Rościęcino-Kołobrzeg

Most Ząbrowo-Rościęcino

M. Bardy-M. Ząbrowo

coś stać się mogło w mojej firmie, na pełnym gazie maszerowałem aż do Zakrętu. Dopiero po jego obejściu słup dymu oddalił się od niepokojącej linii. Mokry od potu, na mdlejących nogach, musiałem przysiąść. Paliło się gospodarstwo w niedalekiej wsi Redlino.

Wydarzenia zaistniałe na opisywanym odcinku są tak liczne, że z trudem staram się wybrać tylko najważniejsze. Tuż za Zakrętem, przy bardzo niskim stanie wody, od środka do prawego brzegu rzeki wyłaniają się z niej wielkie głazy. Podczas spływów bezpieczniej jest przy brzegu lewym, ale koniecznym jest użycie siły - woda znosi jednostki na brzeg prawy.

Za głazami, przed dużym zwężeniem koryta i starą olchą rosnącą na cyplu wybiegającym mocno w stronę środka rzeki uformował się głęboki dół ze spokojnie wirującą wodą. O świcie i wczesnych godzinach rannych często można zastać tam Janka Szuszkiewicza. Mieszka bardzo blisko, więc zawsze, gdy on lub ktoś z jego domowników miał ochotę na świeżą rybkę, "Jachu" na krótko wyskakiwał nad wodę, łowił potrzebną ilość i wracał, aby po śniadaniu zdążyć do pracy. Teraz od dawna jest na emeryturze, ale podobno wędkuje nadal.

Za olchą i cyplem utrzymuje się kilkanaście metrów czystego brzegu, rzeka znacznie rozszerza się i wypłyca. Przy rzutach pod prąd łatwo jest stracić blachę na przydennych zaczepach, przy rzutach w dół należy uważać na wystające z prawego brzegu krzaki. Siada na nich blacha przy zbyt dalekim wyrzucie lub zbyt wolnym jej sprowadzaniu. Właśnie tam miałem okazję powalczyć z rybą w niecodziennych okolicznościach. Przy zimowym znacznym spadku wody przymarznięte do brzegu duże tafle lodu opadły tak, że ich obrzeża zanurzyły się na kilka centymetrów w nurcie, w znacznej odległości od brzegu. Ryba po sprowadzeniu do tafli uciekała pod nią. Drażniona lekkimi napięciami żyłki przewiniętej przez krawędź lodu wychodziła na środek rzeki na bardzo krótko i wracała pod lód do czasu, gdy przy kolejnym wyjściu zdołałem unieść jej głowę lekko nad wodę. Wciągnięta na pochyłą taflę lodu gładko wjechała po niej pod moje stopy.

Za krzakiem rozdzielającym niezakrzaczone odcinki brzegu poziom gruntu opada aż do rowu łączącego rzekę z przybrzeżnym sporym bagnem nie wysychającym nawet przy najniższym poziomie rzeki także w najsuchsze lata. Rów albo wysycha, albo jest nie do przebycia nawet w butach biodrowych, gdy rozlewiska kryją brzegi pod jednym ogromnym lustrem wody. Kilkakrotnie pływałem po takim lustrze pontonem (np. Karlino Wysoka Parsęta 2012) , także w poprzek "normalnego" koryta rzeki, a o bagnie i rowie łączącym go z rzeką słyszałem kilka opowiadań o przepływających nim ławicach miętusowych tarlaków. Nigdy ich nie widziałem, miałem za to wątpliwą przyjemność osobiście sprawdzić głębokość bagna, na szczęście jego części niezbyt odległej od brzegu. W piękny lutowy dzień spróbowałem po lodzie obejść zwykle wolny od lodu rów. Mocny przy brzegu lód załamał się po przejściu kilku roków i łamał się po każdym kroku kolejnym. Głębokość wody sięgała tylko do kolan ale moje luźne ciepłe gumofilce nabrały jej do pełna i stały się bardzo ciężkie. Z niemałym trudem wróciłem na zaśnieżony wysoki brzeg rzeki, wylałem wodę, wykręciłem solidnie grube góralskie skarpety i ku własnemu zdziwieniu stwierdziłem, że po ponownym ich założeniu jest mi w stopy przyjemnie ciepło. Pozostałem nad rzeką...

