wśród zdjęć odzyskanych, tymczasowo udostępniam link do galerii na likwidowanej www.
"Bramka" ok. 700 metrów powyżej mostu kolejowego.
Burmistrz, Pan Waldemar Miśko, po serdecznym powitaniu zasygnalizował zamierzenia dalszego rozwoju kajakarstwa w Dorzeczu. Uczestnikom spływu życzył przyjaznej pogody i atrakcyjnych doznań na trasie.
Formalnego otwarcia spływu dokonała jego patronka, Senator RP, Pani Grażyna Anna Sztark.
Lipcowy (po raz pierwszy) termin spływu przypadł na niekorzystny układ pogody. Wg prognoz meteo - przelotne, ale intensywne opady + postępujące, znaczne oziębienie. Stan wody w rzece - nieco powyżej średniej.
W sprawnej, tradycyjnej odprawie, komandor spływu - Pan Zbigniew Manicz, odwołując się do tragicznego wypadku sprzed tygodnia na Pisie, bardzo wyraźnie sprecyzował komandorskie wymagania, jednoznacznie określił niebezpieczeństwa, konieczne środki ostrożności oraz niezbędne formy zachowań na trasie spływu. Zaleceń, a tym bardziej rzek Radew i Parsęta, bagatelizować nie należy nigdy. Pełna wypowiedź - w materiale wideo. V-ce komandor, Pan Bogdan Bereszyński zaprosił do aktywnego udziału w sprzątaniu szlaku oraz w popołudniowych imprezach integracyjnych na terenie przystani. |
||
2009-07-24. Baza na terenie Kompleksu Rekreacyjnego WODNIK.
Wideo: VIII MSK Parsęta 2009 cz I / VIII MSK Parsęta 2009 cz II.
Kołobrzeg. Lądowisko za Halą Milenium.
Karlino. Parsęta - Próg.
Radew. Kolano Żelimuchy.
Radew. Ok. 300 metrów poniżej Hodowli Pstrąga w Białogórzynku.
Stanica Białogórzyno.
Karlino. Baza Spływu na terenie Kompleksu Rekreacyjnego WODNIK,
Uzupełnienia z dnia 2007-08-29. 1. Rozmawiałem z Panem Ryszardem Dachterą, organizatorem innego spływu, zrealizowanego podczas wysokiej wody. (To ten sam Pan Rysio, który w roku 2002, z koleżeńską pomocą pracowników naszej firmy, przygotowywał na "wyspie" teren pod pole namiotowe pierwszego spływu ogólnopolskiego, do którego obecnej, szóstej, międzynarodowej edycji zamknięto przyjmowanie 180 zgłoszeń już w kwietniu!). Opowiadał, że na mecie w Bardach wszystkie kajaki lądowały w bliskim sąsiedztwie stanicy, odległej od rzeki o prawie 200 metrów. Znam dobrze ten teren, więc wyobrażam sobie, jaki to był widok i aż mnie skręca, że nie mogłem go nagrać. Osiemnaście kajaków spływających z rzeki, płynących w popołudniowym słońcu na przełaj przez łąki - to sceny, o których taki jak ja entuzjasta, może tylko pomarzyć.
2. Pytano mnie kilkakrotnie, dlaczego nie biorę bezpośredniego udziału w spływach, skoro ciągle twierdzę, że towarzyszą im wspaniałe przeżycia. Odpowiadam: - z niewątpliwej przyjemności pływania kajakami zrezygnowałem już w latach sześćdziesiątych, najpierw na rzecz łodzi wędkarskich, później wielokomorowych pontonów, bardziej przydatnych w moich - uprzednio zwykle samotnych - wyprawach wędkarskich w nieznane. Z późniejszych doświadczeń wiem, że były to decyzje dobre, bo np. żaden z dostępnych wówczas w wypożyczalniach kajaków nie przetrzymałby halsowania wiosłową łodzią, jakim musiałem ratować się, gdy na jeziorze Niesłysz k. Świebodzina dopadła mnie wściekła burza, ani tym bardziej harówki przy pokonywaniu 3-kilometrowej przestrzeni na Zalewie Siemianówka, gdy nagłe, gwałtowne załamanie pogody przybrało formę przyrodniczego monstrum. Na jeziorze Niesłysz szły wysokie, ale w miarę regularne fale, więc po każdej siódmej, podobno najwyższej, silnym, przeciwstawnym ruchem wioseł udawało mi się dokonywać szybkiego zwrotu łodzi dziobem lub rufą do fali. Dopłynąłem z ranami na dłoniach, ale dopłynąłem. Na Zalewie nie było nic regularnego, podobnego do regularnej fali. Wiatr co chwilę smagał z innej strony, przed, pod i obok mojego pontonu powstawały półtorametrowe leje i kratery, a z najmniej spodziewanej strony, nagle i na krótko, wyrastały z wody szczyty i wygrzbiecenia, które sprawiały, że ponton giął się i osuwał w przeróżne strony, a ja, po ustawieniu elektrycznego silnika na bieg najwyższy, balansować musiałem na pontonie, jak małpa w cyrku.
Z takich powodów, a także z racji wieku i malejącej sprawności fizycznej (niestety!), w spływach kajakowych uczestniczę tylko pośrednio. Tworząc dokumentację foto-wideo dostarczam bardziej wiarygodnych niż obszerne opisy dowodów na to, co wciąż, przy różnych okazjach twierdzę - że spływy w Dorzeczu Parsęty prezentują się przepięknie, a uczestnictwo w nich dostarcza wspaniałych przeżyć.
2007-08-05. W niedzielę, na zakończenie trzeciego etapu "nawodnej części spływu" dojechałem do Kołobrzegu podczas wyścigu australijskiego. Pięknie w tym roku spisały się panie. Zwyciężyły. Brawo! Mam nieźle zarejestrowane na taśmie ich dumne zawołanie "BABY GÓRĄ!!!".
Tegoroczny, kołobrzeski obraz spływu nieco szokował. Czerwone (w większości) kajaki, czerwone koszulki, czerwone pióra wioseł - przy nawrocie do Kanału Drzewnego stworzyły na Parsęcie wielką czerwoną plamę. Dla mnie za ostrą Sądzę, że armada prezentowałaby się piękniej w koszulkach o kolorze kontrastowym dla czerwieni kajaków, ale to - jak zwykle - rzecz gustu.
2007-08-04. Słoneczny poranek drugiego dnia spływu wyraźnie poprawił nastroje na polu namiotowym. Słońce, poranna kawa przed namiotem, piękna roziskrzona słońcem rzeka i perspektywa kilkugodzinnego spływu w dużej grupie podobnie zauroczonych osób, to wspaniałe chwile. To wyrwana ze zwykłej codzienności czysta radość życia - chwile, które łagodzą napięcia i obyczaje, które umacniają sympatię dla przyrody i niemal wszystkiego, co w jej otoczeniu spotykamy. Piszę niemal, bo np. widok kolorowych śmieci (od małych opakowań po obudowy ...lodówek), uwięzionych w konarach zwalonych do rzeki drzew, myśleć z sympatią o sprawcach po prostu nie pozwala.
Wybór stanowiska do zapisania drugiego etapu - z racji wysokiej wody - również okazał się trudny. Po kilku porannych fotkach z przystani w Karlinie niezbyt fortunnie wybrałem Kolano Wrzosowskie, ok. 200 metrów powyżej mostu, w miejscu, w którym kończyłem spływy pontonowe z uczniami Szkoły Podstawowej. Dogodna dla ustawienia sprzętu piaszczysta łacha była widoczna, ale ok. 50 cm pod wodą. Zniknęły pod wodą również przeszkody, które przy niskim stanie wody wymuszały prowadzenie kajaków w pobliżu łachy.
Nie mając wyboru, ustawiłem sprzęt na wysokim brzegu. Większość kajaków przepłynęła daleko ode mnie, ponad niewidocznymi w wysokiej wodzie przeszkodami. Skoncentrowałem się na kamerze, bo teoretycznie tylko ona zapewniała(?) dobry materiał, ale po upadku na polbruk przystani, działo się z nią coś niedobrego. W zbliżeniach bardzo wytracała ostrość, a było i być powinno odwrotnie.
2007-08-03. W pierwszym dniu potwierdziła się reguła, że przy złej pogodzie wszystko w spływie przebiega szybciej niż zwykle. Gdy podjechałem na przystań z przekonaniem, że na odprawę i oficjalne otwarcie spływu będę musiał poczekać, uczestnicy przechodzili już do autobusów dowożących ich do Białogórzyna, na miejsce startu. Bez rozkładania kamery i wymyślania dla niej osłony przeciwdeszczowej, w mgle i mżawce, przy kilku próbnych ustawieniach aparatu zarejestrowałem kilka zaledwie scen, przekazałem komandorowi trzy komplety płyt DVD z dokumentacją foto-wideo wszystkich wcześniejszych spływów (3x2 płyty, z przeznaczeniem dla zwycięzców wyścigu australijskiego) i ...tyle mojego pierwszego podejścia.
Aby uniknąć podobnej sytuacji nad rzeką, na Kolano Żelimuchy na Radwi wyjechałem o ponad godzinę wcześniej niż zwykle. To również nie wystarczyło. Kolano zniknęło pod wysoką wodą. Jedyne, co nie uległo zmianie, to ilość i zaciekłość komarów. Rzekę znam dobrze, więc - wiedząc, że równorzędnego, wolnego od wody stanowiska przed nadpłynięciem kajakarzy nie znajdę - przestawiłem samochód na Pstrągowy Pagórek (nazwa prywatna z czasów, gdy w jego pobliżu łowiłem piękne potokowce). Kiedy prawie trzysta metrów poniżej sprawdzałem, czy uskok brzegu pod starymi dębami jest wolny od wody, nadpłynęły pierwsze kajaki. Zaczęła się gonitwa z czasem. Szybki powrót do samochodu po sprzęt, marszobieg na stanowisko, rozstawianie-zabezpieczanie sprzętu przed deszczem i ...te cholerne komary! Kilka kajaków straciłem, a przy rejestrowaniu następnych trudno było ocenić, od czego jestem bardziej mokry - od deszczu, czy własnego potu.
