Kwiecień w polskiej strefie klimatycznej pozostaje miesiącem. w którm podczas jego 30 dni dzieje się bardzo dużo. Narasta intensywność wiosennych zmian, zanikają ostatnie pozostałości po zimie. Podgląd prezentowanych poniżej fotografii potwierdza ów bardzo ogólny i oczywisty osąd w stu procentach:
- 02 kwietnia 2006 roku, fotki 1-3 - Nadal utrzymują się wysokie stany wody. Niecierpliwi wędkarze spiningują bardziej dla zachowania formy niż złowienia czegokolwiek. Zwykle w kwietniu, niezależnie od stanu wody, spinnig zamieniałem na sprzęt foto-wideo. Wśród wędkarzy utwaliło się przekonanie, że kwiecień jest najbardziej niekorzystny. Początkowo nie dowierzałem. Poddałem się po kilku zerowych próbach. W latach następnych czas wolny wykorzystywałem na objazdy terenu i ...działkę ogrodową. /
- 03-2014 f 1-4 - Błękitny dywan podobny do zrejestrowanego na wymienionych obok fotografiach, po raz pierwszy zauważyłem po roku 1978, bodajże w okolicach Węgorzyna. Po drogach krajowych poruszałem się wówczas Fiacikiem 126P. Maluch spisywał się dzielnie a trasy - głównie w celach poznawczych - starałem się za każdym wyjazdem zmieniać nawet wtedy, gdy nowa wydłużała odległość o kilkadziesiąt kilometrów. Drogi typu S6, S3 i autostrady, którymi poruszam się w roku 2023, wybudowano w latach ostatnich i -ku chwale Ojczyzny- buduje się nadal.
Przy dawnym stylu jazdy musiałem liczyć się z przeróżnymi niespodziankami, stąd jednym z ważnych elementów stałego wyposażenia była - i jest do dzisiaj - saperka. Użyłem jej pod Węgorzynem. Część wykopanych cebulic syberyjskich pieczołowicie zasadziłem na swojej działce, pozostałe niedbale zasadziłem w nieużywanej części parku. Zasadzone na działce padły, o pozostałych nie wiem co mogę sądzić. Wcześniej nie zdołałem ich dostrzec (?), w roku 2014 zarejestrowałem błękitny dywan.
- 04-2004 f 1-3 - Na obrzeżach Karlina drzewa liściaste i nadwodne krzewy śpią snem zimowym. Zazieleniły się pojedyńcze krzewiny w lesie mieszanym.
- 05-2014 f 1-6 - Jak zwykle. Na obrzeżach dróg, pól i leśnych polanach najwcześniej zakwitły tarniny. Na tle śpiących lasów prezentują się pięknie.
- 05-2018 f 1-4 - Również 5 kwietnia, ale roku 2018. Na niebie pojawiła się podwójna tęcza. W hajnowskim dzieciństwie zawsze oznaczała "nieodwracalną wiosnę".
- 09-2006 f 1-6 - Kolejna kąpiel Morsów na terenach Kompleksu WODNIK. Impreza ma charakter powtarzalny, Termin corocznie dostosowywany jest do warunków pogodowych.
- 10-2019 f 1-4 - Wiosenne kwiaty przy Koszalińskiej i w domowej oranżerii / 11-2006 f 1-2 Inwestycyjna Tablica + Szkoła Podstawowa w Karlinie / 11-2008 f 1 - Fragment Bazy i parku /
- 12-2007 f 1-4 - Z wiosennego wyjazdu z wnuczką / 13-2008 f 1-2 Plaża w Podczelu / 14-2018 f1-2 Na Działce / 17-2018 f1 Na Działce / 18-2018 f1 Na Działce / 19-2017 f1 W parku z amfiteatrem / 20-2004 f1 Parsęta w Rościnie-Piaski popowodziowe / 20-2005 f1-2 Parsęta w Rościnie / 20-2008 f1 Staw pożwirowy k Pobłocia / 21-2005 f1 Park z amfiteatrem przy Koszalińskiej / 21-2008 f1 Zespół Szkół przy Parkowej / 21-2014 f1-8 W Strzekęcinie / 22-2008 f1-10 Wysoka Parsęta + Pajero / 22-2011 f1 Zwinka na terenie Bazy / 24-2008 f1-6 Pontonami na opadającej Parsęcie z ekipą TVP3 / 25-2005 f1-2 Niski stan rz Radew / 27-2007 f1 Na Koszalińskiej / 28-2012 f1-8 Wiosenne, działkowe pięknoty / 28-2018 f1-3 Zakwitły jabłonie / 29-2004 f1-4 Na działce / 30-2017 f1-2 Na ścieżce rowerowej.
Niezależnie od różnic bezpośrednio powiązanych z rejonizacją, marzec w całej Polsce pozostaje miesiącem zimowo-wiosennych przesileń. W każdym rejonie przebiega inaczej, wszędzie zdarzają się niespodzianki - stąd moje "odwieczne" ciągoty do ich rejestrowania. Okazji ku temu miewam sporo. Zwykle tak się pechowo składa, że skierowania do leczenia sanatoryjnego otrzymuję w okresie od późnej jesieni do przedwiośnia :)...
Info do prezentacji poniżej:
- w dniu 01 marca 2010 foto 1-5 - kąpiel okolicznych Morsów (okolice Karlina i Białogardu) w rzece Radew, na terenach Kompleksu Rekreacyjno-Wypoczynkowego WODNIK w Karlinie / 03-2005 f 1 Radew w scenerii zimowej / 03-2012 f 1-3 - rozlewiska z lodem i bez / 04-2010 f 1-2 - W Ciechocinku / 05-2021 f 1-4 - Biedronka i park z amfiteatrem / 07-2010 f 1 - kra spływająca Wisłą w okolicy Ciechocinka / 08-2006 f 1-2 - zimowe pozostałości na brzegach Parsęty / 09-2022 f 1-3 - Usuwanie liści nawianych przez wiatry, pozostawionych w parku pod pretekstem troski o jeże / 10-2010 f 1-4 Na Wiśle w Nieszawie / 18-2020 f1 - W parlu z amfiteatrem / 19-2005 f 1-5 - Rozlewiska Parsęty i Radwi / 20-2005 f 1-12 - Rozlewiska Parsęty i Radwi / 21-2006 f 1-4 - Szkoła Podstawowa+Parsęta po zimie / 24-2010 f 1-4 - Obrzeża ze Strefą Ekonomiczną / 28-2006 f 1-2 - Szkoła Podstawowa+Park przy Parkowej / 30-2006 f 1-7 Parsęta + leśne drogi dojazdowe.