 

W niewielkiej odległości od mostu Kolei Wąskotorowej betonowy przepust pokryty grubą warstwą gruntu łączy z Parsętą wody Kanału Bacutilskiego. Dopóki poza rogatkami Karlina funkcjonował Zakład Bacutil rozsiewający wokół mdlący odór wywołujący odruch wymiotny, na kanale działy się rzeczy straszne. Szczegóły podam na podstronie "Kanały Zbiorniki Sztuczne". Wspominam o nim teraz, ponieważ wielokrotnie docierały do mnie wieści o złowionych na Parsęcie w obrębie przepustu wspaniałych 7-10 kilogramowych okazach. Próbowałem tam także swojego szczęścia. Bezskutecznie. 

Tkwi we mnie wciąż żywe wspomnienie związane z tym miejscem. Gdy w letnich, kompletnych ciemnościach wracałem ścieżką wydeptaną przez wędkarzy (powrót ze zbyt dalekiej pieszej wyprawy), przed sobą, wśród gałązek okalających ścieżkę i w wolnej przestrzeni poniżej dostrzegłem przemieszczające się światełka. Widziałem je po raz pierwszy w życiu. Musiałem wśród nich przejść. Wrażenia trochę dziwne. Dopełniało je duże nieruchome światło umiejscowione kilka centymetrów nad ziemią. Sprawdziłem je w dniu następnym. Był to zmurszały fragment pnia jakiejś zaschniętej rośliny. Część próchna wydłubałem nożem - w nocy świecić nie chciało (?)...

II Most Wąskotorowy-Ujęcie Wody Homanit

Pomiędzy Mostami Wąskotorówki

Zakręt Żygadły-Most Wąskotorówki

Pyszka-Most Bardy

Most Wrzosowo-Pyszka

Poczernino-Most Wrzosowo

Daszewskie Łąki-Buki-Poczernino

Zimne Kolano-Daszewskie Łąki

Ujęcie Wody Homanit-Zimne Kolano

"Wodospad"- Zakręt Żygadły

Na progu za firmą "Eltra", powyżej mostu kolejowego rejestrowałem niecodzienne poczynania uczestników II OSK "Parsęta 2003" a poniżej ujścia Liśnicy - odprawę i start do I OSK "Parsęta 2002", zorganizowanego z okazji 10-lecia ZMiGDP oraz zakończenie I etapu Maratonu Kajakowego Parsęta 2016.

Na obu w/w. odcinkach nigdy nie próbowałem wędkować. Z wędką sprawdziłem oba brzegi rzeki dopiero powyżej Elektrowni Rościno. Ktoś opublikował o tym odcinku pochlebne opinie nazywając go szczupakowo-okoniowym Eldorado. Od strony Kamosowa, z wałów przeciwpowodziowych nie złowiłem nic konkretnego, od strony Rościna znalazłem tylko na brzegu mnóstwo przerośniętych trawą butelek plastykowych, naniesionych wysoką falą. Bywa i tak...

Droga 167-Osówko-Droga 163-Białogard.

Przy moście nad Parsętą, w drodze 171 (do Barwic) wędkować nie próbowałem nigdy. Nie spotkałem tam nigdy wędkarza z którym można byłoby porozmawiać, popytać. Rzeka wygląda atrakcyjnie przy wodzie podwyższonej - przy niskiej zniechęcają płycizny, wyraźnie widoczne z mostu.

W okolicach Hodowli Pstrąga w Żarnowie bajka zupełnie inna. Próbowałem powyżej i poniżej. Wszędzie napotykałem puste, kłusownicze słoiki z dziurkowanymi zakrętkami, ale poniżej bywały także dorodne pstrągi.