Po otuleniu peleryną i uruchomieniu bardzo wrażliwej na deszcz kamery, skoncentrowałem się na próbach nowego aparatu Pentax K10, który podobno jest tak dobrze uszczelniony, że potrafi bez szwanku znieść nawet krótką kąpiel. Na tegoroczne waruki jego standardowy obiektyw z niespełna 3-krotnym zbliżeniem okazał się za "krótki". Trochę szkoda - chcąc mieć ze spływu dobre nagranie wideo, trzeba być przy kamerze nieustannie, ale sprawdzenie aparatu stanowiło ogromną pokusę. No i w obu przypadkach uzyskałem efekty mizerne. Sprawdzając poradę, która miała zapewnić interesujące efekty, ustawiłem aparat na serię trzech zdjęć ze zmianą ekspozycji (normalna, jaśniej, ciemniej), przy punktowym pomiarze jasności tylko w środku celownika. Efekt z rozmytym tłem nie cieszy mnie wcale, a to, do czego ów eksperyment doprowadzić może, widać szczególnie jednoznacznie na fotce nr 065. Owszem, przyjemnie jest widzieć i rejestrować uśmiechnięte twarze i przyjazne gesty ale - w moim odczuciu - ich piękno pełne jest tylko na wyraźnie wyeksponowanym tle. Tle pięknym samym w sobie. To oczywiście rzecz gustu - z moim pewnie coś nie tak, bo nigdy np. nie potrafię podzielać fachowych, profesjonalnych zachwytów nad fotografią, która "oddaje efekt ruchu" w ten sposób, że na tle pięknie wyeksponowanych skał, kamieni itp. widzę wiązkę mlecznobiałych smug spływającej wody. Mnie ta sama kompozycja cieszy dopiero wtedy, gdy w zamrożonym obrazie wyraźnie widzę najdrobniejsze refleksy światła w ostro zarysowanych kroplach i załamaniach powierzchni strugi. Gdy tylko obok mnie przepłynął pilot końcowy, zwinąłem przemoczony sprzęt (w tym składane krzesło, na którym nie przysiadłem nawet na chwilę) i czym prędzej odjechałem na przystań, czyli tam, gdzie komarów jest mniej, a ciał do kłucia więcej. Tam okazało się, że podobnie jak w przed rokiem - gdy w okolicy Żelimuchy padał deszcz, na przystani nie spadła nawet kropla. Ale to raczej jedyne podobieństwo, dalej same różnice. W roku ubiegłym kajakarzy dopadła rzęsista ale krótka ulewa, w tym, od rana nękał uporczywy kapuśniaczek W ubiegłym, przy niskim stanie wody i stromych brzegach, kończono etap z wywrotkami - w tym lądowano bezpiecznie na nadbrzeżnej trawie, a niektórzy nawet na zalanej wodą polbrukowej promenadzie. W tym roku, na tejże promenadzie otrzymałem ostrzeżenie, po którym winienem się zdecydować - aparat czy kamera, foto czy wideo. Gdy na chwilę oddaliłem się od kamery pracującej na nieobciążonym statywie, bardzo krótko ale mocno dmuchnął wiatr. Kamera z wysokości 170 cm trzasnęła o polbruk, tuż przy krawędzi wody. Trochę się rozsypała, rozczapierzył się nieco zewnętrzny mikrofon. O tym, co byłoby, gdyby o parę centymetrów dalej wpadła do wody , wolę nawet nie myśleć. Obawiam się, że dużo czasu upłynie, zanim poznam wpływ upadku na funkcje, których ta kamera (HDV) ma bardzo dużo, a co gorsze - nie wszystkie zdążyłem rozpoznać, więc możliwości porównania są =0. |
2006-08-05 Etap II Karlino - most Ząbrowo/Pustary.
Od rana (a może jeszcze wcześniej) siąpił deszcz przechodzący chwilami w ulewę. Fotografowanie płynących, szczelnie osłoniętych kajakarzy wydawało się bez sensu - prawdopodobnie sami nie mogliby rozpoznać siebie. Pięknie za to wygląda na taśmie wideo gracja, z jaką pokonywali karliński "wodospad". Przy nagrywaniu okazało się, że stroje wcale nie były tak szczelne, a niektórzy uczestnicy nie mieli ich prawie wcale. Widać to - chociaż niezbyt wyraźnie - na nagraniach wideo... |
|
Próby znalezienia dogodnego stanowiska powyżej mostu Wrzosowo, w pobliżu pomnikowego, pięknego buka oraz przy samym moście, spełzły na niczym. Trwała prawdziwa ulewa. Z etapu pozostało wyłącznie nagranie z wodospadu w Karlinie.
2006-08-06 Etap III Ząbrowo/Pustary - Kołobrzeg. W ostatnim dniu spływu deszcz ustąpił. W Kołobrzegu, przed wpłynięciem armady spadło kilka kropel, pewnie tylko dla przypomnienia, że sztormiaki w kajaku warto mieć przy każdej pogodzie (jak parasol w samochodzie). Wpływający pomiędzy kołobrzeskie bulwary kajakarze, w zwartej kolorowej grupie, jak zwykle prezentowali się przepięknie. Rozdzielając się przed pierwszą fontanną, "przycumowali" przy obu brzegach Parsęty. Środek rzeki pozostał wolny dla uczestników wyścigu australijskiego, tradycyjnie wieńczącego nawodną część spływu. Uczestnicy wyścigu - jakby mało im było trudów i deszczu na trasie spływu - wielokrotnie opływać musieli pętlę z nawrotem przy fontannie. Im bliżej fontanny, tym bardziej na mokro i tak długo, dopóki na pętli nie pozostały trzy załogi rywalizujące o miejsca medalowe. Spośród pozostałych, po każdym nawrocie z wyścigu wycofywała się załoga na pętli najsłabsza. Po zakończeniu wyścigu, grupa z gracją odpłynęła w górę rzeki, aby kanałem drzewnym dopłynąć do lądowiska przy hali. Najlepszym dowodem na to, że spływ dobiegł końca i na wodzie nie pozostał nikt, kto mógłby oczekiwać pomocy, jest zarejestrowana przy lądowisku obecność pilota końcowego. Jego fotografia kończy niniejszą fotorelację.
Łączę podziękowania za liczną i atrakcyjną obecność na naszej przystani i wodach. Do zobaczenia za rok! Pozdrawiam :). |
|
2006-08-03 i 04 Odprawa i Etap I.
Po raz pierwszy w 5-letniej historii spływu bazę noclegową przygotowano na terenie przystani Wodnik. Uprzednio były to:
- w roku 2002 "wyspa zamkowa" przy ujściu Radwi
- w latach 2003-2005 rozległe i pięknie zagospodarowane w części hotelowej tereny www.petrico-park.pl.
Przy 136 zgłoszeniach do spływu trochę niepokoiła szczupłość terenu przystani. Doświadczeni kajakarze poradzili sobie z tym znakomicie ale trudno jest pozbyć się przekonania, że świetnym zwieńczeniem prac wykonanych nad Radwią byłby mostek o miłej dla oka konstrukcji (albo np. jednokierunkowe przęsła oparte na obu stronach potężnych ostróg mostu kolejowego, do których nigdy nie sięga fala powodziowa) i wygodne, rozległe pole namiotowe na brzegu gminy Białogard.
Niezależnie od tego, co w przyszłości postanowią w tym względzie władze obu oddzielonych rzeką gmin, teren kompleksu rekreacyjno-turystycznego z przystanią kajakową już teraz stanowi miłą wizytówkę Karlina a jego usytuowanie sprawia, że wśród podróżujących koleją wzbudza duże zainteresowanie nawet wtedy, gdy nie odbywają się na nim tak kolorowe imprezy jak spływy kajakowe, zimowe kąpiele MORSÓW czy noc świętojańska.
W odprawie oficjalnie otwierającej spływ, tradycyjnie wystąpił przedstawiciel obu głównych sponsorów spływu Pan Waldemar Miśko - burmistrz Karlina i jednocześnie przewodniczący zarządu Związku Miast i Gmin Dorzecza Parsęty z siedzibą w Karlinie. W. Miśko poinformował m.in. o dofinansowaniu spływu ze środków unijnych i o dalszych zamierzeniach inwestycyjnych Związku Miast i Gmin związanych z rozwojem turystyki w Dorzeczu, w tym o planowanej budowie czterech kajakarskich stanic nad Parsętą i dwóch nad Radwią. Burmistrz-przewodniczący otrzymał zasłużone brawa i pamiątkowy album z podpisami uczestników spływu; komandor spływu Pan Zbigniew Manicz - brawa i kajakarski upominek od kajakarzy niemieckich, a wszyscy uczestnicy spływu - pamiątkowe koszulki i kubki, wodoodporne etui na telefon, znaczki okolicznościowe spływu, wklejki TOK, materiały promocyjne ZMiGDP oraz serdeczne pozdrowienia od uczestników niemieckich.
Po wyczerpaniu informacji organizacyjnych uczestnicy przemaszerowali do autokarów, stamtąd odjechali na miejsce wodowania w Białogórzynie. Obozowisko pozostało pod całodobową opieką firmy ochroniarskiej.
Próba zarejestrowania na taśmie wszystkich pokonujących "Kolano Żelimuchy" na Radwi nie powiodła się z dwóch powodów. Grupa początkowa, pewnie w celu spokojnego przygotowania lądowiska dla pozostałych uczestników spływu, wyprzedziła grupę zasadniczą o prawie godzinę i pokonała "kolano" kilkanaście minut przed ustawieniem kamery. Zarejestrowanie spływających na końcu grupy uniemożliwiła przelotna, ale za to rzęsista ulewa - trafili przed kamerę dopiero na przystani w Karlinie, gdzie deszcz nie padał od rana do zakończenia etapu(!)
Po kilku wywrotkach zaliczonych na trasie, "sprawdzanie głębokości" rzeki zdarzało się i przy lądowaniu. Uśmiechy na twarzach jedynie potwierdzają, że kajakarze to sympatyczni, "pozytywnie zakręceni" ludzie, którzy nie tylko z pokonania przeszkód na trasie ale również i z takich przygód, mają wcale niemałą satysfakcję.
W edycji 2005, teraz już w randze międzynarodowej, darowałem sobie obozowisko i formalności otwarcia spływu.. A szkoda. Na terenach Petrico do odprawy stanęło 187 osób! Padł kolejny rekord, a obozowisko przy takiej liczbie mogę sobie tylko wyobrażać, mając w pamięci obraz spływów poprzednich, w których liczba uczestników nie przekraczała 100.
Spływ kajakowy Radwią i Parsętą przy tak dużej liczbie uczestników, to już duże wyzwanie dla organizatorów. Mizerna szerokość rzek, mocno zawężana przeszkodami, sprawia, że taki spływ przybiera kształt kolorowego i pięknego jak zwykle, ale bardzo długiego węża. Na tak wielkie, rozśpiewane i roześmiane kajakowe "plastry", jakie widywałem na Wiśle w Gniewie i Tczewie, na Parsęcie w Karlinie a tym bardziej na Radwi, po prostu nie ma miejsca. Dla mnie to koniec szansy zarejestrowania na taśmie wszystkich uczestników na więcej niż jednym stanowisku. Chcąc uchwycić wszystkich, muszę czekać, aż przed kamerą przepłynie pilot końcowy - przy takim rozciągnięciu spływu, pilot prowadzący z grupą towarzyszących mu uczestników, jest już od dwóch godzin na brzegu!
