Ze stosownym umiarem szanuję ludzi niezależnie od tego, w co i jak wierzą. Szanuję tylko wtedy, gdy swojej wiary i woli nie narzucają mnie i moim bliskim. Bardzo źle znoszę wszystkie przypadki, w których pojęcie demokracji sprowadza się tylko do dyktatury religijnej większości, z umniejszaniem praw i przywilejów ludzi myślących inaczej. O takie państwo zabiegał ponad 250 lat temu mój patron/imiennik Tadeusz Kościuszko – niestety, bezskutecznie.
Przed wielu laty, gdy naukę religii młodzież pobierała z własnej woli w ramach zajęć nadobowiązkowych, z inicjatywy mieszkańców, za ich pieniądze, wybudowano w sąsiedztwie kościoła salę katechetyczną. Naukę prowadził w niej lubiany przez młodzież ksiądz. W zajęciach uczestniczyli obaj moi synowie, z dwóch podstawowych powodów: w większościowej katolickiej społeczności lokalnej ów stan zapewniał im równe z większością prawa i zapewniał znajomość większościowej w Polsce religii. Swobodę wyboru wiary w życiu dorosłym gwarantowała im Konstytucja.
Sposób prowadzenia zajęć i brak przymusu sprawił, że młodzież – powracająca na święta i wakacje z różnych szkół średnich – spotykała się w salce katechetycznej nadal, nawet nie zawsze w obecności księdza. Spotkania wygasły z chwilą wprowadzenia religii do szkół. Katolików z wyboru zastąpili katolicy z przymusu. Salkę katechetyczną zamieniono na sklep z dewocjonaliami. Zapytany o ocenę ksiądz odwiedzający nas z kolendą, z wyraźną niechęcią do rozwijania tematu stwierdził, że obowiązkowa religia w szkołach - dając dzieciom stosowną wiedzę - stwarza szansę, że większa ich ilość pozostanie religii wierna. Taki system byłby zupełnie naturalnym w szkołach przykościelnych, w państwowych-świeckich nie jest.
Stosownie do postanowień Konstytucji winno to być co najwyżej religioznawstwo (religie Świata) i obowiązkowo (!) solidna nauka właśnie o Konstytucji. Jak bardzo taka nauka byłaby przydatna, doskonale widzimy od roku 2017, gdy właśnie o Konstytucję wciąż zaostrza się wojna polsko-polska.
Białogard. Na placu czekam w samochodzie na żonę – utknęła u krawcowej. Widzę jak z pierwszej klatki bloku wybiega psisko wielkości cielaka, za nim leniwie wychodzi niepozorny pan, najwyraźniej jego właściciel. Pan podpiera ścianę szczytową, zapala papierosa, wysoko unosi głowę, liczy chmury na bezchmurnym niebie. Pies wbiega na przyblokowy trawnik, obwąchuje jego fragment, przykuca w niekoszonej trawie. Po chwili pies i jego pan znikają za blokiem. Pan oczywiście nie wie co i gdzie zostawiło psisko – przecież liczył chmury. Po kilku minutach na plac, od strony ulicy, wkracza bardzo elegancka pani. Przed nią, na smyczy, biegnie pięknie wystrzyżony pudelek. Pani przechodząc przed moim samochodem najwyraźniej wyczuwa mój rozdziawiony podziwem wzrok :) - dumnie unosi brodę, z wielką gracją dochodzi do skraju trawnika i tam, z jeszcze większą gracją schyla się, uwalnia ze smyczy swojego ulubieńca. Psinka wbiega na trawnik, obwąchuje to, co pozostawił cielak, nieco dalej pozostawia ślad własny i – podobnie jak cielak – znika za blokiem. Dama skoncentrowana na utrzymaniu przyciągającej spojrzenia sylwetki, z dumnie uniesioną brodą i wzrokiem utkwionym w odległej przestrzeni, wkracza za psinką na trawnik. Eleganckim bucikiem trafia w środek tego, co na trawniku pozostawił cielak.
Tego, co nastąpiło później, nie zapomnę nigdy. Rozwścieczona wiedźma usiłująca szalonymi ruchami oczyścić stopę, widząc moje bezczelnie uśmiechnięte współczucie zgasiła je spojrzeniem, którego wspomnienie marszczy mi skórę na plecach nawet teraz. Irytujące (ale z nutką okazjonalnego zadowolenia) – Dama wcale nie zamierzała usunąć z trawnika pozostałości po swoim pudelku.
1. Wstęp.
2022-12-19 Cudowne leki.
Na stronie logowania do PKO BP zamieszczono wielce irytujące, czerwone „ostrzeżenie” o treści:
2022-02-03 Przestępcy podszywają się pod PKO Bank Polski i rozsyłają e-maile zawierające w tytule „Wyciąg okresowy”. Z wyglądu przypominają one wiadomość z banku oraz mają załącznik z rozszerzeniem .rar, który zawiera złośliwe oprogramowanie. Nie otwieraj go, ani nie klikaj w linki w takich wiadomościach – grozi to zainfekowaniem komputera. W efekcie możesz stracić pieniądze i kontrolę nad kontem. Przykład fałszywego maila ...itd, itp...
Takie „ostrzeżenie” traktuję jako dowód skrajnej nieudolności Banków, Rządu i parlamentu. Wszystkie instytucje zrzucają odpowiedzialność na klientów, na Polaków, zamiast w ramach sporych wynagrodzeń zająć się także skuteczną ich ochroną!! Ostrzeżenia o oszustwach, bez odstraszjącej informacji o podjętych przeciwdziałaniach brzmią po prostu głupio! Wybieramy Was m.in. po to, abyście strzegli nas w sposób zorganizowany w każdej dziedzinie, nie tylko przed agresją zbrojną, przed którą chronić ma Polskie Wojsko! Proszę, obudźcie się, zanim likwidacją "Eldorado Oszustów" zajmą się inni - specjaliści.
Kilka dni temu nie wytrzymałem. Na swoim FB zamieściłem wpis, cytuję: "Przeciętnemu obserwatorowi sytuacji na wschodniej granicy trudno pozbyć się przekonania, że Łukaszenko z Putinem w tle (albo odwrotnie?), z historii Polski i jej rozbiorów wyciągnęli celniejsze wnioski niż znaczna część polskich parlamentarzystów. Bezbłędnie przewidzieli, że Polacy – zamiast ze wsparciem Unii rozdmuchać na cały Świat dowody „wojny hybrydowej” – skaczą do gardeł sobie.
Podobno Putin powiedział niegdyś, że Polski nie warto najeżdżać zbrojnie, bo Polacy z upływem czasu zniszczą ją sami. Czyżby miał rację??".