Rozlewiska zarejestrowane 3 marca 2012 oraz 19 i 20 marca roku 2005 powstają z kilku powodów. Po ostrej zimie, gdy spływająca kra zablokuje koryto rzeki i konieczna staje się pomoc polskiego wojska, także o dowolnej porze roku, gdy silne, długotrwałe wiatry od strony morza wtłaczają jego wody do rzeki. Sytuacja staje się groźna, gdy towarzyszą im gwałtowne roztopy i długotrwałe, ulewne deszcze. Przy korzystnych zmianach pogody wydarzenia takie rejestrowaliśmy pływając pontonami "na przełaj". Docieraliśmy do miejsc niedostępnych przy normalnych i niskich stanach wody.
W listopadzie.
W październiku.
W lipcu.
Wideo: Parsęta w lipcu / Jazda w ulewie / Nad wodę!! /.
W Lutym.
Wideo: Parsęta w styczniu / Obrazy dedykowane /
W Styczniu.
We wstępie do "Pór Roku" stwierdziłem, że każda z nich zawiera co najmniej kilka dni przepięknych, głęboko zapadających w pamięć. Podtrzymuję. Jako dowody, proszę potraktować powyższe publikacje np. "Śnieżynka" i "Wiewiórcze Harce". Harce dowodzą, że dni przyjazne uszczęśliwiają nie tylko ludzi.
W Hajnówce, w 4-rodzinnych "czworakach" nadejście zimy zawsze poprzedzał stały, przygotowawczy ceremoniał. Z lasu przynosiłem worek czystego, puszystego mchu, Tata z pomieszczeń gospodarczych przynosił i wstawiał drugi komplet okien, Mama z moim rodzeństwem, układała mech na parapecie pomiędzy zdwojonymi oknami i pięknie ozdabiała go na okres kilku miesięcy.
Resztę zwykle załatwiał mróz, tworząc na szybach zewnętrznych przedziwne kompozycje.
W kuchni ciepło było zawsze. W sypialni, przed nocą, w dużym kaflowym piecu buzowały dębowe szczapy, a gdy nocne temperatury spadały poniżej -30 stopni słyszeliśmy, jak pęka kora pobliskich sosen.
Zapomnieć nie potrafię wielu innych wydarzeń. Między innymi dziecięcej próby ślizgania się boso. Atrakcja wątpliwa, ale spróbować musieliśmy. Na kilkumetrowej lodowej ślizgawce okazało się, że buty, niezależnie od rodzaju podeszwy "niosą" lepiej.
Podczas jednej z bardzo śnieżnych i wietrznych zim śnieg zasypał dość wysokie ogrodzenie ogrodu. Przedwiosenne słońce nadtopiło jego powierzchnię, nocny mróz utworzył skorupę twardą na tyle, że korzystanie z odśnieżonej ścieżki okazało się zbędne. Większą frajdę zapewniał przemarsz skorupą nad płotem i dopiero za nim skok na odśnieżoną drogę.
Gdy zbliżały się Święta, po wykupieniu asygnaty, pozostawała wędrówka po choinkę. Śnieg do kolan, trochę słońca i leniwie wędrujące chmury, z których chwilami powoli, dostojnie, opadały rzadkie, ogromne płaty śniegu. I cisza, przeogromna wszechobecna cisza. Tego wydarzenia i tamtej scenerii nie zapomnę nigdy. Byłem wśród swoich, urzeczony pięknem chwili czułem się, jak naturalny element tamtejszej przyrody.
W maju.
W grudniu.
Wideo: Karlino 4 Pory Roku - Jesień / Parsęta we wrześniu w wersji foto / Parsęta we wrześniu w wersji wideo / Parsęta w październiku / Parsęta w listopadzie / Parsęta w grudniu / Szwajcaria Połczyńska w październiku 2013 / Jesień 2018 za oknem / Jesienna przejażdżka 2020 / Jesienna przejażdżka 2020 cd. /
W sierpniu.
W czerwcu.
Jadąc w okresie przedwiośnia z Karlina na południowo-zachodnie tereny Polski, trudno jest nie zauważyć w okolicach Wrocławia i Jeleniej Góry dwu- lub nawet trzytygodniowej różnicy w wegetacji przydrożnych drzew, krzewów i upraw. Gdy na południowym zachodzie pękają mocno nabrzmiałe pąki, ich karlińskie odpowiedniki śpią jeszcze snem głębokim.
Na wschodzie, w odległej o 700 km Hajnówce trafić można w tym samym czasie na współistnienie obu pór roku - jeszcze zimy i już wiosny. Na dobrze nasłonecznionych obrzeżach Puszczy Białowieskiej wszędobylskie błękitne przylaszczki, w głębi resztki zlodowaciałego śniegu i sporadyczne, kwitnące krzewiny trującego dla człowieka wawrzynka wilczełyko. Kiedyś, bardzo dawno temu, "popełniłem w tej sprawie" rymowankę:
MARZEC
Gdy zbliża się WIOSNA – ON podąża przodem
Za dnia śniegi roztapia, w nocy skuwa lodem
Wiatrem suszy pola, deszczem często je zrasza
Gdy rozpędzi chmury ...na spacer zaprasza.
W marcu.
W kwietniu.
Wiosna 2014 Na obrzeżach lasu
Wiosna 2014 Białogard-Ulica-1-Maja
Lato 2005
Jesień
Zima
Hajnówka - Karlino. Wieloletnie okresy życia w obu tych miastach, własne obserwacje podczas licznych podróży po Polsce i (oczywiście!) codzienne komunikaty meteorologiczne "odruchowo" skłaniają do porównań odmiennych zjawisk przyrodniczych, równolegle zachodzących na różnych obszarach naszego kraju. Takie porównania prowadzą wprost do stwierdzenia, że Polska jest po prostu piękna - mamy wszystko za wyjątkiem czynnych wulkanów, wiecznej zmarzliny, gór lodowych i bezmiaru oceanu. Tyle tylko, że wszystko co mamy, mamy w miniaturze, proporcjonalnie do wielkości naszego państwa :).