Powyżej Hodowli sprawdziłem duży odcinek. Wszędzie zastałem rozległe płycizny. Brały tylko pstrążki niewymiarowe. Z okaleczania ich zrezygnowałem bardzo szybko.

Przed Hodowlą skręciłem w leśną drogę po stronie prawej. Dokąd prowadzi - nie mam pojęcia do dzisiaj. Z mapy szczegółowej wynika, że za rzeką, po wylocie z kompleksu leśnego, można dojechać nią do Barwic.

W znacznej odległości od zabudowań i stawów hodowlanych biegnąca skrajem lasu droga rozdwaja się. Prosto biegnie w gęściejący las - podobno do spalonego mostu nad rzeką - oraz odbija w lewo, ku rzece. Sprawdziłem odnogę biegnącą ku rzece. Prowadzi do sfatygowanego (wówczas) mostka, którego nośności wolałem nie sprawdzać po przykrych doświadczeniach za Białkowem. Przed mostkiem, po stronie prawej istniał plac dogodny do parkowania samochodu (podczas Maratonu 2016 niedostępny, zryty przez dziki, mostek pięknie odnowiony). Sceneria idealna do nocnego wyciszenia - decyzja o samotnym biwaku zapadła podczas okazjonalnych oględzin. Wybrałem czerwcowe popołudnie ze stabilną, słoneczną pogodą. Do wiśniowego Passata combi zabrałem wszystko, co mogło się przydać. Spodziewając się znacznego, nocnego ochłodzenia zabrałem nawet jeden ze śpiworów uzyskanych za zwycięstwo w Ogólnopolskich Zawodach Rzutowych Przedsiębiorstw TOR w Solinie. Dopiero po złowieniu kolacji okazało się, że nie zabrałem soli!! Pstrągi przekrojone na pół (nie mieściły się na patelni) w wieczornej ciszy skwierczały na butli gazowej przepięknie, ale smakowały inaczej.

Syk i światło palącego się gazu, wieczorne odgłosy natury, myszka dobierająca się do chleba w plecaku - atmosferę tworzyły wspaniałą. Psuło ją tylko narastające zimno. Gruby sweter niewiele pomógł. Śpiwór też. O świcie wygramoliłem się z auta - nie brały także pstrągi.

Aby pozostawić świadectwo swojego pobytu, na granicznej belce mostka ułożyłem ości zjedzonych ryb - każda przekraczała 30 cm. Wracając, na krótko zatrzymałem się przy zabudowaniach Żarnowa. Sprawdziłem nieco głębszy odcinek górny. Wędkarski honor uratował mi pojedyńczy, ponad 30-centymetrowy potoczak, złowiony przy wystającej z brzegu rurze.

 

Dorosłe krowy ze starym psem przeszły przez dziurawy, sfatygowany mostek spokojnie. Młodzież, której konieczność dojenia była jeszcze najzupełniej obca, na powrót do obory wyraźnie nie miała ochoty - rozbiegła się przed mostkiem, każde w innym kierunku. Ale nad tym czuwał długowłosy malec. Błyskawicznie, z uporem najprawdziwszego psa pasterskiego obiegał wyrośniętego cielaka od ogona i ostro rozszczekany, doskakiwał mu do pięt tak długo, aż niesforne zwierzę przybrało pożądany przez psa kierunek. Dał niezły popis. Trwało to dobrą chwilę, a kiedy wszystkie przepędził przez mostek, podbiegł do mnie, obwąchał moje buty i przez chwilę, bez merdania ogonem, uważnie popatrzył mi w oczy. Nie słyszałem, ale wręcz czułem, jak swoim spojrzeniem mówi: - Hej, Ty! Wszedłeś na mój teren bez zaproszenia, więc uważaj.  Żadnych numerów, bo poradzę sobie z Tobą tak, jak radzę sobie z krowami!

 

Powiedział to wzrokiem i pobiegł dalej, bo krowia młodzież, korzystając z chwili spokoju, próbowała za mostkiem ponownie umknąć mu spod jazgotliwego nadzoru.