Dzisiaj wysłuchałem debaty sejmowej ws. przedłużenia stanu wyjątkowego. Wyobrażam sobie ich miny i zadowolenie...
2022-02-15 / Eldorado.
2021-09-30 / Granica.
Ufff! Irytują mnie reklamy – dźwignie handlu. Otrzymuję 60-120 dziennie. Zwykle oglądam tylko powiadomienia – co i od kogo, aby nie przegapić wiadomości ważnej i wywalam do kosza. To samo robię, gdy coś mnie zainteresuje, ale dostęp do treści uzależniony jest od czegokolwiek, najczęściej od zgody na handel danymi. Szkoda czasu, a na pocztę bez reklam – pieniędzy…
Szanse na pobicie rekordu naszego Taty, o którym wspomniałem w opisie Hajnówka, w moim przypadku spadły do zera. Wg opinii szczecińskiego profesora i katowickiego świetnego specjalisty od operacji onkologicznych, w "sprzyjających okolicznościach" pożyję jeszcze co najwyżej dwa lata. Te sprzyjające okoliczności to optymalne reakcje mojego organizmu na leczenie hormonalne i radioterapię. Jeżeli optymalne nie będą, oddalę się wcześniej. Na leczenie operacyjne jest już za późno.
Skoro na pobicie rekordu szans nie mam, kombinuję przy rozwiązaniu zastępczym - utrzymaniem niniejszej www przez piętnaście najbliższych lat(!). Oczywiście i w tym "rozwiązaniu" wolałbym przekroczyć setkę, ale im dalej sięgają chęci, tym bardziej maleją szanse. Pokombinujemy, zobaczymy. Póki co, wszystkie osoby płci męskiej w rodzinie i pośród znajomych namawiam do częstych badań kontrolnych!
Uzupełniam 30-09/01-10-2021. Jestem po 25 seansach radioterapii. Tyle razy musiałem dojechać do Koszalina, ale to przysłowiowa betka w porównaniu z małżeństwem, które dojeżdżało ze Słupska - ja codziennie 60 km, oni 140.
28-08-2021 Paweł podwiózł mnie do Szpitala Affidei, na planowaną brachyterapię (zabieg ze znieczuleniem serwowanym w kręgosłup!), Zabieg wykonano 30 sierpnia, zniosłem go nieźle, gorzej było po. Od 31 jestem w domu. Prawie nic mi nie wolno, ani robić ani jeść!! Utrzymanie www z możliwością jej rozbudowy i wykorzystaniem materiałów odzyskanych przez Klinikę Danych w Warszawie opłaciłem do 17.01.2041 - od daty moich urodzin minie wówczas 100 lat i 3 miesiące. Muszę tylko wymyślić kogoś w rodzinie lub poza nią, kto za skromne wpływy z kontynuacji zechce tym zająć się :).
2021-05-31 / Reklamy.
2021-04-10 / Szanse.
2021-02-18 / 80+ Argument.
Należę do grupy 80+. Lista moich uczuleń, chorób towarzyszących i stałych leków jest na tyle pokaźna, że wszelkie próby samodzielnego wyszukania konkretnej odpowiedzi na pytanie "czy mogę bezpiecznie poddać się szczepieniu p.coronawirusowi" okazały się ponad moje siły. W mediach, a w Internecie w szczególności, istnieje mnóstwo wypowiedzi przeróżnych autorytetów. Jedni są ZA, drudzy PRZECIW. Jak zwykle. Nigdy wcześniej nie szczepiłem się przeciwko grypie. Zawsze wolałem ją przez kilka dni porządnie wypocić.
Pełen wątpliwości poprosiłem o radę młodego urologa. Nie analizując mojej listy odpowiedział krótko i bardzo konkretnie: jeżeli wirus dopadnie mnie przed szczepieniem - umrę, jeżeli po - przebieg choroby będzie łagodniejszy a szanse na przeżycie znacząco wzrosną.
10-02-2021 zaproszono mnie na szczepienie. Lekarz, na widok moich list wyraźnie zmarkotniał. Po kilku pytaniach uzupełniających, gotów spełnić każdą moją decyzję, zapytał czy chcę się teraz zaszczepić. TAK czy NIE. Po moim tak, pierwszą dawkę szczepionki Comirnaty otrzymałem. Termin wstrzyknięcia następnej ustalono na dzień 03-03-2021 g. 10:30. Śledzę reakcje.
Jako pierwszy pojawił się wieczorem ból mięśni w "zaszczepionej" ręce. Znośny, niezbyt uciążliwy. Po upływie doby zanikł.
W piątym dniu nieprzyjemnie wzrosło napięcie mięśni nóg. Planowy, utrudniony spacer musiałem przerwać po przejściu około 300 metrów. Nagły, ostry ból w połowie lewej łydki odzywał się przy każdym kroku. Wracałem bardzo powoli udając niedzielnego spacerowicza, nadmiernie zachwyconego otaczającą mnie przyrodą. Po upływie doby nieprzyjemny ból zanikł. Nie jestem tylko pewien z czym miał związek - ze szczepionką, czy wielogodzinnym siedzeniem przed monitorem.
Chwalimy się z wyraźną dumą, że nasza Konstytucja 3 Maja powstała w roku 1791, trzy lata po pierwszej na świecie Konstytucji USA.
Do Konstytucji USA, do roku 2024 wprowadzono łącznie 27 poprawek. Z naszymi bywało różnie. Do aktualnej, obowiązującej od 25 lat wprowadzono …DWIE! + na stałe w języku polskim - pojęcie FALANDYZACJI PRAWA. Do innych poprawek przymierzano się wielokrotnie. Zawsze bezskutecznie.
Wszystkie ugrupowania w Polsce, do wyborów aktualnego w roku 2024 rządu, przy wszelkich telewizyjnych sprawozdaniach z wielkim zaangażowaniem podstawiały przed kamery plansze z napisem KONSTYTUCJA. Role zmieniły się. Czekam, aż zaczną to robić PISowcy. Na razie tylko grzmią i obrzucają przeciwników określeniami niegodnymi parlamentarzystów a poseł Kamiński uraczył nas gestem Kozakiewicza.
Nastał czas na uregulowanie prawnego bałaganu. Sugeruje to wicemarszałek Bosak z Konfederacji. Niestety – głos ma nikły, kulturę osobistą za wysoką a po ekscesie posła Brauna - zachwianą pozycję w Sejmie. Póki co, ku uciesze duetu Putin-Łukaszenko ośmieszamy się, wywlekając sprawy wewnętrzne na forum Europy.