Tak, czy owak, ze swojego miejsca na Ziemi byłem, jestem i będę bardzo zadowolony. Mamy cztery konkretne, wyraziste pory roku. W każdej na przemian bywają dni szare, bezbarwne, ale po nich nastają dni przepiękne, sprawiające (po szarych) ogromną radość. Stale popieram powiedzenie "Nie ma złej pogody - bywa niestosowny ubiór", ale - jak wszędzie - tu też bywają wyjątki. Stąd od zawsze dużym szacunkiem darzę osoby, które w dni przez większość uznawane za nieprzyjazne, muszą pracować, aby innym wciąż było dobrze!
Z tym "i będę bardzo zadowolony" chyba trochę przesadziłem. Może nawet więcej niż trochę i to tym bardziej, im jestem starszy. Miejsce radości z wiosennej zieleni i burzy wiosennych kwiatów, z letniego chodzenia boso po ciepłej rosie pięknie wystrzyżonego trawnika, letnich morskich kąpieli i długich spacerów zacienionymi leśnymi drogami, przyjemności wypraw na jesienne grzyby i podziwiania jesiennych przebarwień, wspaniałych doznań z zimowych spacerów wśród skrzących w słońcu zasp, z zimowych kuligów i wielu innych wspaniałości, coraz częściej zajmuje pospolita irytacja z powodu postępującej niemocy i narastających ograniczeń, związanych z wiekiem. :(. Ale - dni szare i nieprzyjazne szybko popadają w zapomnienie a niemoc niekiedy udaje się przezwyciężyć. Staram się!
Użytkowników Internetu, którym zechce się sprawdzić zawartość niniejszej strony, gorąco proszę o zrozumienie i cierpliwość. Znakomita większość materiałów zamieszczonych na stronie dotyczy zbiorników wodnych i wszystkiego co w nich i na nich się dzieje. Obecność i rozmieszczenie akwenów w największym stopniu wpłynęły na moją decyzję z przełomu lutego/marca 1972 roku. Decyzję osiedlenia się w Karlinie...
Uwaga: podczas segregowania materiałów w podziale na poszczególne pory roku, powstały nieścisłości związane z encyklopedycznymi określeniami okresów trwania pór. Meteorologiczne są stałe - Wiosna od 01.03; Lato od 01.06; Jesień od 01.09; Zima od 01.12. Kalendarzowe są stałe również, ale - Wiosna od 21.03; Lato od 22.06; Jesień od 23.09; Zima od 22.12. Astronomiczne są zbliżone do kalendarzowych, ale są zmienne - Wiosna od 20 lub 21.03; Lato od 21 lub 20.06; Jesień od 22 lub 23.09: Zima od 21 lub 22.12. Aby było weselej, dla klimatu umiarkowanego stosuje się podział jeszcze bardziej zagmatwany: przedwiośnie/wiosna/lato/jesień/przedzimie/zima przy czym stosowane bywają podziały jeszcze bardziej szczegółowe, np. poprzez dodanie przed i po nazwie głównej przedrostka "przed" lub "po". Np. przedlecie, pozimie itp, itd.
Przez tak długi okres działo się bardzo dużo. Ze spisania tylko najważniejszych wspomnień powstałaby opasła księga. Żyłem skromnie, z ogromną niechęcią obserwując polityków i wszelkich "doradców". Każdy wydaje odmienną opinię i pozostaje przekonany, że rację ma tylko on. Pozostaje "telegraficzny skrót" odniesiony głównie do najważniejszych powodów zmian.
Współpraca z Naczelnym układała się dobrze, z jednym niemiłym dla mnie wyjątkiem. Od czasu, gdy przywieziono mu zastępcę, 80% czasu spędzał poza firmą, ale dzięki temu i własnym szerokim znajomościom potrafił załatwić naprawdę dużo - dla firmy, dla załogi, dla poszczególnych pracowników, dla mnie też.
Od zawsze wysoko ceniłem partnerskie współdziałanie dla dobra wspólnego, niezależne od poglądów politycznych. W Karlinie takie zastałem i sądzę, że było największą zasługą ówczesnego, głównego gospodarza miasteczka. Mawiano o nim, że nie umiał rozpocząć pracy bez codziennego obchodu nielicznych wówczas ulic. Wchodził do biura, siadał przy telefonie i stanowczo prostował to co wydało się mu krzywe. To właśnie on wymógł na POM m.in. pomoc dla miasta przy odśnieżaniu ulic remontowanymi w POM ciągnikami gąsienicowymi DT 54 i DT 75, zadaszenie amfiteatru, metalowy mostek na Radwi. To on próbował namówić Irenę do funkcji ratownika na rzecznym kąpielisku. Poddał się słysząc, że Irenka pływa jak przysłowiowa siekiera, czyli niewiele gorzej niż ja. To śp. Władysław Bąkowski. W potrzebie wielokrotnie potrafił pomóc - chyba każdemu.
Z dniem podjęcia pracy, na okres przejściowy otrzymałem umeblowany pokój służbowy nad "całodobową" portiernią POM, w sąsiedztwie zakładowej świetlicy i stołówki. Później, mój Naczelny "załatwił" - również na okres przejściowy - 2-pokojowe mieszkanie (z ciemną kuchnią) w zakładowym bloku ZPPiW, przeznaczone dla kadry technicznej tamtejszych Zakładów. Zanim doszło do przeprowadzki, w służbówce odwiedził nas ojciec Ireny z bratem-Rosjaninem, który koniecznie chciał odwiedzić wspólnych przyjaciół w Koszalinie i Darłowie. Wspominam to, ponieważ podczas jazdy doszło do zabawnej sytuacji. Jan jakoś uniknął wywózki do Niemiec, pozostał na Białorusi, przyjął obywatelstwo ZSRR. Jadąc do Koszalina kilkakrotnie kręcił głową na widok stad saren pasących się na częściowo bezśnieżnych polach. Zagadnięty odpowiedział, że takie widoki bardzo go dziwią - na jego terenach dzika zwierzyna już dawno została ...zjedzona.