Etap pierwszy tegorocznej edycji zrealizowano na Radwi, ale na trasie skróconej - wodowanie w Białogórzynie zamiast Niedalina. Sądzę, że jest to rozwiązanie optymalne.
Mimo krótkiego pobytu nad "poprzeczką", przy tak dużej liczbie uczestników zarejestrowałem wiele błędów w jej pokonywaniu, ale także wiele fachowych porad i koleżeńskiej pomocy ze strony kajakarzy bardziej doświadczonych. W klipie wideo błędy kajakarzy w większości wykasowałem, ale wciąż natrętnie nachodzi mnie chęć zebrania takich fragmentów w jeden film np. szkoleniowy.
Cieszę się, że zdołałem zarejestrować pokonywanie przepławki przy moście białogardzkim. Fajne nagranie, szkoda tylko, że znów - zajmując się jednocześnie i kamerą i aparatem - dopuściłem do licznych prześwietleń obrazu z kamery. Sądzę, że można wytłumić je przy obróbce komputerowej, ale w moim amatorskim programie nie zdołałem tego dokonać, a na pozyskiwanie i poznawanie (naukę obsługi) innych, nie mam już czasu.
Po nieprecyzyjnych uzgodnieniach straciłem w tym roku duży fragment zakończenia spływu. Dojechałem do Kołobrzegu po tradycyjnym wyścigu australijskim, gdy uczestnicy powracali już do Kanału Drzewnego. |
|
W tegorocznej edycji zmieniono trasę pierwszego etapu, przenosząc go na długi i uciążliwy odcinek Radwi od Niedalina do Karlina. Ciekaw byłem, jak - po tak radykalnej zmianie trasy i ...pogody - uczestnicy spływu poradzą sobie z dużą odległością i licznymi przeszkodami na rzece. Znieśli to lepiej niż ja na brzegu, przy kamerze i wędce.
Ponieważ na nagranie miałem bardzo niewiele czasu (przed wyjazdem z rodziną nad morze), sprzęt rozstawiłem na terenach Petrico, około trzystu metrów powyżej obozowiska, na otwartym, pozbawionym cienia wysokim brzegu, z bardzo utrudnionym dostępem do wody. Początek czekania był przyjemny, ciepły, złowiłem nawet szczupaka, ale z upływem czasu stawało się coraz cieplej i coraz mniej przyjemnie. Spinning się przydał, bo po pozbyciu się szczupaka założyłem w jego miejsce chusteczkę, moczyłem ją częstymi wyrzutami do rzeki a mokrą schładzałem przegrzaną głowę i całą przypaloną resztę. Ryby w Radwi takiej przynęty nigdy wcześniej pewnie nie widziały, a ja żałowałem, że chusteczka nie jest dużo większa i np. włochata. Za każdym rzutem do rzeki mogłaby nabierać więcej wody :-).
Po takim przypaleniu nawet i nagranie wideo mam za mocno prześwietlone. Gdzie i jak utraciłem fotografie z Radwi, ustalić nie zdołałem. Pozostały tylko te, które powyżej prezentuję. |
|
|||
|
Skoro zainteresowanie imprezą tak rośnie, warto pofantazjować - jeżeli organizatorzy i główny sponsor, Związek Miast i Gmin Dorzecza Parsęty, zechcą zaprosić do uczestnictwa zaprzyjaźnione gminy europejskie, a sami kajakarze zechcą nagłośnić i zaprezentować mieszkańcom Karlina np. uroczystą paradę z pokazem sprawności w pokonywaniu naszego „wodospadu”, impreza może nabrać niezłego uroku i rozmachu. A chyba warto, skoro Karlino jest siedzibą głównego sponsora i bazą noclegową spływu.
W dniach 05-08.08.2004 padł rekord frekwencji – w spływie uczestniczyło 97 osób a po obowiązującym terminie zgłosiło się jeszcze kilka, wyraźnie zachęconych bardzo korzystną zmianą pogody. Niestety, zgłosiły się po utracie możliwości pozyskania dla nich kajaków.
Gruzowisko i próg betonowy przy fabryce UNICON pokonały wszystkie jednostki. Niektóre po dość długim wahaniu i nerwowych manewrach nad progiem. Na taśmie utrwaliły się i okrzyki strachu na progu i zwycięskie SUPEEER !!! poniżej. W uzupełnieniu relacji sugeruję, aby w kajakowych spływach wprowadzono kilka umownych sygnałów, przydatnych na przeszkodach, a w szczególności na progach, gdzie szum wody zagłusza nawet najgłośniejsze podpowiedzi. Bez nich, byłem bezradny. Gdy dwie panie manewrując długo nad progiem próbowały gestami uzyskać ode mnie podpowiedź, wystawiłem wyprostowaną rękę prostopadle do rzeki i wskazując na przemian nurt i rękę zaznaczałem na niej miejsce najlepsze do bezpiecznego spłynięcia. Nie zrozumiały, więc zniecierpliwiony zgiąłem wyprostowane ramię i obawiam się, że mogły to odczytać, jako "gest Kozakiewicza" :).
22-08-2003, Etap II.
W drugim etapie i dniu spływu, przykre zaskoczenie. Przy I (III od strony Karlina) moście rzeka absolutnie niepodobna do zachowanej w pamięci i sercu z wypraw wędkarskich. Szeroko, płytko, zerwane skarpy z brzegowymi ścieżkami, ogolone brzegi. Stanowiska, tzw. pewniaki, przy których zawsze zatrzymywała się troć, zniknęły. Dąb, przy którym na czas wędrówek za trocią pozostawiałem samochód, twardo stoi. Oby jak najdłużej!
Po wymianie pozdrowień i wykonaniu kilkudziesięciu zdjęć szybko oddaliłem się na ujście Radwi.
Na ujściu urozmaicenie nietypowe dla spływu. Koniec leniwego spływania. Aby dotrzeć do obozowiska na terenie kompleksu wypoczynkowego PETRICO, płynąć należało "pod górę". Silny na ujściu prąd spychał kajaki pod prawy brzeg, ale pokonano go profesjonalnie, z wyraźnym zadowoleniem z odmiany. Na pytanie, jak daleko trzeba płynąć w górę, często padała odpowiedź, że kilometr z hakiem. Z hakiem prawie 4-kilometrowym(!).
23-08-2003 Etap III.
Po reakcjach na progu w Białogardzie, na progach w Karlinie i w Pyszce spodziewałem się wielkiego przenoszenia i co najwyżej kilku pojedynczych prób przepłynięcia, tymczasem wszystkie załogi, z gracją i bez chwili wahania, nad progami niemalże przefrunęły. Z wynikiem różnym – jedni spłynęli na sucho, innym spieniona woda przez chwilę sięgnęła ramion i …pozostała w kajaku.
W Pyszce ustalono postój. Na brzegu ustawili się "podpowiadacze", którzy próg pokonali najwcześniej. Głośno, z należytą powagą, wskazywali nadpływającym "najlepsze" wejście na próg, a kierowali w największą kipiel. Uciecha na brzegu była tym większa, im więcej wody nabierały kajaki tak wprowadzane w wodne maliny. Nie obrażał się nikt.
Po osuszeniu kajaków i krótkim posiłku kolorowa armada odpłynęła do mety przy moście Ząbrowo-Pustary. Piękny to widok i chwilowa, ale wspaniała zmiana charakteru rzeki. Parsęta, stale piękna, zwykle obojętna i tajemnicza, często dzika, groźna i niebezpieczna, za sprawą spływów staje się przyjazna, wesoła, trochę tak, jak zalotna pannica gotowa odsłonić płynącym wszystkie wdzięki, skrzętnie skrywane przed tymi, co na brzegach. Takie wrażenie odnoszę również wtedy, gdy spływamy pontonami i obserwuję miejsca, do których przez ponad 30 lat nie udało mi się dotrzeć ze spinningiem. Ani latem, ani zimą.
24-08-2003. Etap IV.
W Kołobrzegu silny wiatr od morza. W Parsęcie cofka na tyle duża, że przeszkody przy moście młyńskim całkowicie zakryła woda. Uczestniczący w spływie po raz pierwszy, pewnie nawet nie domyślili się, że kilka dni wcześniej musieli by zachować w tym miejscu szczególną ostrożność. W rozegranym na zakończenie spływu wyścigu australijskim zwyciężyła załoga z Bydgoszczy w składzie Dorota Bigosińska - Maciej Dabski. Pozostało paradne spłynięcie Kanałem Drzewnym na miejsce lądowania za halą sportową.
Z uczestnikami pożegnaliśmy się smętnym, ale pełnym nadziei "do zobaczenia za rok!
Przy moście w Ryszczewie, z nadpływających kajaków niemal jednomyślnie odpowiadano: - Parsęta jest piękna, impreza jest super. Inne były tylko trzy odpowiedzi. Pierwsza – zero wrażeń, odcinek zbyt łatwy, za mało przeszkód. Druga – odcinek piękny, ale za trudny i uciążliwy, za dużo przeszkód. Trzecia – pięknie ale niebezpiecznie, dla kajakarzy za głęboko. Komentarz nasuwa się sam – rację ma większość, ale ostrożność i należny Parsęcie respekt zachować warto w każdym momencie pobytu i na rzece i nad rzeką.
21-08-2003. Etap I.
Krótko po godzinie 11, z parkingu przy moście drogowym na trasie Białogard-Połczyn, zwodowano 39 jednostek - 67 uczestników z Warszawy, Bełchatowa, Bydgoszczy, Gdańska, Gorzowa i Wałcza (sześćdziesiątym ósmym był elegancko przystrzyżony pudelek). Wiek uczestników 8 do 70 lat! Canoe, kolorowe - różnej wielkości i konstrukcji kajaki, kolorowe stroje kajakarzy, malownicze tło i piękna pogoda utworzyły wspaniałą scenerię.
Zaproszenie do uczestnictwa w dużym spływie, organizowanym z okazji dziesięciolecia Związku Miast i Gmin Dorzecza Parsęty, przyjąłem bez wahania. Odżyły wspomnienia z roku 1959. Obrazy spływów, obserwowanych przeze mnie na Wiśle, z wysokiej gniewskiej skarpy. Widzę je bardzo dokładnie nawet
W poniedziałek, 30 lipca, zaniepokojony ciszą internetową, telefonicznie zapytałem organizatora o jej powód i konkretny termin spływu tegorocznego. Odpowiedział, że spływ, zgodnie z wcześniej ustalonym, stałym terminarzem odbył się w ostatnim tygodniu lipca, w dniach 26-29.