2024-01-19 Konstytucja.
Podczas ostatniej w roku 2014 konferencji prasowej Putin mocno trącił strunę rosyjskiej dumy. Stwierdził, że Zachód usiłuje spętać rosyjskiego niedźwiedzia po to, by później wyrwać mu kły i pazury. Po takim stwierdzeniu konferencję szybko zakończono – najwyraźniej po to, by w świat nie powędrowały jakiekolwiek żądania wyjaśnień, a tym bardziej słowa krytyki.
Bardzo wielu Rosjan boleśnie odczuło rozpad ZSRR. To fakt bezsporny. Frustrację Rosjan Putin wykorzystał po mistrzowsku. W roku 2000 do dobrze znanej melodii hymnu ZSRR wprowadził słowa, które „rozległą od Arktyki do mórz południowych” Rosję określają jako „prastary związek bratnich narodów”. To obecnie hymn Rosji. Po takiej zmianie poparcie dla polityki Putina ostro poszybowało w górę. Równolegle, przez cały okres swoich rządów Putin skrupulatnie dbał o wizerunek Rosji i własny – spotami i pozowaniem w warunkach ekstremalnych nieustannie kreował się na supermena, superstratega, superwodza, superpolityka i wiele innych „super” a Rosję na supermocarstwo, które nawet olimpiadę zimową zorganizować potrafi „pod palmami”.
Rosja atutów ma wiele. Jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ (i to z prawem weta), a jej władze ze stosownym szacunkiem były i są przyjmowane na wszystkich ważnych spotkaniach międzynarodowych. Świat określany przez Putina jako „Zachód” i „faszyści” doskonale wie, że Rosja to kraj ogromny, potęga militarna, ludzie twardzi i waleczni, gotowi za ojczyznę oddać własne życie więc nie wtyka nosa w to, co ruski niedźwiedź wyczynia na terytorium własnym. Interweniuje wyłącznie wtedy, gdy ów niedźwiedź sięga łapą po terytorium cudze albo „przestawia na nim domy” wg własnego uznania. I tylko tyle.
Serwując na konferencji prasowej bzdury o pętaniu ruskiego niedźwiedzia Putin potraktował Rosjan jak ciemną masę, która samodzielnie myśleć nie potrafi. Aby złagodzić skutki uboczne, szybko i znacząco obniżył w Rosji ceny alkoholu. Pijanemu Rosjaninowi łatwiej jest wmówić nieistniejące zagrożenia i skłonić do agresywnej walki. WALKI Z CIENIEM!
8. Retoryka Putina.
Obiecywałem sobie wielokrotnie, że nosa do polityki nie wetknę. Wiadomo – polityka z każdej strony pachnie bardzo brzydko! Ale jak długo można wytrzymać, chociażby teraz, gdy zewsząd płyną zapowiedzi debat nad dostawami broni dla Ukrainy!
Politycy zamiast debatować nad tym, jak obie walczące strony rozbroić, skłonić (nawet zmusić!) do zaprzestania niszczenia wszystkiego, co jeszcze nie tak dawno razem budowały ku chwale własnej wolnej ojczyzny, chcą kombinować, jak dalsze zabijanie ułatwić. Argument, że chodzi tylko o wzmocnienie obrony to typowa filozofia Kalego.
Niezależnie od tego, kto kogo wspiera, ludzie zabijają się, nie tylko na Ukrainie. Zarzewia nowych wojen likwidować miała ONZ, ale okazuje się – nie po raz pierwszy – że to raczej tylko polityczna wydmuszka. W organizacji aktywnej, Rosja po podpisaniu przez Putina dekretu o przyłączeniu Krymu do FR, natychmiast utracić powinna prawo weta w Radzie Bezpieczeństwa ONZ a jej członkostwo winno być zawieszone do czasu uregulowania statusu Krymu.
Fakt, że po deklarowanym przez Ukrainę zainteresowaniu warunkami przyłączenia do UE Putin stara się nie dopuścić do tego, by w Sewastopolu obok jednostek rosyjskich stanęły natowskie jest oczywisty, ale jego argumenty i powoływanie się na przypadek Kosowa brzmią jak kpina z całego świata.
(Ciekawi mnie, czy równie ochoczo uznałby prawo do samostanowienia, gdyby duma obwodu kaliningradzkiego jednomyślnie zechciała przyłączyć się do któregoś z krajów sąsiednich lub samodzielnie do UE…).
7. Wydmuszka ONZ.
6. Szacunek.
5. Religia w szkołach.
Pochodzę z bardzo bogobojnej rodziny. Przez lata młodości chętnie chłonąłem naukę religii, bardzo starałem się postępować zgodnie z jej wskazaniami i przykazaniami boskimi, wczesnym rankiem biegałem do kościoła aby przed lekcjami szkolnymi służyć do mszy. Dość długo byłem ministrantem (!). Łacińską ministranturę miałem nie tylko wykutą na blachę – wiedziałem dokładnie kiedy, w jakiej fazie mszy, należy ją wypowiadać. Z czasów ówczesnej katolickiej aktywności przypadającej na lata 1947-54, najmilej wspominam Rotę. Zawsze, gdy zagrzmiały organy a z piersi licznie zebranych w kościele mieszkańców Hajnówki płynęło gromkie „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”, miałem wrażenie, że wszystko we mnie i wokół mnie rośnie, nabiera ogromnej mocy. Rosło poczucie wspólnoty, umacniała się więź, narastał szacunek dla wiary. W obowiązujących terminach, z wielkim przejęciem chadzałem do spowiedzi, skrupulatnie odprawiałem stosowną do wieku pokutę. Później bywało coraz gorzej… Zanim podjąłem naukę w szkole podstawowej, przeczytałem większość powieści Sienkiewicza. Niektóre ulubione – nawet kilkakrotnie. W latach czterdziestych dwudziestego wieku, nie było to żadnym, godnym chwały osiągnięciem. Po prosu – nie było telewizji, komputerów i telefonów komórkowych, a książki w domowej biblioteczce, w długie jesienno-zimowe wieczory zawsze były pod ręką. Opisywany w „Krzyżakach” handel odpustami, kontynuowany w czasach mojego dzieciństwa także w Hajnówce, wywołał pierwsze wątpliwości. Budziła je świadomość, że każdy za pieniądze mógł sobie kupić bezkarność (?) przed Bogiem, nierzadko po popełnieniu całkiem sporych łajdactw.