W okresie, gdy mieszkaliśmy w służbówce a później w zakładowym mieszkaniu ZPPiW, powstawało Osiedle Chopina współfinansowane przez ZPPiW, Białogardzką Spółdzielnię Mieszkaniową i Urząd Miasta. Gdy do użytku oddano blok, w którym dysponentami całych klatek schodowych (z trzema mieszkaniami na każdym piętrze) były wszystkie w/w jednostki, w jednej z nich otrzymaliśmy mieszkanie na piętrze IV, pod warunkiem, że stanę się członkiem BSM oczekującym na mieszkanie własnościowe. Warunek oczywiście spełniłem, ale podczas korzystania z mieszkania na IV pietrze okazało się, że ma ono nieprzyjemną wadę - gałkę zamiast zewnętrznej klamki, uniemożliwiającą wejście do mieszkania bez użycia klucza. Zdarzyło się i mnie, że po wyjściu na bardzo krótką chwilę wracać do siebie musiałem poprzez mieszkanie sąsiadki. Gdy z jej balkonu na piętrze III wspinałem się na własny, na dole zebrała się grupka obserwatorów, ciekawych - poradzę sobie, czy spadnę. Nie spadłem. Poza tym pamiętałem, że przed nieostrożnym wyjściem, nasze drzwi balkonowe były otwarte...
Po uzyskaniu statusu członka BSM oczekującego na mieszkanie własnościowe, dalsza pomoc Naczelnego stała się w tej dziedzinie zbędna, musiałem radzić sobie sam - w pracy i poza nią. Naczelny zachowywał się podobnie jak lew na sawannie - wciąż objeżdżał nasz rejon obsługi, "rozpoznawał sytuację", podtrzymywał lub odnawiał układy, umacniał i - niestety - obiecywał. Podczas jego nieobecności, wszelkie prośby, uzgodnienia, żale i pretensje telefonistka automatycznie kierowała do mnie. Było tego na prawdę dużo - jak to w rolnictwie, w którym wciąż dużo dzieje się począwszy od orek i siewów wiosennych, poprzez chemizację, zbiory płodów, do orek i siewów ozimych. Wobec poważnych szefów przedsiębiorstw rolnych telefonujących i odwiedzających nasz Ośrodek, pod nieobecność Naczelnego podejmowałem konkretne zobowiązania. Naczelny wracał, bez słowa porozumienia zmieniał moje ustalenia, bo akurat coś zupełnie odmiennego obiecał komuś w terenie. W normalnym przedsiębiorstwie sytuacja nie do wyobrażenia!! Cierpiał na tym przede wszystkim wizerunek mój, firmy, najmniej jego. Moje krytyczne uwagi przyjmował z wyraźną niechęcią i ...nadal podobne sytuacje stwarzał. Dlaczego? Mogę jedynie domyślać się, ale na pewno nie z powodu poczynań moich. Swoje miejsce w szeregu znam doskonale, a lojalność służbową cenię wysoko.
Skoro mowa o lojalności. Przez dwanaście lat odnotowałem kilka przypadków jej wielce nieprzyjemnego gwałcenia. Jako pierwszy "wystartował" przewodniczący zakładowego Związku Zawodowego z żądaniem(!) zwiększenia kilku stawek płacowych za czynności, przy których niektórzy jego podopieczni, pomimo "usilnych starań" zarabiają poniżej przeciętnej zakładowej. Moje tłumaczenia i kontrargumenty poparte świetnymi wynikami innych pracowników wykonujących te same czynności traktował jako obraźliwe sprzeciwianie się woli ZZ. Pozostał wrogiem nr 1. Wrogość wzmogła się, gdy - stosownie do jego sugestii - powierzyłem jednemu z "działaczy" czynności, przy których inni osiągali najwyższe zarobki. Działacz po upływie dwóch miesięcy osobiście poprosił o przywrócenie mu czynności wcześniejszych, bo na nowych, mimo większego wysiłku, stracił około 30% zarobku. Moje ostrzeżenia potwierdziły się - efektywnie wykonywać konkretne czynności może tylko właściwie dobrany człowiek, jego wiedza, zdolności organizacyjne, doświadczenie a także warunki fizyczne i kilka innych, równie ważnych cech. Działacz wielu z nich nie miał.
Pan przewodniczący krótko po tym, jak awansował do struktur powiatowych, spróbował odegrać się. Pewnego dnia, gdy pod zwykłą nieobecność Naczelnego rozstrzygałem na terenie zakładu jakiś gorący problem, na hali odnalazła mnie sekretarka. Poinformowała, że w gabinecie Naczelnego czekają "goście z powiatu" - chcą ze mną rozmawiać. Poprosiłem, aby chwilę zajęła się nimi, podała napoje, powiadomiła że przybędę niezwłocznie i wysondowała, w jakim przybyli celu. Jeżeli zechcą coś wiedzieć o DORO, to do przekazania szczegółów poleciłem podesłać im kierownika działu technicznego.
Gdy po załatwieniu sprawy wszedłem do gabinetu z usprawiedliwiająco-przepraszającym uśmiechem, rozłożony w fotelu, młody i wielce nadęty przedstawiciel KP PZPR wystartował do mnie z grubej rury:
- a Wy co Dyrektorze?! Nikt Was jeszcze nie nauczył jak należy przyjmować gości z powiatu!? Pozwalacie na siebie czekać, przysyłacie szeregowego pracownika!? Jeżeli tak to wygląda, to możecie zacząć się pakować. Za tydzień już Was tu nie będzie, ktoś taki nie może pełnić tak ważnej funkcji.
Uśmiech zamarł na mojej twarzy a widok rozpartego w fotelu, szyderczo uśmiechniętego pana związkowca rozwścieczył mnie ponad wszelkie granice. Odpowiedziałem:
- przede wszystkim to żaden szeregowy pracownik, tylko kierownik działu technicznego z wieloletnim doświadczeniem, a skoro mam się pakować, to nie widzę powodu do dalszego wysłuchiwania podobnych połajanek.
Mówiąc to zrobiłem zwrot na pięcie i ze słowem ŻEGNAM, trzasnąłem drzwiami gabinetu. Aby choć trochę uspokoić się, wyszedłem na teren zakładu. Dogoniła mnie sekretarka z informacją, że goście czekają na mnie nadal, że chcą rozmawiać dalej. Świadom partyjnej wszechmocy, pewien spełnienia groźby poprosiłem, aby im przekazała, że przyjść nie zamierzam, bo zająłem się pakowaniem. Kiedy i jak opuścili zakład - nie wiem.