Do roku 2018 zarejestrowałem wszystkie edycje spływu i zamierzałem robić to nadal, do czasu, gdy on albo ja, padnie. Przerwa, niezależnie od przyczyny jej powstania, zniszczyła wszystko. Nie mogłem sobie wyobrazić, jak spojrzę w oczy wielce popularnemu wśród kajakarzy "Józkowi z Polic". Do roku 2018 tylko my dwaj uczestniczyliśmy we wszystkich edycjach - On czynnie w kajaku na wodzie, ja ze sprzętem foto-wideo, w różnych miejscach na brzegu...
Ruch na mecie nie sprzyjał moim poczynaniom, więc - jako gość, który wprosił się sam - "zmyłem się po angielsku" wiedząc, że wyniki i własne zdjęcia zamieszczą na swojej stronie organizatorzy. Brak zdjęć z j. Żerdno, pośrednio związany z utrudnionym dostępem do brzegów (prywatna zabudowa i wygrodzenia), kompensuję przynajmniej częściowo odsyłaczem do stanu z roku 2008 :(.
oczywisty - rywalizowali kajakarze o bardzo zróżnicowanych osiągnięciach, w tym mistrzowie świata, rekordziści, zwycięzcy kajakarskich imprez międzynarodowych i, tradycyjnie ...Piotr Rosada z Białogardu :).
umiejętności własnych i jeszcze skromniejszych możliwości mojego sprzętu.
Na mecie zastałem sytuację "mieszaną". Jedni odpoczywali po ukończeniu Maratonu, inni z otwartej wody wpływali pod drogą na j. Żerdno do PK7, jeszcze inni powracali z niego aby odmeldować się na mecie. Stan
Liczba uczestników wciąż rośnie. Obecność wielu po prostu zadziwia. Dotyczy to i przedbiegów, i biegu głównego.
Stare Drawsko z przepustem pod drogą do j. Żerdno i PK7; meta.
Po powrocie z Siemczyna znalezienie miejsca na zaparkowanie auta okazało się trudniejsze niż rano. Przed bramą parkował inny kierowca. Kawałek wolnego pobocza znalazłem daleko od mostu, pod którym przepływa Drawa łącząca oba jeziora. Powtórzyłem błąd z Rzepowa - licząc na krótki pobyt, nie zabrałem wędkarskiego, składanego krzesełka. Niby to drobiazg nieco uciążliwy przy przenoszeniu, ale ogromnie przydatny właśnie w moim przypadku. Od zawsze źle znoszę agresywne zachowania reporterów, którzy merdają akcesoriami przed nosem fotografowanej/nagrywanej osoby i wchodzą przez okno, gdy wyrzuceni zostaną za drzwi. Dokładnie wybieram wygodne miejsce, rozstawiam sprzęt i krzesełko, siadam i robię swoje ze świadomością skromnych
PK5 Siemczyno.
Nieco zmęczony dojazdem i przemarszami w Rzepowie, nie zwróciłem uwagi na stan kamery w aucie. Trasę do Siemczyna przejechałem bez jej zapisu. A szkoda. Mijałem odcinki godne utrwalenia.
W Siemczynie miłe dla oka zmiany. Zastąpiły dawny, piękny jesienny obraz, utrwalony na utraconej, dobrze zapamiętanej fotografii z lat bodajże osiemdziesiątych. Na zdjęciu wykonanym z wysokiego brzegu przy dobrym świetle, była tylko daleka zatoka okolona bujną roślinnością pięknie wybarwioną kolorami jesieni.
Teraz, wzdłuż brukowego zjazdu zakończonego slipem ciągnie się wykoszony parking, obok z lądu wybiega ku wodzie solidny pomost, przy nim kilka jachtów i kąpielisko. Na pomoście sędzia Maratonu :). Na wzgórzu wygrodzone posesje z tablicami ostrzegawczymi.
Stan zagospodarowania brzegu zachęca do jego wykorzystania - mnie zniechęca rozmiar i stan zatoki. Wg wstępu do publikacji z roku 2008 opłynąłem ją "nie do końca". Do dalszego jej rozpoznania z pontonu z napędem elektrycznym, zniechęciły mnie duże obszary roślinności sięgającej powierzchni wody. Dla wioseł to tylko drobne utrudnienie, przy silniku elektrycznym to ciągłe, irytujące oczyszczanie śruby.
Podobnie, jak na wcześniejszych PK, po nagraniu kilkunastu uczestników Maratonu "meldujących się" u sędziego, poniosło mnie dalej, tym razem drogą przyzwoitą, przez Czaplinek.
gotowości, a samo miejsce okazało się placem (polem namiotowym ?) przy odpływie Drawy z jeziora Rzepowo. Tędy przebiega ważny, popularny szlak kajakowy. Stąd, obok intensywnie wiosłujących uczestników Maratonu, na krótko pojawiło się kilka kajaków turystycznych.
Od PK3, z uwagi na rosnącą siłę wiatru, wprowadzono zmianę trasy Maratonu. Zrezygnowano z PK6 w Czaplinku, uczestników przekierowano z PK3 do St. Drawska, stamtąd do PK4,5,7,meta.
Od dojazdu do PK4 w Ośrodku WAJK odstąpiłem ponieważ znaczących zmian w stosunku do stanu zarejestrowanego w roku 2008 nie spodziewam się. Jeśli nic nie stanie nam na przeszkodzie, jesienią spróbuję opłynąć stamtąd małe zatoki północne.
PK3 Rzepowo.
Decyzją o wyborze trasy dojazdowej do PK3 w Rzepowie złamałem daną samemu sobie kilkadziesiąt lat wcześniej obietnicę "NIGDY WIĘCEJ". Obiecałem to sobie po jeździe do Ośrodka WAJK z przyczepą i pontonem trasą przez Worowo, Skąpe, Rzepowo. Dla zestawu z długą, wąską przyczepą odcinek Skąpe-Rzepowo to przysłowiowa droga przez mękę. Przejazd nim podczas Maratonu, bez przyczepy, też nie był przyjemny, ale była to droga najkrótsza a w Maratonie liczy się czas..
W Rzepowie dwukrotnie pytałem o drogę. Przy Kościele oraz w budynku, przy którym - na szczęście - zauważyłem auto pań, za którymi uprzednio podążałem do PK1.
Prawie 40 lat wcześniej, podczas rozpoznawczego objazdu jeziora Drawsko jechałem dalej, do miejsca, w którym wyraźnie zarysowana, ale zalana wysoką wodą (?) droga biegła ku zaroślom pomiędzy dwoma jeziorami. Teraz okazało się, że do PK3 iść muszę drogą inną, na którą wjazd jest zabroniony. Informatorka nie określiła odległości, więc powędrowałem tylko z kamerą, bez tradycyjnie wykorzystywanego wędkarskiego krzesełka. Do PK3 dotarłem bezbłędnie ale odległość okazała się na tyle spora, że z przemarszu po krzesełko zrezygnowałem. Panie trwały na stanowisku w pełnej
bardzo smaczne, "grzechoczące" jabłka i jak obecnie wygląda pomost, na którym w upalne lato szpanował siedemnastoletni niegdyś nasz syn Michał :). Mile byłoby przy takiej okazji spotkać pana, który jako małolat doznał otwartego złamania nogi przy rowerowym zjeździe z Jadwiżyńskiej Góry. Jego i opiekunów zawiozłem do Szpitala w Złocieńcu i wiem tylko tyle, że stamtąd przewieziono go do Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie.
PK2 Uraz / Zatoka.
Duże zmiany na półwyspie Uraz widoczne są z daleka, nawet z drogi w odległym Jadwiżynie, z miejsca, w którym na krótko zatrzymaliśmy się w roku 1995, podczas wyprawy na Męcidół. Pomost, wiaty, sprzęt pływający, zadbany teren, nowe budynki. Podczas kilkudniowych pobytów w Urazie, do zatoki z PK2 nie wpływałem nigdy. Wędkarska baza Cechu Rzemiosł Różnych w Białogardzie mieściła się przy południowym brzegu półwyspu - po jej likwidacji trudno było znaleźć w tej części gwarantowane miejsce do parkowania auta i przyczepy z pontonem. Chętnie, przy najbliższej okazji sprawdzę obecny stan tej części półwyspu a ciekaw jestem m.in. co pozostało po bardzo starej, zaniedbanej jabłoni, na której późną jesienią dojrzewały
PK1 Zatoka Kluczewska / Plaża.
Zatokę Kluczewską pamiętam z lat osiemdziesiątych jako wodę mocno zarośniętą grążelami, ze zwartą nabrzeżną roślinnością. Od strony wody, z pontonu, nie dostrzegłem nic, co zachęcałoby do odwiedzin ponownych. Teraz grążeli nie ma (?), jest niewielki ale solidny pomost, również niewielki ale zadbany plac z wiatami, tablicą informacyjną i parkingiem dla kilku samochodów. Autorom i wykonawcom - słowa UZNANIA.
Na pomoście, przy niewielkim polu manewru (pod słońce) rozmieściliśmy się bezkolizyjnie. Panie zapisywały czas pod zgłaszanymi numerami nadpływających, oferowały wodę mineralną i banany, robiły zdjęcia. W roli piątego koła (podpowiadam sobie, że zapasowego), rejestrowałem przebieg rywalizacji sprzętem własnym.
Po kilkunastominutowym pobycie na PK1, skorzystałem z dobrej rady pań -pospieszyłem w okolice PK2 w Urazie, odległego "zaledwie" o 4,5 km. Spodziewając się kłopotów z wjazdem na posesję prywatną, wybrałem dobrze zapamiętane z wyprawy na Męcidół stanowisko przy drodze w m. Jadwiżyn, z bardzo rozległym widokiem na półwysep, jezioro i PK2.
Do szczelnie obstawionego autami Starego Drawska dotarłem z bardzo niewielkim wyprzedzeniem. Naruszając dobry obyczaj, auto przytuliłem do bramy w ogrodzeniu. Wyglądała na zamkniętą od dawna, na głucho, a lepszego miejsca znaleźć nie zdołałem. U mnie trwało to krótko...
"Parking" ów opuściłem natychmiast po starcie dwójek. Jedynki wystartowały chwilę wcześniej. Aby trafić na punkt kontrolny nr 1 w Zatoce Kluczewskiej, musiałem dogonić auto pań z Komisji Sędziowskiej. Udało się. Utrzymując kontakt wzrokowy dojechałem bezbłędnie.