 

Moje wahania przerwało coś, co stosowniej byłoby przedstawić przy użyciu pędzla i farb. Pospolity za mostkiem obraz zaczął nabierać życia. Spoza wzgórza wyłaniać zaczęły się krowy - szły spokojnie, powoli wkraczały w nieciekawe za mostkiem tło. Za czwórką dorosłych człapał duży kundel, za nim wciąż niespokojnie podążała trójka krowiej młodzieży a wśród niej uwijał się długowłosy kundelek, nieco mniejszy od dorosłego kota. Grupę, w niewielkim oddaleniu, zamykała młoda, mocno zbudowana szesnastolatka (?) w jasnej sukieneczce. Szła pewnie i lekko, zamyślona i obojętna, jakby to, co działo się przed nią, biegło naturalnym, od dawna utartym trybem, bez potrzeby jakiejkolwiek interwencji z jej lub czyjejkolwiek strony.

Gdy po zmianie przyodziewku, sprawnie, z wieloletnią wprawą dokonanej w ustawionym na poboczu drogi samochodzie, uzbrojony w lekki spinning z przyciemnionym Meppsem po raz pierwszy dotarłem do mostka, zmarkotniałem. Płytka, brązowa woda, dość ponura mimo słonecznego dnia sceneria i  grząskie brzegi, do wędkowania nie zachęcały. Schodzić nad wodę, czy jechać dalej?

 

Wideo - Parsęta 1.

Autorzy większości stron poświęconych Parsęcie - przynajmniej tych, które zdążyłem poznać przed spisaniem niniejszego komentarza - wprowadzili do Internetu bardzo dużo interesujących opisów. Czytałem je z przyjemnością, porównywałem z przeżyciami i wrażeniami własnymi, z własnym odbiorem Parsęty, a teraz -  ...teraz nie mogę się powstrzymać, aby nie dorzucić swoich trzech groszy. Obawiam się tyko, że jak już zacznę, to na tych trzech wcale się nie skończy.

 

 

Górny odcinek Parsęty przez wiele lat pobudzał moją wyobraźnię. Zwykle podczas wędrówek brzegami dolnego jej biegu, szczególnie wtedy, gdy na miejscu, w którym akurat zamierzałem złowić "swoją" rybę, zastawałem obcych wędkarzy, wyobrażałem sobie, że tam, u góry, nie zastanę nikogo, zatrzymam się gdzie zechcę i "swoją" rybę, bez pośpiechu, spokojnie złowię. Nie będzie to - co prawda - dziesięciokilowy łosoś, ale pełnowymiarowy, pięknie wybarwiony pstrąg na pewno.

 

Czas na sprawdzenie tych wyobrażeń wygospodarowałem dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych, po wcześniejszym sprawdzeniu wielu innych potoków, rzek i jezior, nad którymi, lub obok których w tamtym okresie przejeżdżałem samochodem, pokonując latem około siedmiu tysięcy kilometrów miesięcznie. Wędkarski strój i sprzęt miałem pod ręką  zawsze, a przerwy na spacer ze spinningiem lub krótką kąpiel w upalny dzień zawsze orzeźwiały mnie na tyle, że bezpiecznie jechać mogłem dalej.

 

 

Właśnie na jeden z takich powrotów wybrałem trasę Szczecinek-Parsęcko-Radomyśl-Parsęta. Na pierwszy postój wybrałem pobocze w pobliżu samotnych, skrajnych zabudowań Radomyśla. Akurat tam, w prawo od asfaltu, w dół, odbiega polna droga z rachitycznym mostkiem na rzece.

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Parsęta przy g. Radomyśl 1 i SB UAM Poznań.