Kolejnych w tym samym czasie dostarczał niemalże w każdą niedzielę Pan Zbyszek. Przystępował do spowiedzi, z zadowolonym, pełnym ulgi uśmiechem przemierzał kościół po przyjęciu komunii, po mszy wędrował do knajpy i co najwyżej po dwóch godzinach, ciężko nabuzowany atakował na ulicy każdego, kto na niego nieostrożnie popatrzył. Pamiętam to dobrze, bo akurat mnie – gdy odburknąłem – uraczył bolesnym kopniakiem poniżej pleców. Mawiano, że nieco później, we własnym mieszkaniu, rozstawiał po kątach i tłukł równo całą swoją rodzinę.
W prawie dorosłej młodości moje zniechęcenie do Kościoła zjeżdżało z górki coraz bardziej stromej. Głównie za sprawą szeregowych księży i …hierarchów. Wśród księży (jak w każdej innej grupie społecznej i zawodowej) od zawsze funkcjonują i ludzie światli, godni szacunku, i osoby, które święceń kapłańskich nie powinni uzyskać nigdy. Właściwych dla nich określeń wolę nie używać – są obraźliwe.
Jeden z tych złych, zastąpił w moim mieście emerytowanego proboszcza. Zaczął od przesunięcia niedzielnego kazania z końca mszy na jej początek i celebrowania jej tak nienaturalnymi, egzaltowanymi ruchami wznoszonych ku Niebu rąk, że natychmiast nadano mu miano „artysta”. Gdy zaczął traktować mieszkańców jak prawdziwe stado bezmyślnych „owieczek” i narzucać coraz to inne wymyślne obciążenia, razem z wielu innymi osobami przestałem chadzać na msze. Gdy bywało mi ciężko i chciałem poskarżyć się Bogu, wolałem czynić to w samotności.
Wiele lat później księdza, któremu pomogłem załatwić zakup trudno dostępnego sprzętu, musiałem wyrzucić z własnego mieszkania. Po „oblaniu” transakcji zaczął zachowywać się w sposób dalece sprzeczny z jego szanowaną przeze mnie funkcją. Innego, z podobnego powodu musiałem „poprosić” o zmianę miejsca przy stoliku sanatoryjnej stołówki. Urywał się z sanatorium na każdy weekend, później obleśnie i głośno opowiadał, jak wspaniale balował, jakie pijał alkohole i jakie obszczypywał dziewczyny.
U schyłku życia nie sądzę, abym z którymkolwiek mógł się zaprzyjaźnić. Grzecznie przyjmuję każdego chodzącego z „kolendą”, za pośrednictwem uczestniczącej we mszach żony przekazuję zwyczajowe datki – nic więcej. Zbyt wiele mnie drażni a czarę goryczy sukcesywnie dopełniają liczne bieżące poczynania hierarchów i …religijnych fanatyków .
4. Wiara i wątpliwości.
3. Dama z pieskiem.
Ubezpieczając huśtającą się wnuczkę obserwuję dzielne zmagania maluszka pozostawionego na zewnątrz piaskownicy. Maluszkowi po kilku próbach udaje się wstać. Nieporadnie ale z wyraźnym zadowoleniem zaczyna okrążać piaskownicę. Po kilku podpartych krokach zatrzymuje się, schyla, podnosi duży kawałek wysuszonego, zbielałego kociego łajna, niesie je do otwartej buzi. Odruchowo doskakuję, wstrzymuję rączkę – zdążyłem, ale maluszek przestraszył się, zaczyna płakać. Wtedy zaczęło się!
Z ławki dobiega wrzask tak donośny, że mieszkańcy zaczynają wyglądać z okien a spacerowicze stają jak zamurowani. Młoda ale wielka i tłusta mamuśka wydziera się: Ludzie! Jakiś pedofil atakuje moje dziecko! Zostaw go ty stary debilu – itd., itp., tak długo, dopóki nie oddaliłem się z wnuczką na sąsiedni plac zabaw. Zdążyłem jedynie na własnym czole pokazać mamuśce miejsce, w które powinna się walnąć młotkiem - co najmniej pięciokilowym.
Cóż w tym irytującego? Przede wszystkim fakt, że rozwrzeszczana mamuśka nawet nie uniosła z ławki tłustego tyłka aby uspokoić przestraszone dziecko. Ono samo po krótkiej chwili płakać przestało – prawdopodobnie od dawna tak na wrzaski mamuśki reaguje. Przestaje nie tylko płakać – pewnie ze strachu wstrzymuje nawet oddech!
2. Mamuśka.
Źle znoszę ludzi zadufanych, skoncentrowanych na własnym JA tak bardzo, że nawet nie zauważają kiedy i jak dalece naruszają prawa, prywatność oraz godność innych. Tych, którzy nawet nie próbują zrozumieć i szanować obcych poglądów, obcej wiary, cudzej wiedzy i doświadczenia. Tych, którzy uważają, że przepisy prawa obowiązują wszystkich, poza nimi...
0. Inteligencja człowieka.
Ludzie wciąż trwają w przekonaniu, że są na Ziemi zwierzętami najinteligentniejszymi. Prawda, czy fałsz? Bardzo wiele osiągnięć ów pogląd potwierdza, więcej mu zaprzecza. Jedni cierpliwie projektują, tworzą i pielęgnują wspaniałe technologie, obiekty, miasta, państwa, drudzy – zwykle pod wodzą niezrównoważonego przywódcy – niszczą je w bezmyślnej walce o władzę i przyjemności z jej sprawowaniem związane. Najczęściej twierdzą, że robią to dla dobra kraju i ludu, który WŁADZĘ oddał w ich ręce. Wiara w inteligencję człowieka słabnie…
Dożyłem czasów, w których postępowanie zgodne z powyższym mottem stało się trudne, w niektórych dziedzinach życia wręcz niemożliwe. Codzienność, za sprawą ostro skonfliktowanych rodaków, mediów a w szczególności „bezimiennego Internetu”, nieprzerwanie przynosi narastającą lawinę zdarzeń i wiadomości tak dalece irytujących, że działania łagodzące niebezpieczną dla zdrowia frustrację stały się koniecznością. Blog wszelkie napięcia podobno łagodzi...
Motto:
Nie czyń Drugiemu, co Tobie niemiłe !
Fauna
Imprezy Wydarzenia - Spływ Pontonowy Parsętą
Akweny - Mulgrave River 2010 Australia
Pory Roku - Zima na Parsęcie
Przez tak długi okres działo się bardzo dużo. Ze spisania tylko najważniejszych wspomnień powstałaby opasła księga. Żyłem skromnie, z ogromną niechęcią obserwując polityków i wszelkich "doradców". Każdy wydaje odmienną opinię i pozostaje przekonany, że rację ma tylko on. Pozostaje "telegraficzny skrót" odniesiony głównie do najważniejszych powodów zmian.