Przepełniony zdenerwowaniem, obrzydzeniem i świadomością, że w taki sposób muszę rozstać się z pracą, do końca dnia nie pojąłem żadnej czynności służbowej. Gdy z terenu zjechał Naczelny, powiadomiłem go o całym zdarzeniu i związanej z nim niezdolności do dalszej pracy. Szef wysłuchał, chwilę pomyślał, doradził natychmiast udać się do I Sekretrza KP, bo to człowiek normalny, który do spełnienia gróźb nadętych, podległych mu funkcjonariuszy, po prostu nie dopuści. Miał rację. Za poręczeniem "Pierwszego" powróciłem do normalnego pełnienia obowiązków. Obu "panów-towarzyszy" nigdy więcej nie spotkałem.
Ale był to tylko drobny incydent lokalny. Z przeogromnym niesmakiem wspominam otoczkę zdarzenia o charakterze państwowym.
Tereny naszego województwa odwiedziła delegacja władzy, z towarzyszem Edwardem Gierkiem na czele. Lokalne służby błyskawicznie wybrały najnowocześniejsze gospodarstwo hodowlane, przewieziono do niego z rozległej okolicy najdorodniejsze okazy byków. Gdy z ekipą TV zjechała Delegacja - wszystko prezentowało się wzorowo. Skrzeczące polskie rolnictwo w tak przygotowanej prezentacji po prostu nie wymagało ani państwowej troski, ani ulepszających działań!!
Gdy Polskę ogarnęła fala strajków solidarnościowych, wzrosło także napięcie w POM. Kolejne wydarzenia wyzwalały zaskakujące zachowania. Kierownik jednego z działów usługowych przypisanych do mojego nadzoru, doskonale radził sobie samodzielnie. Kiedykolwiek do POM trafiały z terenu prośby bądź sugestie, przekazywałem je kierownikowi, on zajmował się nimi dalej wg możliwości swojej ekipy. Skarg ani zastrzeżeń nie było nigdy. Wspieraliśmy się na bieżąco przemieszczając ekipy w miarę spiętrzeń powstających w zakładzie lub obsługiwanym terenie. Zależność służbowa pozostawała fikcyjną. Gdy w kontaktach z "Technicznymi" pozostałych przedsiębiorstw skupionych w Zjednoczeniu dowiedziałem się, że w wielu z nich pracami terenowymi kierują wydzieleni zastępcy dyrektora, wystąpiłem do Naczelnego o przerwanie fikcji i powierzenie takiej funkcji kierownikowi naszemu. Po kolejnym wznowieniu tematu Naczelny stwierdził, że nie uzyskał zgody Zjednoczenia. Odmowę uzasadniono niewystarczającym (średnim) wykształceniem kandydata.
W trakcie postępujących zmian odeszli - Naczelny na emeryturę wcześniejszą, "Ekonomiczna' do kołobrzeskiej firmy, bliższej jej nowego prywatnego domu i Gł. Księgowa - na emeryturę wysłużoną. Zaczęły mnożyć się niespodzianki. Kilka najmniej przyjemnych muszę (i chcę) opisać.
Gdy władze zdelegalizowały NSZZ Solidarność, zakładowi związkowcy usunęli z dużej związkowej tablicy wszystkie komunikaty. Na ciemnym tle gabloty środkowej, największej, wpięli czerwony goździk z czarną, żałobną wstążką. Wyglądało to pięknie w swojej skromności, doskonale oddawało nastrój ówczesnych chwil. Szybko okazało się, że nie wszyscy myślimy podobnie. Sekretarka, odnalazłszy mnie na terenie zakładu powiadomiła, że w towarzystwie niezaakceptowanego kandydata na zastępcę, czeka na mnie delegat z KW PZPR. Śpiesząc do tak ważnego gościa nie mogłem wymyślić logicznej odpowiedzi na dręczące pytanie - co i dlaczego przy delegacie robi nasz nieakceptowany kandydat?
Okazało się, że nic, poza minami dostosowanymi do słów i min delegata.
Po zapewnieniu, że pracujemy normalnie, delegat uznał za konieczne pokazać, jak ta moja normalność wygląda. Zaprowadził nas (raczej mnie!) przed gablotę i wskazując goździk zapytał - A co znaczyć ma TO! Odpowiedź, że TO nie ma żadnego wpływu na pracę, wyraźnie go rozwścieczyła. "Nakazał" zlikwidować całą tablicę w ciągu najbliższych kilku godzin. Rozwścieczył się jeszcze bardziej, gdy wtrąciłem, że zamiast zajmować się drobiazgami, byłoby lepiej, gdyby spowodował powołanie nowego Naczelnego, bez dalszego zmuszania mnie do pracy za trzy ważne osoby. Gdy odjechał porozumiałem się telefonicznie z lokalnym Komisarzem WRON. Pan kapitan podzielił moje obawy, że likwidacja tablicy podziała jak iskra. Uzgodniliśmy osłonięcie jej skręconymi płytami wiórowymi. I tak się stało. Kto i dlaczego próbował zrobić z tego aferę - nie wiem do dzisiaj. I wiedzieć nie chcę...
Podczas burzliwych wydarzeń w kraju dwukrotnie nawiedził mnie przedstawiciel SB. Chciał poznać nastroje wśród załogi i pomóc w "uspokojeniu" ewentualnych wichrzycieli. Podziękowania za chęć pomocy, stwierdzenie, że pracujemy normalnie bo załoga doskonale wie, że i pracujący i strajkujący jeść muszą, oraz oświadczenie, że w przypadku utraty kontroli nad wydarzeniami w zakładzie wolę wybrać własną dymisję, wyraźnie go rozczarowała. Gdy dodałem, że wystarczy aby swoją pomoc sprowadził do szepnięcia komu trzeba o moim przemęczeniu pracą za troje, miał dość. Co i jak zapisał w swoich raportach dla przełożonych - nie wiem.