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

W Lutym

Droga 167-Osówko-Droga 163-Białogard 

Droga 171-Żarnowo-Krosino-Doble-Kolonia Motarzyn

Za Rościnem-Wokół I (III) Mostu

K. Młyński-"Wodospad"

Przy II Moście

Podczas modernizacji

Ujście Radwi-Ujście K. Młyńskiego

Niedokończona Elektrownia-Ujście Radwi

Poniżej III(I) Mostu i ujścia Pokrzywnicy

Przed modernizacją Elektrowni

Droga 163-Elektrownia Rościno

Przy g. Radomyśl 1 i SB UAM Poznań

W Grudniu

W Listopadzie

W Październiku

We Wrześniu

W Sierpniu

W Lipcu

W Czerwcu

W Marcu

W Lutym

W Kwietniu

W Maju

W Styczniu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

W Słońsku Górnym 2010.

W Nieszawie 2016.

W Nieszawie 2010.

Powrót do menu

Wideo: IX Ogólnopolskie Zawody Muchowe 2012 - dzień drugi.

Za wiedzą i radą silnej grupy bywalców udaliśmy się w okolice mostu na drodze lokalnej pomiędzy Żelazkowem i Stowięcinem. Rzeka jest tu nieco szersza niż pod Lęborkiem. Więcej w prezentacji wideo.                                                                      

Wideo: IX Ogólnopolskie Zawody Muchowe 2012 - dzień pierwszy.

Bazę Zawodów stanowił pałac "Pod Bocianim Gniazdem" w Runowie pod Lęborkiem. Po uroczystej odprawie rozjechaliśmy się na łowiska. Wybór dowolny. Nie znając terenu pojechaliśmy w grupie poza ostatnie zabudowania miasta.

Po pierwszym dniu, w pałacu, przyjacielskie rozmowy, pokazy rzutów i montażu much trociowo-łososiowych oraz pstrągowych, kolacja z niespodzianką (pieczone prosię). Impreza atrakcyjna, trwająca do późnych godzin. Więcej w prezentacji wideo.

                                                                             

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót Parsęta

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Łeba

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Przy Leśniczówce Jeleni Ruczaj-2.

Przy Leśniczówce Jeleni Ruczaj.

Przy Leśniczówce Jeleni Ruczaj-1.

Przy Moście pod Jastrowiem-2.

Przy moście 189.

Przy Moście pod Jastrowiem-1.

Przy Elektrowni Żarki w Łomczewku-2.

Przy Elektrowni Żarki.

Przy Elektrowni Żarki w Łomczewku-1.

Karlino od zawsze, w 3/4 swojego obwodu otoczone jest wodami "Królowej rzek przymorskich" Parsęty i jej największego dopływu - Radwi.

Obie rzeki po raz pierwszy zobaczyłem w ostatnich dniach lutego 1972, podczas objazdu miejscowości, w których Wojewódzkie Zjednoczenie Przedsiębiorstw Technicznej Obsługi Rolnictwa z siedzibą w Koszalinie oferowało mi pracę w charakterze zastępcy dyrektora d/s technicznych. Wybrałem Karlino. 

Widok obu rzek w których "pół Polski łowi potężne łososie" nieźle w mojej głowie namieszał. Przy wyjeździe w kierunku południowym widziałem rzekę-dopływ, której wodę rozdzielano tuż za mostem na dwie odnogi. Jedna poprzez próg i przepławkę odbijała w lewo i podobno gdzieś niedaleko uchodziła do rzeki głównej-Parsęty, druga prowadziła wodę na wprost, na młyn wodny a nadmiar wody odprowadzała również do Parsęty, ale poniżej ujścia odnogi lewej. Na wyjeździe w kierunku zachodnim widziałem od lewej kanał młyński, kanał odprowadzający nadmiar wody i śluzę regulującą jej poziom przed ujściem do Parsęty i wreszcie - rzeką główną Parsętę. To nie wszystko. Dopowiedziano mi wiadomość oczywistą - kanał poniżej młyna, jako Młynówka, także uchodzi do Parsęty, kilkaset metrów niżej.

Niezłe kaszotto, stąd mapa na wstępie.