Współpraca z Naczelnym układała się dobrze, z jednym niemiłym dla mnie wyjątkiem. Od czasu, gdy przywieziono mu zastępcę, 80% czasu spędzał poza firmą, ale dzięki temu i własnym szerokim znajomościom potrafił załatwić naprawdę dużo - dla firmy, dla załogi, dla poszczególnych pracowników, dla mnie też.
Od zawsze wysoko ceniłem partnerskie współdziałanie dla dobra wspólnego, niezależne od poglądów politycznych. W Karlinie takie zastałem i sądzę, że było największą zasługą ówczesnego, głównego gospodarza miasteczka. Mawiano o nim, że nie umiał rozpocząć pracy bez codziennego obchodu nielicznych wówczas ulic. Wchodził do biura, siadał przy telefonie i stanowczo prostował to co wydało się mu krzywe. To właśnie on wymógł na POM m.in. pomoc dla miasta przy odśnieżaniu ulic remontowanymi w POM ciągnikami gąsienicowymi DT 54 i DT 75, zadaszenie amfiteatru, metalowy mostek na Radwi. To on próbował namówić Irenę do funkcji ratownika na rzecznym kąpielisku. Poddał się słysząc, że Irenka pływa jak przysłowiowa siekiera, czyli niewiele gorzej niż ja. To śp. Władysław Bąkowski. W potrzebie wielokrotnie potrafił pomóc - chyba każdemu.
Z dniem podjęcia pracy, na okres przejściowy otrzymałem umeblowany pokój służbowy nad "całodobową" portiernią POM, w sąsiedztwie zakładowej świetlicy i stołówki. Później, mój Naczelny "załatwił" - również na okres przejściowy - 2-pokojowe mieszkanie (z ciemną kuchnią) w zakładowym bloku ZPPiW, przeznaczone dla kadry technicznej tamtejszych Zakładów. Zanim doszło do przeprowadzki, w służbówce odwiedził nas ojciec Ireny z bratem-Rosjaninem, który koniecznie chciał odwiedzić wspólnych przyjaciół w Koszalinie i Darłowie. Wspominam to, ponieważ podczas jazdy doszło do zabawnej sytuacji. Jan jakoś uniknął wywózki do Niemiec, pozostał na Białorusi, przyjął obywatelstwo ZSRR. Jadąc do Koszalina kilkakrotnie kręcił głową na widok stad saren pasących się na częściowo bezśnieżnych polach. Zagadnięty odpowiedział, że takie widoki bardzo go dziwią - na jego terenach dzika zwierzyna już dawno została ...zjedzona.
W okresie, gdy mieszkaliśmy w służbówce a później w zakładowym mieszkaniu ZPPiW, powstawało Osiedle Chopina współfinansowane przez ZPPiW, Białogardzką Spółdzielnię Mieszkaniową i Urząd Miasta. Gdy do użytku oddano blok, w którym dysponentami całych klatek schodowych (z trzema mieszkaniami na każdym piętrze) były wszystkie w/w jednostki, w jednej z nich otrzymaliśmy mieszkanie na piętrze IV, pod warunkiem, że stanę się członkiem BSM oczekującym na mieszkanie własnościowe. Warunek oczywiście spełniłem, ale podczas korzystania z mieszkania na IV pietrze okazało się, że ma ono nieprzyjemną wadę - gałkę zamiast zewnętrznej klamki, uniemożliwiającą wejście do mieszkania bez użycia klucza. Zdarzyło się i mnie, że po wyjściu na bardzo krótką chwilę wracać do siebie musiałem poprzez mieszkanie sąsiadki. Gdy z jej balkonu na piętrze III wspinałem się na własny, na dole zebrała się grupka obserwatorów, ciekawych - poradzę sobie, czy spadnę. Nie spadłem. Poza tym pamiętałem, że przed nieostrożnym wyjściem, nasze drzwi balkonowe były otwarte...
Po uzyskaniu statusu członka BSM oczekującego na mieszkanie własnościowe, dalsza pomoc Naczelnego stała się w tej dziedzinie zbędna, musiałem radzić sobie sam - w pracy i poza nią. Naczelny zachowywał się podobnie jak lew na sawannie - wciąż objeżdżał nasz rejon obsługi, "rozpoznawał sytuację", podtrzymywał lub odnawiał układy, umacniał i - niestety - obiecywał. Podczas jego nieobecności, wszelkie prośby, uzgodnienia, żale i pretensje telefonistka automatycznie kierowała do mnie. Było tego na prawdę dużo - jak to w rolnictwie, w którym wciąż dużo dzieje się począwszy od orek i siewów wiosennych, poprzez chemizację, zbiory płodów, do orek i siewów ozimych. Wobec poważnych szefów przedsiębiorstw rolnych telefonujących i odwiedzających nasz Ośrodek, pod nieobecność Naczelnego podejmowałem konkretne zobowiązania. Naczelny wracał, bez słowa porozumienia zmieniał moje ustalenia, bo akurat coś zupełnie odmiennego obiecał komuś w terenie. W normalnym przedsiębiorstwie sytuacja nie do wyobrażenia!! Cierpiał na tym przede wszystkim wizerunek mój, firmy, najmniej jego. Moje krytyczne uwagi przyjmował z wyraźną niechęcią i ...nadal podobne sytuacje stwarzał. Dlaczego? Mogę jedynie domyślać się, ale na pewno nie z powodu poczynań moich. Swoje miejsce w szeregu znam doskonale, a lojalność służbową cenię wysoko.
Skoro mowa o lojalności. Przez dwanaście lat odnotowałem kilka przypadków jej wielce nieprzyjemnego gwałcenia. Jako pierwszy "wystartował" przewodniczący zakładowego Związku Zawodowego z żądaniem(!) zwiększenia kilku stawek płacowych za czynności, przy których niektórzy jego podopieczni, pomimo "usilnych starań" zarabiają poniżej przeciętnej zakładowej. Moje tłumaczenia i kontrargumenty poparte świetnymi wynikami innych pracowników wykonujących te same czynności traktował jako obraźliwe sprzeciwianie się woli ZZ. Pozostał wrogiem nr 1. Wrogość wzmogła się, gdy - stosownie do jego sugestii - powierzyłem jednemu z "działaczy" czynności, przy których inni osiągali najwyższe zarobki. Działacz po upływie dwóch miesięcy osobiście poprosił o przywrócenie mu czynności wcześniejszych, bo na nowych, mimo większego wysiłku, stracił około 30% zarobku. Moje ostrzeżenia potwierdziły się - efektywnie wykonywać konkretne czynności może tylko właściwie dobrany człowiek, jego wiedza, zdolności organizacyjne, doświadczenie a także warunki fizyczne i kilka innych, równie ważnych cech. Działacz wielu z nich nie miał.