Dyrektora Naczelnego Zjednoczenia szanowałem zawsze, od pierwszego kontaktu. Bywał u nas dość często. Kilka razy zapytał, jak pracuje się z moim szefem. Nie skarżyłem się nigdy, bo poza ciągłą skłonnością do zastępowania moich obietnic swoimi, pozostawiał mi dużo swobody. Mocno zaskoczyła mnie jego reakcja na wydarzenia bieżące. Gdy wśród postulatów strajkowych znalazło się żądanie wycofania wojsk ZSRR z terenów Polski, Rosjanie zareagowali natychmiast średnio 3-krotnym zwiększeniem cen części zamiennych. Dla przedsiębiorstw specjalizujących się w naprawach głównych ciężkiego sprzętu rolniczego produkcji radzieckiej zmiana okazała się zabójcza. Pozostawały dwa naturalne rozwiązania - korekta cen za NG w górę, lub rezygnacja z ich wykonywania, ze stosownymi przesunięciami wśród załogi. Oba rozwiązania Naczelnego wyraźnie zdenerwowały, zarzucił mi brak wrażliwości politycznej. Uważał, że niebezpiecznie pogorszą nastroje także wśród rolników. Stwierdził, że takich zmian nie akceptuje. Pozostało minimalizowanie szybko narastających strat.
Przewidując, czym to się skończy, w bardzo skromnym (na początek) zakresie uruchomiłem działalność na własny rachunek.
Pewnego dnia, lotem błyskawicy zakład obiegła wiadomość, że w gabinecie Naczelnego rozsiadła się delegacja z Koszalina. Wezwano czynniki społeczne, aby przedstawić im Nominata. Odetchnąłem z ulgą, z przekonaniem, że wreszcie będzie ktoś, kto przejmie lwią część ciążących na mnie obowiązków. Zdziwiło mnie trochę, że funkcję Dyrektora Naczelnego POM powierzono tej samej osobie, której uprzednio odmówiono funkcji zastępcy dyrektora ze względu na niewystarczające wykształcenie. Ale - jak powiadają rdzenni rolnicy - nie mój ogród, nie moje owoce. Powierzono ją osobie właściwej politycznie, oficerowi rezerwy(?), a mnie polityka brzydziła od zawsze. Wciąż, z modulowaniem stosownym do okoliczności, powtarzałem gdzieś zasłyszaną/przeczytaną opinię, że polityka jest jak świeża kupa dziecka - z którejkolwiek strony tknie się ją, z każdej śmierdzi.
Moje nadzieje na spokojniejszą pracę nie sprawdziły się, przynajmniej nie tak szybko, jak się spodziewałem. Na początku Nowy, po odebraniu moich szczerych gratulacji przychodził do mnie ze stertą korespondencji, aby uzgodnić, do kogo ją przekierować i ewentualnie, co komu odpowiedzieć. Załatwialiśmy to szybko, ale Nowy pozostawał dłużej. Bardzo lubił opowiadać o ekstrawagancjach spotkań z kolegami-oficerami rezerwy. Czy robił to celowo aby podkreślić różnicę pomiędzy nim i "szeregowcem dyplomowanym", któremu najpierw odmówiono rekomendacji na studia w WAT a później odebrano wszystkie nagrody i wywalono z kompanii szkolnej po bezpośrednim starciu z nowym dowódcą drużyny - nie wiem, ale po wydarzeniach późniejszych mam prawo brać taką ewentualność pod rozwagę.
Kiedyś poprosiłem, abyśmy rozmowy przełożyli na później, bo mam do zrobienie coś pilnego. W kolejnym "ruchu" Nowy, poprzez sekretarkę, podesłał mi do rozdysponowania kolejną stertę korespondencji. Taka zamiana służbowej pomocy na służbowy obowiązek odebrałem jako grubą przesadę. Intencje stały się jasne podczas ogólnego zebrania załogi pod jego wodzą. Nowy zgrabnie połączył fakty, bez wskazania rzeczywistych przyczyn. Po prostu stwierdził, że w okresie, gdy samodzielnie zarządzałem przedsiębiorstwem, POM po raz pierwszy od wielu lat zanotował straty.
Po takim faulu złożyłem wypowiedzenie - możliwości dalszej współpracy z osobą, która w taki sposób manipuluje faktami, nie widziałem żadnej. Po upływie prawie czterdziestu lat uważam, że popełniłem emocjonalny błąd. W przypadku przeczekania do likwidacji POM miałbym i satysfakcję, i dużo wyższą emeryturę...
Użyłem określenia "emocjonalny". Właśnie. Po prawie 50-latach od niecodziennego wydarzenia miewam wyrzuty sumienia. Tym bardziej, że niegdyś sam znalazłem się w sytuacji, w której- nie bacząc na konsekwencje - gotów byłem porzucić wszystko i udać się w siną dal.
Na usilną prośbę klienta, po stosownych uzgodnieniach z pracownikami, obiecałem mu, że naprawiony sprzęt odebrać będzie mógł jutro. Po upływie niespełna godziny od uzgodnień przybiegł do mnie roztrzęsiony, najważniejszy wykonawca uzgodnień z wiadomością, że natychmiast musi urwać się z pracy i nie będzie go także w dniu następnym. Gdy spytałem, czy i jak mogę mu pomóc, czy ma jakiegoś zastępcę do wykonania uzgodnionych czynności, odrzekł, że teraz nie może i nie jest w stanie o tym myśleć. Dlaczego - nie mówił, a ja nie miałem zwyczaju wtykać nosa w sprawy osobiste. Emocjonalnie trzaskając papierzyskami o blat biurka postawiłem warunek - jeżeli zapewni zastępstwo, będzie OK, jeżeli nie, zostanie ukarany. Odszedł zdecydowany ponieść karę. Sprawę z niezadowolonym klientem udało się załagodzić na tyle, że afery nie było.
Pracownik nie został ukarany, ale wrogiem pozostał. Powiedziano mi później, że na zebraniu POP PZPR skarżył się, że jego - wieloletniego członka - potraktowałem skandalicznie, strzelając mu przed nosem papierzyskami o biurko. Szkoda. Zadra i dyskomfort pozostały. Jest takie powiedzenie - lepiej mieć tysiąc przyjaciół niż jednego wroga...