Stare Drawsko. Termin 27-07-2019. Miejsce startu i meta - kąpielisko/przystań jachtowa. Maraton rozgrywany na jeziorach Drawsko, Rzepowo i Żerdno oraz łączących je odcinkach rzeki Drawa. Dystans 53,3, z siedmioma punktami kontrolnymi. Zastrzeżono możliwość zmiany-optymalizację trasy w przypadku niekorzystnych zmian warunków atmosferycznych. Zastrzeżenie zrealizowano z uwagi na narastający wiatr - zrezygnowano z PK6 w Czaplinku. Fragmenty Maratonu zebrane są – podobnie jak w przypadku Maratonu Parsęta 2016 – za zgodą organizatora, na prawach wolnego strzelca i trzech warunkach głównych – za friko, na odpowiedzialność własną, bez utrudniania pracy sędziowskiej :). (Formuła b. wygodna. Poza moralnymi, nie zawiera żadnych zobowiązań…). Warunki powyższe spełniłem w stu procentach :).
Wideo: - w opracowaniu.
Przedbiegi dzieci pogrupowanych wg wieku, tradycyjnie wzbudziły wiele emocji. Dzieci rywalizowały dzielnie a trudno dociec, kto przeżywał je silniej - rywalizująca dzieciarnia, czy włączający się do biegu rodzice.
Zdarzały się upadki i łzy, ale sprawnie i skutecznie łagodziła je obsługa techniczna biegu.
Wideo: Przed Biegiem Głównym / Przedbiegi w2 FHD / Z trasy Biegu Głównego / Przedbiegi w2 FHD
Wideo: Światełko do Nieba 2016.
Niezależnie od tego, co do powiedzenia mają wszelkiej maści antagoniści Jurka Owsiaka i WOŚP, pomysł i jego skalę od zawsze uważam za wielką i wielce pożyteczną. Chętnie biorę udział w większości edycji (wprawdzie tylko bierny) a symbolami WOŚP-serduszkami, zwykle oklejam swój sprzęt foto-wideo.
W roku 2009 miałem przyjemność uczestniczyć w inauguracyjnym kursie wagonu KKW, połączonym ze zbiórką wśród uczestników pieniędzy na kolejną edycję WOŚP i bezpośrednimi pracami przy dalszej odbudowie toru do Rosnowa. Nie znając konkretnych planów organizatorów, zaproponowałem krótkie postoje na przejazdach przez wszystkie drogi publiczne, z doraźną akcją wolontariuszek. Tak się stało. Zaskoczenie jadących samochodami okazało się duże, kwitowane najczęściej uśmiechem, a plon okazały.
Do Koszalina dojechałem po wcześniejszej bytności w Bardzlinie. Na rzece Radew odbyły się tam wędkarskie mistrzostwa wojewódzkie. Łowiono na muchę w czasie, gdy muchy śpią snem zimowym. Ku mojemu zdumieniu kilka lipieni złowiono...
Obecnie impreza stanowi inaugurację Pucharu Polski Automobilklubów i Klubów oraz Rajdowych Mistrzostw Polski Zachodniej. Świetne skrótowe opisy jej poszczególnych edycji zamieszczono pod adresem https://www.rmpz.pl/index.php?id=rajdmontekarlino. Z przyjemnością polecam. Dodaję fragment Rajdu z Karlina, z roku 2912.
Zaczęło się w roku 1971. Wciąż trwa. Dzięki chwytliwej nazwie nawiązującej do Rajdu Monte Carlo oraz staraniom organizatorów i wsparciu lokalnych samorządów, Policji, Straży Pożarnej, Koszalińskiego Sztabu Ratownictwa a z czasem także Radio i TV, impreza rozrosła się, objęła Białogard, lotnisko w Zegrzu Pomorskim i Koszalin.
Wideo: Przedbiegi / Bieg Główny / Zdjęcia w materiale wideo.
Otoczka biegu ciągle rozrasta się. Przemarsz orkiestry dętej, jej krótki koncert na estradzie, przejazd motocyklistów, przedbiegi o bardzo szerokim zakresie wiekowym (od przedszkolaków do miejcowych seniorów), koncerty po podsumowaniu i rozdaniu bardzo licznych nagród. W Biegu uczestniczyć mogą wszyscy, niezależnie od wieku, stanu zdrowia i stopnia niepełnosprawności. Wszystkiemu towarzyszy wciąż rozszerzające się zagospodarowanie stadionu, rośnie lista sponsorów i współorganizatorów. Rośnie obsługa medialna. Bieg Papieski staje się czerwcowym, powtarzalnym lokalnym świętem. KARLINO - GRATULACJE !!
Wideo: Stadion / 13-ty Kilometr w1 / 13-ty Kilometr w2 /
Rok 2004 Stadion.
Bieg Papieski 2011 - XIX Relacje
Wideo - Bieg Papieski 2010. Zdjęcia wykonane na trasie - trzynasty kilometr. Formuła Biegu zaskakająca ze względu na ogromną liczbę podziałów - kategorie wiekowe, płeć, stopień sprawności, miejsce pracy, miejsce zamieszkania itp, itd... Finalny koncert niezbyt udany poprzez kłopoty z zasilaniem sprzętu.
2010-06-13 XVIII Bieg Papieski.
Po prezentacjach zespołów wciąż trwają tańce z przerwami na wianki, światła laserowe i fajerwerki. Tańce trwają zwykle do białego rana, ale podobno zdarza się, że co niektórzy trafiają do własnych domów dopiero w poniedziałek.
Przez cały czas, namioty gastronomiczne serwują dania gorące i napoje. Jedyny niedosyt, to dla mnie elektroniczny byk. Uważam, że warto byłoby ustawić go w przyzwoitej odległości od publiczności i urządzić elektroniczne RODEO. Gusta bywają różne. Chętnie nagrałbym występ zwycięzcy.
Wideo: Fajerwerki Magicznej Nocy 2012 / Piknik Świętojański 2015 / Na terenach Wodnika /.
Noc Świętojańska na terenach Kompleksu Sportowo-Rekreacyjnego WODNIK w Karlinie, od roku 2005, od chwili jego oficjalnego przekazania mieszkańcom przypadającego na dzień 26.06.2005 roku, stanowi stałe piknikowe święto nie tylko mieszkańców okolic najbliższych. Przyjeżdżają i czynnie uczestniczą w licznych konkursach delegacje miast zaprzyjaźnionych, prezentują się liczne zespoły a podróżni przejeżdżający przez most kolejowy nad Radwią mogą nam co najwyżej takiego obiektu zazdrościć. Wodnik to nasz powód do dumy. O różnych porach roku. Do roku 2003 włącznie, był to jeden z najbrzydszych fragmentów Karlina!!.
Piknik Nocy Świętojańskiej rozpoczyna się zwykle w sobotę. W godzinach rannych mecze rozgrywają siatkarze, kajakarze spływają Radwią z Nosowa. Nieco później prezentują się przeróżne zespoły. Opisanie ich zajęłoby wiele miejsca i ...czasu. W godzinach popołudniowych montowana jest na dętkach ciągnikowych przeprawa przez Radew, do pokonania rowerem. Próby rejestrowałem wielokrotnie - nie trafiłem na nikogo, komu udałoby się na drugi brzeg rzeki dojechać.
Wideo: Kołobrzeg 2014 Rekord Guinnessa.
Wideo: Morsy 2006(007-008) / Morsy 2008(009-026) / Morsy 2010(027-031) / Morsy 2014(032-068) / Morsy 2015 / Morsy 2016(069-100) / Morsy 2018(101-139) /.
Wideo: VIII MFB 2017.
Na tafli jeziora zakotwiczono platformę z wysoko ustawioną czerwoną flagą. Uczestnicy konkurencji usiłowali ją zdobyć. Nie udało się to nikomu.
Doświadczony pilot, z którym (i ekipą TVP3) żeglowaliśmy nad Grabową twierdził, że na różnych wysokościach masy powietrza przemieszczają się w różnych kierunkach tak dalece, że zdarzyć się może nawet ...lądowamie w miejscu startu. Przesadzał ??
VIII MFB 2017 - Konkurencja Sprawnościowa.
Wideo: XVIII MSK 2019 /
Wideo: XV MSK Parsęta 2016 /.
Wideo: XIII MSK Parsęta 2014-skrót / Obozowisko Odprawa Wymarsz / Na Radwi / Na Parsęcie / Zakończenie /.
Wideo: XI MSK Parsęta 2012.
Wideo: X MSK Parsęta 2011 / Część 1 - W przeddzień / Część 2 - Odprawa i wodowanie / Część 3 - Radew pod górę / Część 4 - Niespodzianki na Radwi / Część 5 - Niespodzianki na Radwi cd. / Część 6 - Po uciążliwym etapie / Część 7 - Etap II / Część 8 - Etap II cd. / Część 9 - W obozowisku po II etapie / Część 10 - Etap III Finał / Parasolka / Wzorowy Żołnierz /.
Jak przystało na edycję jubileuszową, poświęciliśmy jej najwięcej czasu, na pełnych prawach oficjalnie zgłoszonych i opłaconych uczestników. Uczestników o charakterze "wolnych strzelców". Uzyskaliśmy zgodę organizatorów na dołączanie do aktywnych kajakarzy w dowolnym miejscu i czasie, na sprzęcie i nogach własnych. Jak wszyscy pozostali, otrzymaliśmy zestaw spływowych gadżetów. Korzystaliśmy z nich przez czas trwania spływu ze stosowną godnością. Na wodzie i na lądzie.
/Zgodę na rejestrowanie imprez organizowanych przy współudziale Urzędu Miasta i Gminy oraz Związku Miast i Gmin Dorzecza Parsęty posiadam od I OSK, od roku 2002 :)/.
Często (nie wiem, czy stale, przed każdą edycją), ekipa komandorska dokonuje przeglądu trasy, udrażnia ją, usuwając najniebezpieczniejsze zatory. W edycji tegorocznej, na dwa dni przed startem, nad dorzeczem Radwi przetoczyła się bardzo gwałtowna burza. W przeddzień objechałem odcinek rzeki pomiędzy Żelimuchą i Nosowem. Tak, jak przypuszczałem - powstały nowe, liczne zwały. Zapowiadał się trudny etap.
Po zarejestrowaniu tradycyjnej odprawy komandorskiej oraz wodowania w Białogórzynie, ekspresowo powróciłem do Karlina po ponton. Andrzej, mój wielokrotnie sprawdzony towarzysz wypraw już czekał w pełnej gotowości. Pozostawiając auto z pontonową przyczepą na poboczu leśnej drogi, wystartowaliśmy z płaskiego brzegu poniżej Kolana Żelimuchy. Z przeszkodami poradziliśmy sobie dość sprawnie. Bywało niebezpiecznie. Drzewa pochylone tuż nad wodą wyglądały tak, jakby z upadkiem do rzeki czekały tylko na nas. Nie upadły, ale nadmierny upływ czasu, przelotne deszcze-kapuśniaczki i dobiegające z pobliskiej E28 sygnały karetek pogotowia jadących w stronę Koszalina wzbudzały w nas czarne, niewypowiadane myśli. Gdy dopłynęliśmy do miejsca, w którym kilka (kilkanaście?) drzew ze sporym odcinkiem brzegu przegrodziło rzekę, postanowiliśmy czekać...