Pan przewodniczący krótko po tym, jak awansował do struktur powiatowych, spróbował odegrać się. Pewnego dnia, gdy pod zwykłą nieobecność Naczelnego rozstrzygałem na terenie zakładu jakiś gorący problem, na hali odnalazła mnie sekretarka. Poinformowała, że w gabinecie Naczelnego czekają "goście z powiatu" - chcą ze mną rozmawiać. Poprosiłem, aby chwilę zajęła się nimi, podała napoje, powiadomiła że przybędę niezwłocznie i wysondowała, w jakim przybyli celu. Jeżeli zechcą coś wiedzieć o DORO, to do przekazania szczegółów poleciłem podesłać im kierownika działu technicznego.
Gdy po załatwieniu sprawy wszedłem do gabinetu z usprawiedliwiająco-przepraszającym uśmiechem, rozłożony w fotelu, młody i wielce nadęty przedstawiciel KP PZPR wystartował do mnie z grubej rury:
- a Wy co Dyrektorze?! Nikt Was jeszcze nie nauczył jak należy przyjmować gości z powiatu!? Pozwalacie na siebie czekać, przysyłacie szeregowego pracownika!? Jeżeli tak to wygląda, to możecie zacząć się pakować. Za tydzień już Was tu nie będzie, ktoś taki nie może pełnić tak ważnej funkcji.
Uśmiech zamarł na mojej twarzy a widok rozpartego w fotelu, szyderczo uśmiechniętego pana związkowca rozwścieczył mnie ponad wszelkie granice. Odpowiedziałem:
- przede wszystkim to żaden szeregowy pracownik, tylko kierownik działu technicznego z wieloletnim doświadczeniem, a skoro mam się pakować, to nie widzę powodu do dalszego wysłuchiwania podobnych połajanek.
Mówiąc to zrobiłem zwrot na pięcie i ze słowem ŻEGNAM, trzasnąłem drzwiami gabinetu. Aby choć trochę uspokoić się, wyszedłem na teren zakładu. Dogoniła mnie sekretarka z informacją, że goście czekają na mnie nadal, że chcą rozmawiać dalej. Świadom partyjnej wszechmocy, pewien spełnienia groźby poprosiłem, aby im przekazała, że przyjść nie zamierzam, bo zająłem się pakowaniem. Kiedy i jak opuścili zakład - nie wiem.
Przepełniony zdenerwowaniem, obrzydzeniem i świadomością, że w taki sposób muszę rozstać się z pracą, do końca dnia nie pojąłem żadnej czynności służbowej. Gdy z terenu zjechał Naczelny, powiadomiłem go o całym zdarzeniu i związanej z nim niezdolności do dalszej pracy. Szef wysłuchał, chwilę pomyślał, doradził natychmiast udać się do I Sekretrza KP, bo to człowiek normalny, który do spełnienia gróźb nadętych, podległych mu funkcjonariuszy, po prostu nie dopuści. Miał rację. Za poręczeniem "Pierwszego" powróciłem do normalnego pełnienia obowiązków. Obu "panów-towarzyszy" nigdy więcej nie spotkałem.
Ale był to tylko drobny incydent lokalny. Z przeogromnym niesmakiem wspominam otoczkę zdarzenia o charakterze państwowym.
Tereny naszego województwa odwiedziła delegacja władzy, z towarzyszem Edwardem Gierkiem na czele. Lokalne służby błyskawicznie wybrały najnowocześniejsze gospodarstwo hodowlane, przewieziono do niego z rozległej okolicy najdorodniejsze okazy byków. Gdy z ekipą TV zjechała Delegacja - wszystko prezentowało się wzorowo. Skrzeczące polskie rolnictwo w tak przygotowanej prezentacji po prostu nie wymagało ani państwowej troski, ani ulepszających działań!!
Gdy Polskę ogarnęła fala strajków solidarnościowych, wzrosło także napięcie w POM. Kolejne wydarzenia wyzwalały zaskakujące zachowania. Kierownik jednego z działów usługowych przypisanych do mojego nadzoru, doskonale radził sobie samodzielnie. Kiedykolwiek do POM trafiały z terenu prośby bądź sugestie, przekazywałem je kierownikowi, on zajmował się nimi dalej wg możliwości swojej ekipy. Skarg ani zastrzeżeń nie było nigdy. Wspieraliśmy się na bieżąco przemieszczając ekipy w miarę spiętrzeń powstających w zakładzie lub obsługiwanym terenie. Zależność służbowa pozostawała fikcyjną. Gdy w kontaktach z "Technicznymi" pozostałych przedsiębiorstw skupionych w Zjednoczeniu dowiedziałem się, że w wielu z nich pracami terenowymi kierują wydzieleni zastępcy dyrektora, wystąpiłem do Naczelnego o przerwanie fikcji i powierzenie takiej funkcji kierownikowi naszemu. Po kolejnym wznowieniu tematu Naczelny stwierdził, że nie uzyskał zgody Zjednoczenia. Odmowę uzasadniono niewystarczającym (średnim) wykształceniem kandydata.
W trakcie postępujących zmian odeszli - Naczelny na emeryturę wcześniejszą, "Ekonomiczna' do kołobrzeskiej firmy, bliższej jej nowego prywatnego domu i Gł. Księgowa - na emeryturę wysłużoną. Zaczęły mnożyć się niespodzianki. Kilka najmniej przyjemnych muszę (i chcę) opisać.
Gdy władze zdelegalizowały NSZZ Solidarność, zakładowi związkowcy usunęli z dużej związkowej tablicy wszystkie komunikaty. Na ciemnym tle gabloty środkowej, największej, wpięli czerwony goździk z czarną, żałobną wstążką. Wyglądało to pięknie w swojej skromności, doskonale oddawało nastrój ówczesnych chwil. Szybko okazało się, że nie wszyscy myślimy podobnie. Sekretarka, odnalazłszy mnie na terenie zakładu powiadomiła, że w towarzystwie niezaakceptowanego kandydata na zastępcę, czeka na mnie delegat z KW PZPR. Śpiesząc do tak ważnego gościa nie mogłem wymyślić logicznej odpowiedzi na dręczące pytanie - co i dlaczego przy delegacie robi nasz nieakceptowany kandydat?
Okazało się, że nic, poza minami dostosowanymi do słów i min delegata.