W okresie wypowiedzenia wielokrotnie nagabywałem Nowego o wyznaczenie osoby, której będę mógł solidnie przekazać przynajmniej dokumenty, z moją funkcją związane. Nowy do końca udawał, że w moje wypowiedzenie nie wierzy, że niby wycofam je w ostatniej chwili. Później wielokrotnie telefonował do mnie jego brygadzista z pytaniami, gdzie co może odnaleźć. Było to wielce irytujące ale telefonował zawsze człowiek wyjątkowo solidny. Odpowiadałem zwykle z maksymalną precyzją , bo akurat tego pracownika po prostu bardzo szanowałem - z takimi ludźmi chętnie pracowałbym nawet do emerytury i ...dłużej :).
Podczas rozkręcania działalności na własny rachunek natknąłem się na gąszcz absurdalnych przepisów, barier oraz ...krwiożercze zachowania lobbystów i konkurencji.
Po uzyskaniu zgody BSM na dostosowanie piwnicy własnej i części przyległej do piwnicy wózkowni, nigdy wcześniej i przez nikogo nieużywanej, przyjąłem duże zlecenie na dostawę dla Fabryki Maszyn w ŻNINIE drobnych elemenów do termosów wojskowych. Zakupiłem kilka obrabiarek stołowych, do pomocy zatrudniłem dwóch emerytów. Na skromne utrzymanie wystarczyło dla wszystkich. Spokój nie trwał długo. Po upływie bodajże 1,5 roku u odbiorcy ogłoszono przetarg. Wygrał konkurent o 15% tańszy od mojego minimum. Dowiedziałem się później, że pod jego presją i groźbą opóźnienia dostaw dla wojska przez FM Żnin, zgodzono się, by detale dostarczał terminowo o 30% droższe od moich. Bywało ciężko, ale miało być nie o tym...
Wideo: Karlino w październiku 2010.
Tadeusz Dużyński -- tadeuszduzynski@interia.pl
Gdy Wiosna wreszcie dociera, wszystko i wszędzie pięknieje, nabiera ogromnego rozpędu. W Karlinie, pod naporem spowalniających wiatrów północno-zachodnich dzieje się to powoli, w Hajnówce krótko, niemalże gwałtownie. W każdym miejscu, w którym wiosenne zmiany są zawsze wyraźne, dzieje się tak wiele, że i dla mnie - pospolitego zjadacza chleba, owładniętego manią dokumentowania wszystkiego co mija, nastaje okres wzmożonej aktywności. Więc działam - KU CHWALE OJCZYZNY i ...własnej :) :).
Materiały foto-wideo, tytułami odniesione do kolejnych pór roku, przygotowałem przede wszystkim dla miasta Karlino i rzeki Parsęta, ale nie tylko. W przypadku Wiosny są to:
(W/w materiały należałoby znacząco skrócić i ulepszyć - niestety, zrobić tego raczej nie zdążę :( ).
Idąc śladem meteorologów, którzy ustalili stałe daty rozpoczęcia pór roku na pierwszy dzień kalendarzowego miesiąca, (podobno dla ułatwienia porównań zjawisk zachodzących w ustalonych porach), z dniem 28 listopada 2022 roku, w części "Pory Roku" zmieniam układ witryny na następujący:
- pory roku prezentuję w podziale na miesiące, w kolejności narastających dni każdego miesiąca, traktowanych jako parametr podstawowy. Przykład 01-2006-DSC...m2, gdzie:
- 01 - narastający dzień prezentowanego miesiąca
- 2006 - rok wykonania zdjęcia
- DSC...m2 - nazwa katalogowa lub nr kolejny zdjęcia pomniejszonego do wymiarów internetowych.
We wrześniu.
Jesień, szczególnie jej okres początkowy, od zawsze uważam za szczególnie piękny. W naszej strefie klimatycznej, piękno i wspaniałości przyrodnicze łatwo jest odnaleźć o każdej porze roku. Wiosną - gdy słońce z czystego błękitu przygrzewa co raz mocniej a niemal wszystko dookoła obficie kwitnie, zanim przyrodę zdominuje wszechobecna zieleń. W gorące lato - gdy bujną zieleń przeplata mnóstwo przeróżnego kwiecia a wśród zieleni i kwiatów zaczynają pojawiać się wspaniałe owoce. Zimą - gdy po obfitych opadach na bezchmurnym niebie pojawia się słońce, gdy wszechobecna biel skrzy się w nim milionami diamentów a zewsząd docierają radosne głosy dzieciarni figlującej na śniegu.
Jesień ma prawa własne, odmienne od pozostałych pór roku. Łagodząc letnie upały zachęca do powolnego wyciszenia, burzą przepięknych kolorów skłania do podziwu i relaksu na łonie natury, a gdy uzna to za stosowne - wichurami i słotą wymusza odpoczynek przed zimą. Także piękną, ale i trudną.
Gdy Jesień nastaje, staram się na różne sposoby odwiedzić Szwajcarię Połczyńską. 25 października 2020 roku na jesienną przejażdżkę namówiłem Żonę. Odwiedziliśmy kilka miejsc wcześniej nieznanych oraz tradycyjnie Elektrownię Wodną w Rościnie i Szwajcarię. Teraz przygotowuję relację wideo, ale wyjazd muszę powtórzyć. W jeździe powrotnej, po krótkiej rozmowie ze zmęczonymi spacerem kuracjuszkami zdecydowaliśmy sprawdzić drogę pożarową-spacerową łączącą drogi publiczne 163 i 173. Z parkingu z leśną siłownią wjechaliśmy na mocno pofałdowaną stromymi wzgórzami, bardzo atrakcyjną trasę z bardzo kolorowymi poboczami porośniętymi buczyną. Ludzi spotkaliśmy dopiero przy drodze 173. W domu okazało się, że kamera nie zarejestrowała przejazdu. Prawdopodobnie wyłączyła się podczas rozmowy z kuracjuszkami, a podekscytowany ich opowiadaniem o utrudnieniach na trasie, wyłączenia nie zauważyłem...
Przejazd muszę (i chcę) powtórzyć tym bardziej, że z mapy Google wynika kolejna, niezauważona przez nas ciekawostka. Gdzieś (?) pod tamtą drogą przepływa rzeka Wogra. Wypływa z jeziora Kłokowskiego, więc ciekaw jestem, jak naprawdę wygląda. Przypuszczam, że w okolicach drogi pożarowej jest to co najwyżej skromny strumyk.