Wyniki publikuję w części 4 i 5 wideo. Niecodzienna rewia pomysłów. Słowa uznania dla Pani, która ponad korzeniami przerzuciła kilkanaście kajaków. Z załogą...
Nagrania i zdjęcia II etapu pochodzą z kilku miejsc nad i na Parsęcie. Przy Moście Szczecińskim kajakarze wykorzystali dwie możliwości. Jedni dopłynęli do mostu Kanałem Młyńskim z przenoską przed śluzą, drudzy przenieśli kajaki przy Moście Białogardzkim i dopłynęli naturalnym korytem Radwi przez jej ujście do Parsęty.
Po raz drugi spotkaliśmy się na Parsęcie, powyżej mostu Wrzosowo. Po spłynięciu z grupą kajakarzy lądowaliśmy w zatoce powyżej mostu, aby po przeniesieniu pontonu na przyczepę i zmianie miejsca, czekać na nich przed mostem Bardy.
Ziąb i pogoda w kratkę, jak zwykle nie popsuła nastroju. Po każdym etapie, pod gastronomicznymi parasolami Bazy, oddzielonej od miasta wysoką, zadrzewioną skarpą było normalnie - wesoło i głośno. Oddzieleni skarpą tubylcy niewiele mogli usłyszeć. Głosy i salwy beztroskiego śmiechu niosły się na duże odległości tylko wzdłuż rzeki i wieczornych mgieł do późnej nocy. Sponsorzy nie zawiedli. Na jubileuszowo liczne konkurencje i konkursy przygotowano mnóstwo nagród a sponsorowany i świetnie zaopatrzony grill nakarmić potrafił najgłodniejszego uczestnika imprezy.
Wideo: IX MSK Parsęta 2010 / Skrót / Marcin /
Wideo: VII MSK Parsęta 2008 / Slajdy.
Niezależne ode mnie zmiany w programie nieco pokrzyżowały moje plany, zmieniły zakres oraz układ tegorocznej dokumentacji foto-wideo, ale to drobiazg w porównaniu z faktem, że siódmy z kolei spływ odbył się w równie wspaniałej atmosferze jak wszystkie poprzednie, a mój - bardzo dla mnie cenny - komplet dokumentacji, obejmujący wszystkie spływy z cyklu "Parsęta ...." powiększył się o cenny zestaw nowych ujęć, z mnóstwem nowych twarzy. Plenery na trasie, mimo zaskakujących zmian, pozostały piękne jak zawsze.
Materiały uzupełniam dzięki profesjonalnej pomocy specjalistów warszawskiej Kliniki Danych IVITER. Z odzyskanych materiałów 238 zdjęć prezentuję z nadzieją, że wspomnienie niniejszej edycji sprawi uczestnikom przyjemność.
Wideo: VI MSK Parsęta 2007 / Slajdy.
Wideo: V MSK Parsęta 2006 / Slajdy.
Wideo: IV MSK Parsęta 2005 / Slajdy.
Wideo: III OSK Parsęta 2004 / Slajdy.
Wideo: II OSK Parsęta 2003 / Slajdy.
Spływ 4-dniowy na trasie Osówko-Kołobrzeg, podzielony na 4 etapy: I – Osówko-Białogard, II – Białogard-Karlino, III – Karlino-Pustary, IV – Pustary-Kołobrzeg, z namiotową bazą noclegową na terenach kompleksu wypoczynkowego PETRICO w Karlinie.
Transport uczestników po i do kolejnego etapu autokarami organizatora. Kajaki na lądzie - pod opieką służb ochroniarskich.
Wideo: I OSK Parsęta 2002 / Slajdy
Wideo: Przerwa i Koncert.
Wideo: Pierwszy Start.
Zarejestrowanie startu wszystkich załóg na terenie tak rozległym jak OSiR w Szczecinku, to zadanie dla jednej osoby, wyposażonej w kamerę stcjonarną i aparat fotograficzny raczej niewykonalne. Trudne nawet dla sprawnego operatora wszędobylskiego drona. Balony startowały jednocześnie w kilku miejscach. Zachwyt licznych obserwatorów był oczywisty. W każdym przypadku. Ale to podstawowa cecha całej "wielkoformatowej" imprezy.
Wideo: Festiwal Twórczości Młodych 2010 cz 1 / FTM 2010 cz 2 / FTM 2010 cz 3 / FTM 2010 cz 4 / FTM 2010 cz 5 / FTM 2010 cz 6 /
Foto brak.
Wideo: Przed pierwszym startem.
O Festiwalu dowiedziałem się z lokalnej prasy i radia. Takiej, "wielkoformatowej" imprezy nie rejestrowałem dotychczas nigdy, więc - czas najwyższy. Przede wszystkim sprawdziłem szanse uczestnictwa w imprezie na prawach oficjalnego sprawozdawcy. Oczywiście okazały się zerowe. Przyjąłem to ze stosowną pokorą, jako zwykły amator z mizernym sprzętem. Przy takiej imprezie organizatorzy zatrudniali znanych specjalistów :(.
Nieliczne wolne miejsca w koszach balonów wykupiono błyskawicznie. Pozostałem na nieznanym brzegu, ale nawet tu nie doznałem życzliwości. W trakcie rejestrowania nocnego koncertu przed moją kamerę wparował pękaty osiłek z dwiema kuso odzianymi panienkami. Na zwróconą uwagę odparł z głębokim przekonaniem, że przecież mogę sobie znaleźć miejsce inne. Ja, nie on! Żałosne, prawie śmieszne.
Gdy w trakcie nocnego koncertu, z kamerą i aparatem próbowałem powrócić do samochodu przez szczelnie zatłoczone schody, na moje grzeczne przepraszam, z trudem, na krótko, robiono wystarczającą lukę. W połowie schodów, na środku trafiłem na wielkoluda, który nawet nie drgnął, gdy inni obok tworzyli boczne obejścia. Złośliwie podziękowałem mu ekstra. Pozostał niewzruszony.
Wideo - Bieg Papieski 2004.
teraz, gdy po upływie prawie półwiecza precyzuję niniejszy komentarz. Są tak piękne, że żadne opisy i opowiadania wiernie odtworzyć ich nie zdołają, więc wciąż żałuję i zawsze żałować będę, że nie mogłem ich wówczas utrwalić ani na kliszy ani na taśmie. Skąd u mnie takie zauroczenie, naprawdę nie wiem. Duże znaczenie miała na pewno tamtejsza sceneria - Wisła podpływająca bardzo szerokim łukiem pod rozlokowany na wysokiej skarpie Gniew, bardzo rozległe widoki ze skarpy i duże, kolorowe armady, które słychać było z oddali, zanim pojawiały się nadwodnej mgiełce. Dźwięki gitar, śpiewy, śmiechy, rozmowy niosły się po wodzie bardzo długo a moje - dziewiętnastolatka - marzenia i myśli, towarzyszyły im nawet jeszcze chwilę po tym, jak cichły za horyzontem. |
||||||||||
Wspomnienia i zapowiedź dużego spływu na rzece, nad którą od trzydziestu lat z ogromną przyjemnością spędzam każdą wolną chwilę (to kolejne zauroczenie!), wywołały odruch - TE OBRAZY ZAPISAĆ MUSZĘ.
|
|
|
Do Kołobrzegu dojechałem po wyścigu australijskim, przyśpieszonym niekorzystną pogodą. Gdy, nieco zdezorientowany, odnalazłem uczestników na Kanale Drzewnym, najszybsi byli już na lądzie, pozostali dopiero do lądowiska dopływali.
Pogoda nie oszczędzała ich ani na wodzie, ani w obozowisku na lądzie. Na przystani, za halą sportową Milenium-Millenium (p. Google!), lądowali nieco umęczeni. Ale wytrwali. Po drodze, niejako przy okazji, mimo trudnych warunków, wykonali kawał porządnej roboty. Sądzę, że sponsorzy następnych spływów docenić to potrafią. Sponsorom przede wszystkim, dedykuję tegoroczny zapis. Zdjęcia w galerii jw. Wymienię, gdy odnajdę je podczas uzupełniania www niniejszej. PS. W roku 2009 odpowiadałem uczestnikom spływu, że materiały foto-video odnajdą na stronie www.wyprawypontonowe.pl. Niniejszym prostuję - do roku 2041 dostępne będą pod adresem. |
|
Przez tak długi okres działo się bardzo dużo. Ze spisania tylko najważniejszych wspomnień powstałaby opasła księga. Żyłem skromnie, z ogromną niechęcią obserwując polityków i wszelkich "doradców". Każdy wydaje odmienną opinię i pozostaje przekonany, że rację ma tylko on. Pozostaje "telegraficzny skrót" odniesiony głównie do najważniejszych powodów zmian.
Współpraca z Naczelnym układała się dobrze, z jednym niemiłym dla mnie wyjątkiem. Od czasu, gdy przywieziono mu zastępcę, 80% czasu spędzał poza firmą, ale dzięki temu i własnym szerokim znajomościom potrafił załatwić naprawdę dużo - dla firmy, dla załogi, dla poszczególnych pracowników, dla mnie też.
Od zawsze wysoko ceniłem partnerskie współdziałanie dla dobra wspólnego, niezależne od poglądów politycznych. W Karlinie takie zastałem i sądzę, że było największą zasługą ówczesnego, głównego gospodarza miasteczka. Mawiano o nim, że nie umiał rozpocząć pracy bez codziennego obchodu nielicznych wówczas ulic. Wchodził do biura, siadał przy telefonie i stanowczo prostował to co wydało się mu krzywe. To właśnie on wymógł na POM m.in. pomoc dla miasta przy odśnieżaniu ulic remontowanymi w POM ciągnikami gąsienicowymi DT 54 i DT 75, zadaszenie amfiteatru, metalowy mostek na Radwi. To on próbował namówić Irenę do funkcji ratownika na rzecznym kąpielisku. Poddał się słysząc, że Irenka pływa jak przysłowiowa siekiera, czyli niewiele gorzej niż ja. To śp. Władysław Bąkowski. W potrzebie wielokrotnie potrafił pomóc - chyba każdemu.
Z dniem podjęcia pracy, na okres przejściowy otrzymałem umeblowany pokój służbowy nad "całodobową" portiernią POM, w sąsiedztwie zakładowej świetlicy i stołówki. Później, mój Naczelny "załatwił" - również na okres przejściowy - 2-pokojowe mieszkanie (z ciemną kuchnią) w zakładowym bloku ZPPiW, przeznaczone dla kadry technicznej tamtejszych Zakładów. Zanim doszło do przeprowadzki, w służbówce odwiedził nas ojciec Ireny z bratem-Rosjaninem, który koniecznie chciał odwiedzić wspólnych przyjaciół w Koszalinie i Darłowie. Wspominam to, ponieważ podczas jazdy doszło do zabawnej sytuacji. Jan jakoś uniknął wywózki do Niemiec, pozostał na Białorusi, przyjął obywatelstwo ZSRR. Jadąc do Koszalina kilkakrotnie kręcił głową na widok stad saren pasących się na częściowo bezśnieżnych polach. Zagadnięty odpowiedział, że takie widoki bardzo go dziwią - na jego terenach dzika zwierzyna już dawno została ...zjedzona.