Po zapewnieniu, że pracujemy normalnie, delegat uznał za konieczne pokazać, jak ta moja normalność wygląda. Zaprowadził nas (raczej mnie!) przed gablotę i wskazując goździk zapytał - A co znaczyć ma TO! Odpowiedź, że TO nie ma żadnego wpływu na pracę, wyraźnie go rozwścieczyła. "Nakazał" zlikwidować całą tablicę w ciągu najbliższych kilku godzin. Rozwścieczył się jeszcze bardziej, gdy wtrąciłem, że zamiast zajmować się drobiazgami, byłoby lepiej, gdyby spowodował powołanie nowego Naczelnego, bez dalszego zmuszania mnie do pracy za trzy ważne osoby. Gdy odjechał porozumiałem się telefonicznie z lokalnym Komisarzem WRON. Pan kapitan podzielił moje obawy, że likwidacja tablicy podziała jak iskra. Uzgodniliśmy osłonięcie jej skręconymi płytami wiórowymi. I tak się stało. Kto i dlaczego próbował zrobić z tego aferę - nie wiem do dzisiaj. I wiedzieć nie chcę...
Podczas burzliwych wydarzeń w kraju dwukrotnie nawiedził mnie przedstawiciel SB. Chciał poznać nastroje wśród załogi i pomóc w "uspokojeniu" ewentualnych wichrzycieli. Podziękowania za chęć pomocy, stwierdzenie, że pracujemy normalnie bo załoga doskonale wie, że i pracujący i strajkujący jeść muszą, oraz oświadczenie, że w przypadku utraty kontroli nad wydarzeniami w zakładzie wolę wybrać własną dymisję, wyraźnie go rozczarowała. Gdy dodałem, że wystarczy aby swoją pomoc sprowadził do szepnięcia komu trzeba o moim przemęczeniu pracą za troje, miał dość. Co i jak zapisał w swoich raportach dla przełożonych - nie wiem.
Dyrektora Naczelnego Zjednoczenia szanowałem zawsze, od pierwszego kontaktu. Bywał u nas dość często. Kilka razy zapytał, jak pracuje się z moim szefem. Nie skarżyłem się nigdy, bo poza ciągłą skłonnością do zastępowania moich obietnic swoimi, pozostawiał mi dużo swobody. Mocno zaskoczyła mnie jego reakcja na wydarzenia bieżące. Gdy wśród postulatów strajkowych znalazło się żądanie wycofania wojsk ZSRR z terenów Polski, Rosjanie zareagowali natychmiast średnio 3-krotnym zwiększeniem cen części zamiennych. Dla przedsiębiorstw specjalizujących się w naprawach głównych ciężkiego sprzętu rolniczego produkcji radzieckiej zmiana okazała się zabójcza. Pozostawały dwa naturalne rozwiązania - korekta cen za NG w górę, lub rezygnacja z ich wykonywania, ze stosownymi przesunięciami wśród załogi. Oba rozwiązania Naczelnego wyraźnie zdenerwowały, zarzucił mi brak wrażliwości politycznej. Uważał, że niebezpiecznie pogorszą nastroje także wśród rolników. Stwierdził, że takich zmian nie akceptuje. Pozostało minimalizowanie szybko narastających strat.
Przewidując, czym to się skończy, w bardzo skromnym (na początek) zakresie uruchomiłem działalność na własny rachunek.
Pewnego dnia, lotem błyskawicy zakład obiegła wiadomość, że w gabinecie Naczelnego rozsiadła się delegacja z Koszalina. Wezwano czynniki społeczne, aby przedstawić im Nominata. Odetchnąłem z ulgą, z przekonaniem, że wreszcie będzie ktoś, kto przejmie lwią część ciążących na mnie obowiązków. Zdziwiło mnie trochę, że funkcję Dyrektora Naczelnego POM powierzono tej samej osobie, której uprzednio odmówiono funkcji zastępcy dyrektora ze względu na niewystarczające wykształcenie. Ale - jak powiadają rdzenni rolnicy - nie mój ogród, nie moje owoce. Powierzono ją osobie właściwej politycznie, oficerowi rezerwy(?), a mnie polityka brzydziła od zawsze. Wciąż, z modulowaniem stosownym do okoliczności, powtarzałem gdzieś zasłyszaną/przeczytaną opinię, że polityka jest jak świeża kupa dziecka - z którejkolwiek strony tknie się ją, z każdej śmierdzi.
Moje nadzieje na spokojniejszą pracę nie sprawdziły się, przynajmniej nie tak szybko, jak się spodziewałem. Na początku Nowy, po odebraniu moich szczerych gratulacji przychodził do mnie ze stertą korespondencji, aby uzgodnić, do kogo ją przekierować i ewentualnie, co komu odpowiedzieć. Załatwialiśmy to szybko, ale Nowy pozostawał dłużej. Bardzo lubił opowiadać o ekstrawagancjach spotkań z kolegami-oficerami rezerwy. Czy robił to celowo aby podkreślić różnicę pomiędzy nim i "szeregowcem dyplomowanym", któremu najpierw odmówiono rekomendacji na studia w WAT a później odebrano wszystkie nagrody i wywalono z kompanii szkolnej po bezpośrednim starciu z nowym dowódcą drużyny - nie wiem, ale po wydarzeniach późniejszych mam prawo brać taką ewentualność pod rozwagę.
Kiedyś poprosiłem, abyśmy rozmowy przełożyli na później, bo mam do zrobienie coś pilnego. W kolejnym "ruchu" Nowy, poprzez sekretarkę, podesłał mi do rozdysponowania kolejną stertę korespondencji. Taka zamiana służbowej pomocy na służbowy obowiązek odebrałem jako grubą przesadę. Intencje stały się jasne podczas ogólnego zebrania załogi pod jego wodzą. Nowy zgrabnie połączył fakty, bez wskazania rzeczywistych przyczyn. Po prostu stwierdził, że w okresie, gdy samodzielnie zarządzałem przedsiębiorstwem, POM po raz pierwszy od wielu lat zanotował straty.
Po takim faulu złożyłem wypowiedzenie - możliwości dalszej współpracy z osobą, która w taki sposób manipuluje faktami, nie widziałem żadnej. Po upływie prawie czterdziestu lat uważam, że popełniłem emocjonalny błąd. W przypadku przeczekania do likwidacji POM miałbym i satysfakcję, i dużo wyższą emeryturę...
Użyłem określenia "emocjonalny". Właśnie. Po prawie 50-latach od niecodziennego wydarzenia miewam wyrzuty sumienia. Tym bardziej, że niegdyś sam znalazłem się w sytuacji, w której- nie bacząc na konsekwencje - gotów byłem porzucić wszystko i udać się w siną dal.