Po ostatnich przejazdach leśnymi drogami pożarowymi nadszedł moment weryfikacji moich poglądów. Po pierwszej jeździe, gdy taką drogą dojechałem prostopadle do rzeki Drawa, nabrałem błędnego przekonania, że wszystkie prowadzą do zbiorników wody. NIE PROWADZĄ. Zapewniają tylko jednostkom pożarniczym dojazd w pobliże miejsc objętych pożarem.
Przejazd powtórzyliśmy 15.11.2020, gdy po wielu dniach mgieł i opadów pokazało się słońce. Po 21 dniach przerwy zastaliśmy scenerię absolutnie odmienną. Kolory bardzo pociemniały, większość liści opadła. Taka zmiana ma tylko jeden, poważny plus - oko kamery i wzrok człowieka sięgają głębiej.
Most nad rzeką Wogra zauważyłem w niewielkiej odległości od drogi 163, ale to, co pod nim przepływa(?) trudno jest nazwać rzeką.
Nie wiem jak i dlaczego auto-kamera ponownie przestała rejestrować trasę aż na 10 minut i 36 sekund. Obraz pokazywała nieprzerwanie, więc skoncentrowany na obserwacji nieznanej trasy uznałem, że wszystko przebiega OK. Niestety - muszę się jej skutecznie pozbyć, tym bardziej, że obraz rejestruje fatalnie i fatalnie reaguje na zmiany światła. Podczas owych 10 minut na wąskiej drodze mijałem jadący z przeciwka samochód terenowy (chyba leśnicy), wymienialiśmy pozdrowienia i uwagi z dwiema odległymi od siebie grupami turystów pieszych. Trwało to bardzo krótko, jako że byłem przekonany o możliwości bliższego ich rozpoznania przy obróbce nagrania. Nie wyszło!
Do drogi 173 dojechaliśmy o godzinie 13:33:33. Po 20 dniach krzątania się na posesji, bez oddalania się od niej z uwagi na pandemię i niesprzyjającą pogodę, należał się nam głębszy oddech. Nie wiedząc dokąd dojedziemy, podjęliśmy dalszą jazdę "Dojazdem pożarowym 7". Uprzedzeni przez piechurów, że czekają nas liczne, ostre wzniesienia jechaliśmy spokojnie na wprost mijając liczne, podobnie wyjeżdżone rozjazdy i skrzyżowania. Po minięciu skrzyżowania ze ścieżką rowerową zaniepokoiła nas zmiana charakteru drogi. Zniknęły wcześniejsze oznakowania a nieco dalej, pod grubą warstwą bukowych liści, zniknęła także droga. Jazda po tak niepewnym terenie trwała na szczęście krótko. Z ulgą dojechaliśmy do asfaltowej drogi ze stojącymi na poboczu tablicami informacyjnymi. Były od nas odwrócone, więc podjechaliśmy, aby sprawdzić, gdzie znaleźliśmy się. Tablice oznaczały koniec miejscowości Zajączkówko. Coś w mojej 80-letniej pamięci zaczęło świtać. Po zakupie pierwszego "auta" (Fiat 600!) tj. po roku 1978 dość dokładnie rozpoznawaliśmy okolice i chyba wtedy jechałem tamtędy po raz pierwszy.
Po sprawdzeniu tablicy ruszyliśmy do Połczyna na spacer i jesienne zdjęcia w Parku Zdrojowym, ale po krótkim przejeździe musieliśmy parkować na poboczu - zauważyłem po stronie lewej wyrobiska kopalni kruszyw. Widoki niecodzienne, musiałem je zarejestrować, Zdziwiły mnie przede wszystkim, poza głębokością wykopów, naruszenia gruntu wokół słupa linii WN. Nie zdziwiłbym się, gdyby taka beztroska doprowadziła do naruszenia jego stabilności i niewyobrażalnych nieszczęść. Krakać nie mam prawa, na tym się nie znam.
Skoro przeszedłem do hamowania swojej wyobraźni - uwiera mnie także inny szczegół. Na FB zamieściłem zaproszenie do "Jesiennej Przejażdżki". Na drogach asfaltowych OK, ale auto na "Dojazdach Pożarowych" najwyraźniej mi nie pasuje. Szczególnie po spotkaniach z grupami piechurów. Podtrzymując zaproszenie, zachętę do osobistego przejazdu ograniczam do osób w wieku 80+, z nadzieją, że Leśnicy okażą stosowną wyrozumiałość. Osoby pozostałe zachęcam do spacerów pieszych. Piękno tras oraz ich infrastruktura są tego godne.
Materiały z Połczyna Zdroju opublikuję na podstronie https://fv-dokument.pl/polska przycisk Połczyn Zdrój.
Z meteorologicznym początkiem Zimy, podobnie jak z wielu pozostałymi sytuacjami w życiu, bywa bardzo różnie. W obecnym województwie zachodniopomorskim (uprzednio koszalińskim), w szczególności. Po tym, jak szczecińscy kardiochirurdzy w roku 1997 postawili mnie na nogi, kilkakrotnie późną jesienią albo na przełomie jesieni i zimy, utrwalałem zdrowie w świnoujskich sanatoriach. Pamiętam z tamtych czasów, bez precyzyjnego określania dat, okazjonalny rejs katamaranem do Szwecji. Aby popłynąć z Ireną, przyjechałem po nią do Karlina. 28 października sypnął niespodziewany, bardzo obfity śnieg. Przepięknie, ale krótko, wyglądały nasze skrzynki balkonowe. Ze śnieżnego puchu pięknie wystawały tylko czerwone kwiaty balkonowych pelargonii(!).
Rejs wspominam bez entuzjazmu. Temperatura w Świnoujściu otrzymywała się na bardzo przyjaznym poziomie. Aby nie przegrzewać się podczas zwiedzania Malmo, po zapewnieniu organizatora, że w Malmo temperatury utrzymują się na podobnym poziomie, ubrałem się za lekko. Zastaliśmy ogromny ziąb. Ze zwiedzania miasta zrezygnowałem po kilkuset metrach. Przeczekałem w ogrzewanym budynku dworcowym.
Rejs promem do Kopenhagi, zrealizowany podczas kolejnego pobytu w sanatorium, udał się bez podobnych "ekstrawagancji". Zachowały się mizerne jakościowo fragmenty amatorskich nagrań, do ewentualnego udostępnienia w części www - "Podróże>Dania".