W okresie, gdy mieszkaliśmy w służbówce a później w zakładowym mieszkaniu ZPPiW, powstawało Osiedle Chopina współfinansowane przez ZPPiW, Białogardzką Spółdzielnię Mieszkaniową i Urząd Miasta. Gdy do użytku oddano blok, w którym dysponentami całych klatek schodowych (z trzema mieszkaniami na każdym piętrze) były wszystkie w/w jednostki, w jednej z nich otrzymaliśmy mieszkanie na piętrze IV, pod warunkiem, że stanę się członkiem BSM oczekującym na mieszkanie własnościowe. Warunek oczywiście spełniłem, ale podczas korzystania z mieszkania na IV pietrze okazało się, że ma ono nieprzyjemną wadę - gałkę zamiast zewnętrznej klamki, uniemożliwiającą wejście do mieszkania bez użycia klucza. Zdarzyło się i mnie, że po wyjściu na bardzo krótką chwilę wracać do siebie musiałem poprzez mieszkanie sąsiadki. Gdy z jej balkonu na piętrze III wspinałem się na własny, na dole zebrała się grupka obserwatorów, ciekawych - poradzę sobie, czy spadnę. Nie spadłem. Poza tym pamiętałem, że przed nieostrożnym wyjściem, nasze drzwi balkonowe były otwarte...
Po uzyskaniu statusu członka BSM oczekującego na mieszkanie własnościowe, dalsza pomoc Naczelnego stała się w tej dziedzinie zbędna, musiałem radzić sobie sam - w pracy i poza nią. Naczelny zachowywał się podobnie jak lew na sawannie - wciąż objeżdżał nasz rejon obsługi, "rozpoznawał sytuację", podtrzymywał lub odnawiał układy, umacniał i - niestety - obiecywał. Podczas jego nieobecności, wszelkie prośby, uzgodnienia, żale i pretensje telefonistka automatycznie kierowała do mnie. Było tego na prawdę dużo - jak to w rolnictwie, w którym wciąż dużo dzieje się począwszy od orek i siewów wiosennych, poprzez chemizację, zbiory płodów, do orek i siewów ozimych. Wobec poważnych szefów przedsiębiorstw rolnych telefonujących i odwiedzających nasz Ośrodek, pod nieobecność Naczelnego podejmowałem konkretne zobowiązania. Naczelny wracał, bez słowa porozumienia zmieniał moje ustalenia, bo akurat coś zupełnie odmiennego obiecał komuś w terenie. W normalnym przedsiębiorstwie sytuacja nie do wyobrażenia!! Cierpiał na tym przede wszystkim wizerunek mój, firmy, najmniej jego. Moje krytyczne uwagi przyjmował z wyraźną niechęcią i ...nadal podobne sytuacje stwarzał. Dlaczego? Mogę jedynie domyślać się, ale na pewno nie z powodu poczynań moich. Swoje miejsce w szeregu znam doskonale, a lojalność służbową cenię wysoko.
Skoro mowa o lojalności. Przez dwanaście lat odnotowałem kilka przypadków jej wielce nieprzyjemnego gwałcenia. Jako pierwszy "wystartował" przewodniczący zakładowego Związku Zawodowego z żądaniem(!) zwiększenia kilku stawek płacowych za czynności, przy których niektórzy jego podopieczni, pomimo "usilnych starań" zarabiają poniżej przeciętnej zakładowej. Moje tłumaczenia i kontrargumenty poparte świetnymi wynikami innych pracowników wykonujących te same czynności traktował jako obraźliwe sprzeciwianie się woli ZZ. Pozostał wrogiem nr 1. Wrogość wzmogła się, gdy - stosownie do jego sugestii - powierzyłem jednemu z "działaczy" czynności, przy których inni osiągali najwyższe zarobki. Działacz po upływie dwóch miesięcy osobiście poprosił o przywrócenie mu czynności wcześniejszych, bo na nowych, mimo większego wysiłku, stracił około 30% zarobku. Moje ostrzeżenia potwierdziły się - efektywnie wykonywać konkretne czynności może tylko właściwie dobrany człowiek, jego wiedza, zdolności organizacyjne, doświadczenie a także warunki fizyczne i kilka innych, równie ważnych cech. Działacz wielu z nich nie miał.
Pan przewodniczący krótko po tym, jak awansował do struktur powiatowych, spróbował odegrać się. Pewnego dnia, gdy pod zwykłą nieobecność Naczelnego rozstrzygałem na terenie zakładu jakiś gorący problem, na hali odnalazła mnie sekretarka. Poinformowała, że w gabinecie Naczelnego czekają "goście z powiatu" - chcą ze mną rozmawiać. Poprosiłem, aby chwilę zajęła się nimi, podała napoje, powiadomiła że przybędę niezwłocznie i wysondowała, w jakim przybyli celu. Jeżeli zechcą coś wiedzieć o DORO, to do przekazania szczegółów poleciłem podesłać im kierownika działu technicznego.
Gdy po załatwieniu sprawy wszedłem do gabinetu z usprawiedliwiająco-przepraszającym uśmiechem, rozłożony w fotelu, młody i wielce nadęty przedstawiciel KP PZPR wystartował do mnie z grubej rury:
- a Wy co Dyrektorze?! Nikt Was jeszcze nie nauczył jak należy przyjmować gości z powiatu!? Pozwalacie na siebie czekać, przysyłacie szeregowego pracownika!? Jeżeli tak to wygląda, to możecie zacząć się pakować. Za tydzień już Was tu nie będzie, ktoś taki nie może pełnić tak ważnej funkcji.
Uśmiech zamarł na mojej twarzy a widok rozpartego w fotelu, szyderczo uśmiechniętego pana związkowca rozwścieczył mnie ponad wszelkie granice. Odpowiedziałem:
- przede wszystkim to żaden szeregowy pracownik, tylko kierownik działu technicznego z wieloletnim doświadczeniem, a skoro mam się pakować, to nie widzę powodu do dalszego wysłuchiwania podobnych połajanek.
Mówiąc to zrobiłem zwrot na pięcie i ze słowem ŻEGNAM, trzasnąłem drzwiami gabinetu. Aby choć trochę uspokoić się, wyszedłem na teren zakładu. Dogoniła mnie sekretarka z informacją, że goście czekają na mnie nadal, że chcą rozmawiać dalej. Świadom partyjnej wszechmocy, pewien spełnienia groźby poprosiłem, aby im przekazała, że przyjść nie zamierzam, bo zająłem się pakowaniem. Kiedy i jak opuścili zakład - nie wiem.
Przepełniony zdenerwowaniem, obrzydzeniem i świadomością, że w taki sposób muszę rozstać się z pracą, do końca dnia nie pojąłem żadnej czynności służbowej. Gdy z terenu zjechał Naczelny, powiadomiłem go o całym zdarzeniu i związanej z nim niezdolności do dalszej pracy. Szef wysłuchał, chwilę pomyślał, doradził natychmiast udać się do I Sekretrza KP, bo to człowiek normalny, który do spełnienia gróźb nadętych, podległych mu funkcjonariuszy, po prostu nie dopuści. Miał rację. Za poręczeniem "Pierwszego" powróciłem do normalnego pełnienia obowiązków. Obu "panów-towarzyszy" nigdy więcej nie spotkałem.
Ale był to tylko drobny incydent lokalny. Z przeogromnym niesmakiem wspominam otoczkę zdarzenia o charakterze państwowym.
Tereny naszego województwa odwiedziła delegacja władzy, z towarzyszem Edwardem Gierkiem na czele. Lokalne służby błyskawicznie wybrały najnowocześniejsze gospodarstwo hodowlane, przewieziono do niego z rozległej okolicy najdorodniejsze okazy byków. Gdy z ekipą TV zjechała Delegacja - wszystko prezentowało się wzorowo. Skrzeczące polskie rolnictwo w tak przygotowanej prezentacji po prostu nie wymagało ani państwowej troski, ani ulepszających działań!!
Gdy Polskę ogarnęła fala strajków solidarnościowych, wzrosło także napięcie w POM. Kolejne wydarzenia wyzwalały zaskakujące zachowania. Kierownik jednego z działów usługowych przypisanych do mojego nadzoru, doskonale radził sobie samodzielnie. Kiedykolwiek do POM trafiały z terenu prośby bądź sugestie, przekazywałem je kierownikowi, on zajmował się nimi dalej wg możliwości swojej ekipy. Skarg ani zastrzeżeń nie było nigdy. Wspieraliśmy się na bieżąco przemieszczając ekipy w miarę spiętrzeń powstających w zakładzie lub obsługiwanym terenie. Zależność służbowa pozostawała fikcyjną. Gdy w kontaktach z "Technicznymi" pozostałych przedsiębiorstw skupionych w Zjednoczeniu dowiedziałem się, że w wielu z nich pracami terenowymi kierują wydzieleni zastępcy dyrektora, wystąpiłem do Naczelnego o przerwanie fikcji i powierzenie takiej funkcji kierownikowi naszemu. Po kolejnym wznowieniu tematu Naczelny stwierdził, że nie uzyskał zgody Zjednoczenia. Odmowę uzasadniono niewystarczającym (średnim) wykształceniem kandydata.
W trakcie postępujących zmian odeszli - Naczelny na emeryturę wcześniejszą, "Ekonomiczna' do kołobrzeskiej firmy, bliższej jej nowego prywatnego domu i Gł. Księgowa - na emeryturę wysłużoną. Zaczęły mnożyć się niespodzianki. Kilka najmniej przyjemnych muszę (i chcę) opisać.
Gdy władze zdelegalizowały NSZZ Solidarność, zakładowi związkowcy usunęli z dużej związkowej tablicy wszystkie komunikaty. Na ciemnym tle gabloty środkowej, największej, wpięli czerwony goździk z czarną, żałobną wstążką. Wyglądało to pięknie w swojej skromności, doskonale oddawało nastrój ówczesnych chwil. Szybko okazało się, że nie wszyscy myślimy podobnie. Sekretarka, odnalazłszy mnie na terenie zakładu powiadomiła, że w towarzystwie niezaakceptowanego kandydata na zastępcę, czeka na mnie delegat z KW PZPR. Śpiesząc do tak ważnego gościa nie mogłem wymyślić logicznej odpowiedzi na dręczące pytanie - co i dlaczego przy delegacie robi nasz nieakceptowany kandydat?