Na usilną prośbę klienta, po stosownych uzgodnieniach z pracownikami, obiecałem mu, że naprawiony sprzęt odebrać będzie mógł jutro. Po upływie niespełna godziny od uzgodnień przybiegł do mnie roztrzęsiony, najważniejszy wykonawca uzgodnień z wiadomością, że natychmiast musi urwać się z pracy i nie będzie go także w dniu następnym. Gdy spytałem, czy i jak mogę mu pomóc, czy ma jakiegoś zastępcę do wykonania uzgodnionych czynności, odrzekł, że teraz nie może i nie jest w stanie o tym myśleć. Dlaczego - nie mówił, a ja nie miałem zwyczaju wtykać nosa w sprawy osobiste. Emocjonalnie trzaskając papierzyskami o blat biurka postawiłem warunek - jeżeli zapewni zastępstwo, będzie OK, jeżeli nie, zostanie ukarany. Odszedł zdecydowany ponieść karę. Sprawę z niezadowolonym klientem udało się załagodzić na tyle, że afery nie było.
Pracownik nie został ukarany, ale wrogiem pozostał. Powiedziano mi później, że na zebraniu POP PZPR skarżył się, że jego - wieloletniego członka - potraktowałem skandalicznie, strzelając mu przed nosem papierzyskami o biurko. Szkoda. Zadra i dyskomfort pozostały. Jest takie powiedzenie - lepiej mieć tysiąc przyjaciół niż jednego wroga...
W okresie wypowiedzenia wielokrotnie nagabywałem Nowego o wyznaczenie osoby, której będę mógł solidnie przekazać przynajmniej dokumenty, z moją funkcją związane. Nowy do końca udawał, że w moje wypowiedzenie nie wierzy, że niby wycofam je w ostatniej chwili. Później wielokrotnie telefonował do mnie jego brygadzista z pytaniami, gdzie co może odnaleźć. Było to wielce irytujące ale telefonował zawsze człowiek wyjątkowo solidny. Odpowiadałem zwykle z maksymalną precyzją , bo akurat tego pracownika po prostu bardzo szanowałem - z takimi ludźmi chętnie pracowałbym nawet do emerytury i ...dłużej :).
Podczas rozkręcania działalności na własny rachunek natknąłem się na gąszcz absurdalnych przepisów, barier oraz ...krwiożercze zachowania lobbystów i konkurencji.
Po uzyskaniu zgody BSM na dostosowanie piwnicy własnej i części przyległej do piwnicy wózkowni, nigdy wcześniej i przez nikogo nieużywanej, przyjąłem duże zlecenie na dostawę dla Fabryki Maszyn w ŻNINIE drobnych elemenów do termosów wojskowych. Zakupiłem kilka obrabiarek stołowych, do pomocy zatrudniłem dwóch emerytów. Na skromne utrzymanie wystarczyło dla wszystkich. Spokój nie trwał długo. Po upływie bodajże 1,5 roku u odbiorcy ogłoszono przetarg. Wygrał konkurent o 15% tańszy od mojego minimum. Dowiedziałem się później, że pod jego presją i groźbą opóźnienia dostaw dla wojska przez FM Żnin, zgodzono się, by detale dostarczał terminowo o 30% droższe od moich. Bywało ciężko, ale miało być nie o tym...
Wideo: Karlino w październiku 2010.
Tadeusz Dużyński -- tadeuszduzynski@interia.pl
- W Polsce od b. dawna bezkarnie grasuje banda naciągaczy, którzy doskonale wiedzą, co dolega znakomitej większości ludziom starszym. Wymyślają „złote, wyjątkowo skuteczne odkrycia” przywracające w ciągu kilkunastu dni młodzieńczy np. słuch, wzrok, sprawność, itp. itd.
Parę lat temu jedną z takich grup sprawdziłem. Za bodajże 127 zł kupiłem środek, który W CIĄGU 17 DNI miał mi przywrócić młodzieńczy słuch. Przysłano mi buteleczkę z jakąś zawartością oraz informacją, że dla zagwarantowania skuteczności muszę wykupić dalsze buteleczki, tym razem za zł 254. Jeszcze później – następne. Wyszło na to, że na przywrócenie słuchu musiałbym czekać kilkanaście lat, słono ich opłacając. Komplet dokumentów miałem udostępnić w Internecie, ale wciąż mam coś pilniejszego.
„Autorzy” podpierając swoje treści fotografiami osób publicznych przechwyconymi z Internetu, zawsze piszą, że oferowany lek chcą na wszelkie sposoby ukryć farmaceuci i lekarze, w ochronie swoich dochodów. Stąd tylko u nich lek można nabyć poza oficjalnym obrotem, w cenie promocyjnej.
- W piśmie dla kobiet znalazłem artykuł o kolejnym złotym środku dla płci obojga, zajmujący całą stronę. Zawierał info, że pierwsi otrzymują ów środek gratis. Młody rozmówca wyjaśnił, że gratisowo wysyłają tylko jedno opakowanie, a dla pełnej kuracji potrzebne są trzy, za 840 zł (!). Podziękowałem.
Po kilku minutach przedzwonił do mnie ktoś inny, twierdząc, że jest przedstawicielem dystrybutora, uprawnionym do zastosowania 50-procentowego upustu. Dostawę zrealizuje za 420 zł. Podziękowałem w stylu mniej eleganckim.
W dniu następnym przedzwoniła Pani. Przeprosiła za pazernych kolegów, zapewniła dostawę za 210 zł. W podziękowaniu odesłałem ją na drzewo.
- Uaktywniła się kolejna grupa DORSEO. Tak szukają naiwnych. A co na to Policja? NIC. Czyli przestępstwo dwustronne... A jednak! Brawo! Poniżej podałem dwa odnośniki do oszukańczych materiałów grupy. 10-03-2023 sprawdziłem - obie pozycje są niedostępne. A "obiecywały" tak wiele: "Nowa metoda transdermalna dosłownie wyciąga ból z ciała. W 4 minuty usuwa nawet najostrzejszy ból stawów i kręgosłupa" oraz "Po 3 tygodniach człowiek jest jak nowy, bo stawy i kręgosłup reperują się, a ciało jest mlodsze o 20 lat!"
STOP! Po wpisaniu w przeglądarce DORSEO ukazuje się dostęp do kilkudziesięciu pozycji na temat jw. Tym razem dotyczy plastrów przeciwbólowych. Pytanie powtarzam - co na to Policja?