Okazało się, że nic, poza minami dostosowanymi do słów i min delegata.
Po zapewnieniu, że pracujemy normalnie, delegat uznał za konieczne pokazać, jak ta moja normalność wygląda. Zaprowadził nas (raczej mnie!) przed gablotę i wskazując goździk zapytał - A co znaczyć ma TO! Odpowiedź, że TO nie ma żadnego wpływu na pracę, wyraźnie go rozwścieczyła. "Nakazał" zlikwidować całą tablicę w ciągu najbliższych kilku godzin. Rozwścieczył się jeszcze bardziej, gdy wtrąciłem, że zamiast zajmować się drobiazgami, byłoby lepiej, gdyby spowodował powołanie nowego Naczelnego, bez dalszego zmuszania mnie do pracy za trzy ważne osoby. Gdy odjechał porozumiałem się telefonicznie z lokalnym Komisarzem WRON. Pan kapitan podzielił moje obawy, że likwidacja tablicy podziała jak iskra. Uzgodniliśmy osłonięcie jej skręconymi płytami wiórowymi. I tak się stało. Kto i dlaczego próbował zrobić z tego aferę - nie wiem do dzisiaj. I wiedzieć nie chcę...
Podczas burzliwych wydarzeń w kraju dwukrotnie nawiedził mnie przedstawiciel SB. Chciał poznać nastroje wśród załogi i pomóc w "uspokojeniu" ewentualnych wichrzycieli. Podziękowania za chęć pomocy, stwierdzenie, że pracujemy normalnie bo załoga doskonale wie, że i pracujący i strajkujący jeść muszą, oraz oświadczenie, że w przypadku utraty kontroli nad wydarzeniami w zakładzie wolę wybrać własną dymisję, wyraźnie go rozczarowała. Gdy dodałem, że wystarczy aby swoją pomoc sprowadził do szepnięcia komu trzeba o moim przemęczeniu pracą za troje, miał dość. Co i jak zapisał w swoich raportach dla przełożonych - nie wiem.
Dyrektora Naczelnego Zjednoczenia szanowałem zawsze, od pierwszego kontaktu. Bywał u nas dość często. Kilka razy zapytał, jak pracuje się z moim szefem. Nie skarżyłem się nigdy, bo poza ciągłą skłonnością do zastępowania moich obietnic swoimi, pozostawiał mi dużo swobody. Mocno zaskoczyła mnie jego reakcja na wydarzenia bieżące. Gdy wśród postulatów strajkowych znalazło się żądanie wycofania wojsk ZSRR z terenów Polski, Rosjanie zareagowali natychmiast średnio 3-krotnym zwiększeniem cen części zamiennych. Dla przedsiębiorstw specjalizujących się w naprawach głównych ciężkiego sprzętu rolniczego produkcji radzieckiej zmiana okazała się zabójcza. Pozostawały dwa naturalne rozwiązania - korekta cen za NG w górę, lub rezygnacja z ich wykonywania, ze stosownymi przesunięciami wśród załogi. Oba rozwiązania Naczelnego wyraźnie zdenerwowały, zarzucił mi brak wrażliwości politycznej. Uważał, że niebezpiecznie pogorszą nastroje także wśród rolników. Stwierdził, że takich zmian nie akceptuje. Pozostało minimalizowanie szybko narastających strat.
Przewidując, czym to się skończy, w bardzo skromnym (na początek) zakresie uruchomiłem działalność na własny rachunek.
Pewnego dnia, lotem błyskawicy zakład obiegła wiadomość, że w gabinecie Naczelnego rozsiadła się delegacja z Koszalina. Wezwano czynniki społeczne, aby przedstawić im Nominata. Odetchnąłem z ulgą, z przekonaniem, że wreszcie będzie ktoś, kto przejmie lwią część ciążących na mnie obowiązków. Zdziwiło mnie trochę, że funkcję Dyrektora Naczelnego POM powierzono tej samej osobie, której uprzednio odmówiono funkcji zastępcy dyrektora ze względu na niewystarczające wykształcenie. Ale - jak powiadają rdzenni rolnicy - nie mój ogród, nie moje owoce. Powierzono ją osobie właściwej politycznie, oficerowi rezerwy(?), a mnie polityka brzydziła od zawsze. Wciąż, z modulowaniem stosownym do okoliczności, powtarzałem gdzieś zasłyszaną/przeczytaną opinię, że polityka jest jak świeża kupa dziecka - z którejkolwiek strony tknie się ją, z każdej śmierdzi.
Moje nadzieje na spokojniejszą pracę nie sprawdziły się, przynajmniej nie tak szybko, jak się spodziewałem. Na początku Nowy, po odebraniu moich szczerych gratulacji przychodził do mnie ze stertą korespondencji, aby uzgodnić, do kogo ją przekierować i ewentualnie, co komu odpowiedzieć. Załatwialiśmy to szybko, ale Nowy pozostawał dłużej. Bardzo lubił opowiadać o ekstrawagancjach spotkań z kolegami-oficerami rezerwy. Czy robił to celowo aby podkreślić różnicę pomiędzy nim i "szeregowcem dyplomowanym", któremu najpierw odmówiono rekomendacji na studia w WAT a później odebrano wszystkie nagrody i wywalono z kompanii szkolnej po bezpośrednim starciu z nowym dowódcą drużyny - nie wiem, ale po wydarzeniach późniejszych mam prawo brać taką ewentualność pod rozwagę.
Kiedyś poprosiłem, abyśmy rozmowy przełożyli na później, bo mam do zrobienie coś pilnego. W kolejnym "ruchu" Nowy, poprzez sekretarkę, podesłał mi do rozdysponowania kolejną stertę korespondencji. Taka zamiana służbowej pomocy na służbowy obowiązek odebrałem jako grubą przesadę. Intencje stały się jasne podczas ogólnego zebrania załogi pod jego wodzą. Nowy zgrabnie połączył fakty, bez wskazania rzeczywistych przyczyn. Po prostu stwierdził, że w okresie, gdy samodzielnie zarządzałem przedsiębiorstwem, POM po raz pierwszy od wielu lat zanotował straty.
Po takim faulu złożyłem wypowiedzenie - możliwości dalszej współpracy z osobą, która w taki sposób manipuluje faktami, nie widziałem żadnej. Po upływie prawie czterdziestu lat uważam, że popełniłem emocjonalny błąd. W przypadku przeczekania do likwidacji POM miałbym i satysfakcję, i dużo wyższą emeryturę...
Użyłem określenia "emocjonalny". Właśnie. Po prawie 50-latach od niecodziennego wydarzenia miewam wyrzuty sumienia. Tym bardziej, że niegdyś sam znalazłem się w sytuacji, w której- nie bacząc na konsekwencje - gotów byłem porzucić wszystko i udać się w siną dal.
Na usilną prośbę klienta, po stosownych uzgodnieniach z pracownikami, obiecałem mu, że naprawiony sprzęt odebrać będzie mógł jutro. Po upływie niespełna godziny od uzgodnień przybiegł do mnie roztrzęsiony, najważniejszy wykonawca uzgodnień z wiadomością, że natychmiast musi urwać się z pracy i nie będzie go także w dniu następnym. Gdy spytałem, czy i jak mogę mu pomóc, czy ma jakiegoś zastępcę do wykonania uzgodnionych czynności, odrzekł, że teraz nie może i nie jest w stanie o tym myśleć. Dlaczego - nie mówił, a ja nie miałem zwyczaju wtykać nosa w sprawy osobiste. Emocjonalnie trzaskając papierzyskami o blat biurka postawiłem warunek - jeżeli zapewni zastępstwo, będzie OK, jeżeli nie, zostanie ukarany. Odszedł zdecydowany ponieść karę. Sprawę z niezadowolonym klientem udało się załagodzić na tyle, że afery nie było.
Pracownik nie został ukarany, ale wrogiem pozostał. Powiedziano mi później, że na zebraniu POP PZPR skarżył się, że jego - wieloletniego członka - potraktowałem skandalicznie, strzelając mu przed nosem papierzyskami o biurko. Szkoda. Zadra i dyskomfort pozostały. Jest takie powiedzenie - lepiej mieć tysiąc przyjaciół niż jednego wroga...
W okresie wypowiedzenia wielokrotnie nagabywałem Nowego o wyznaczenie osoby, której będę mógł solidnie przekazać przynajmniej dokumenty, z moją funkcją związane. Nowy do końca udawał, że w moje wypowiedzenie nie wierzy, że niby wycofam je w ostatniej chwili. Później wielokrotnie telefonował do mnie jego brygadzista z pytaniami, gdzie co może odnaleźć. Było to wielce irytujące ale telefonował zawsze człowiek wyjątkowo solidny. Odpowiadałem zwykle z maksymalną precyzją , bo akurat tego pracownika po prostu bardzo szanowałem - z takimi ludźmi chętnie pracowałbym nawet do emerytury i ...dłużej :).
Podczas rozkręcania działalności na własny rachunek natknąłem się na gąszcz absurdalnych przepisów, barier oraz ...krwiożercze zachowania lobbystów i konkurencji.
Po uzyskaniu zgody BSM na dostosowanie piwnicy własnej i części przyległej do piwnicy wózkowni, nigdy wcześniej i przez nikogo nieużywanej, przyjąłem duże zlecenie na dostawę dla Fabryki Maszyn w ŻNINIE drobnych elemenów do termosów wojskowych. Zakupiłem kilka obrabiarek stołowych, do pomocy zatrudniłem dwóch emerytów. Na skromne utrzymanie wystarczyło dla wszystkich. Spokój nie trwał długo. Po upływie bodajże 1,5 roku u odbiorcy ogłoszono przetarg. Wygrał konkurent o 15% tańszy od mojego minimum. Dowiedziałem się później, że pod jego presją i groźbą opóźnienia dostaw dla wojska przez FM Żnin, zgodzono się, by detale dostarczał terminowo o 30% droższe od moich. Bywało ciężko, ale miało być nie o tym...
Wideo: Karlino w październiku 2010.
Tadeusz Dużyński -- tadeuszduzynski@interia.pl
Przerwę niezbędną do sprowadzenia z wielu miejsc lądowania i rozmieszczenia na placu OSiR balonów do nocnego koncertu, wykorzystałem m.in. na przejście znacznego odcinka ścieżki spacerowej, łączącej OSiR ze stale, licznie obleganym, szczecineckim Zamkiem. Zmierzch znacząco ograniczał widoczność, stąd udostępniam wyłącznie zdjęcia conieco czytelne. Koncert odbył się z udziałem dyrygenta, sterującego światłami-plomieniem balonów w takt mocno nagłośnionej melodii. Mariaż niezbyt udany, w prezentacji wyciszony.