Początkowe fotografie, pochodzące z listopada 2001 przedstawiają akcję elektrycznego odłowu tarlaków łososia i troci wędrownej. Ekipę stosującą taką kontrowersyjną niegdyś metodę, jej wyposażenie i technikę odłowu, oglądałem po raz pierwszy. Wrażenia były tak intensywne, że to prawdopodobnie one ukierunkowały moją późniejszą formę fotograficznego dokumentowania wszystkiego, co wśród zdarzeń dziejących się wokół mnie uznawałem za ważne, godne upamiętnienia. Wcześniej, do roku 2001 opisywałem je odręcznie w grubych (200-kartkowych?), książkowo oprawionych zeszytach w kratkę, a jeszcze wcześniej, w latach 1954-58, w kalendarzach i notatnikach. Wszystkie zachowały się do roku 2020 - te najwcześniejsze w niewielkiej walizce przechowywanej w garażu. Odnalazłem je oddając garaż w najem... 

Poznawanie Radwi oraz rejestrowanie zmian z nią związanych od zawsze stanowiło dużą frajdę. Początki - jak zwykle - miały charakter przede wszystkim wędkarski, ale nie tylko. W obrębie mostu białogardzkiego ciągle działo się coś interesującego. Woda wysoka-woda niska, potężne oblodzenia-rozległe rozlewiska. Do tego stany pośrednie. Gdy powstawały rozległe rozlewiska, przy moście wodowaliśmy ponton, spływaliśmy ponad progiem ukrytym pod wysoką wodą, w dużej odległości od koryta rzeki dopływaliśmy do miejsc niedostępnych o żadnej innej porze roku. Jeżeli działo się to przy pięknej pogodzie, plonem bywały niepowtarzalne ujęcia i foto i wideo.

Pierwsze wędkowania na Radwi dotyczyły połowów lipieni na łososiową, odpowiednio spreparowaną ikrę. Ktoś sprezentował mi jej litrowy słój z podpowiedzią, bym co pewien czas podsypywał do wody po kilkanaście ziarek. Na sprawdzenie wybrałem niedaleki łuk rzeki, przy którym obecnie mieszkają i prowadzą Zakład Mechaniki Pojazdowej państwo Potapczykowie. Nad rzekę dojeżdżałem po pracy składakiem "Sokół" (taki z wysoką, giętą kierownicą), łowiłem maksymalnie cztery lipienie - po jednym dla każdego członka rodziny - i po krótkim zwykle wędkowaniu wracałem do domu. W roku 2020 rzecz nie do powtórzenia z kilku powodów. Obowiązuje zakaz połowu na ikrę, limit dzienny to jeden lipień lub pstrąg (!), składaka ukradziono mi z piwnicy a pętanie się z wędką przy granicy prywatnej posesji byłoby po prostu niezręczne.

Od lat siedemdziesiątych dostęp do obu rzek od strony miasta kurczy się nieustannie. Zanim szczelnie wygrodzono działki budowlane po obu stronach ulicy Okrzei, zdążyłem rozpoznać prawy brzeg Radwi szerokim łukiem obiegający granice działek i trudnodostępne, podmokłe łąki. Brzegiem przewyższającym łąki można było chadzać swobodnie. W przeciwieństwie do mocno zakrzaczonego brzegu lewego, prawy na całej długości łuku był zupełnie wolny od krzewów i drzew. Ku mojemu własnemu zdziwieniu złowiłem tam kilka 2-3-kilogramowych szczupaków (?) i tylko jednego pstrąga.

Gdy dostęp do w/wspomnianego odcinka rzeki zablokowano, ze sprzętem wędkarskim a później z aparatem i kamerą przewędrowałem na brzeg lewy. Umożliwiała to rozchybotana drewniana kładka. Po kilku latach posadowiono w jej miejscu mostek stalowy wykonany w "czynie społecznym wynegocjowanym w POM" przez ówczesnego gospodarza miasta śp. Władysława Bąkowskiego. Od śp. Edwina (?), męskiego karlińskiego fryzjera - skarbnicy wiedzy o Karlinie wiem, że kładkę/mostek niemal corocznie od nowa budował mieszkaniec miasteczka, właściciel kilku krów. Przepędzał tamtędy swoje stado, ale nadpływała wysoka woda i zabierała całą konstrukcję. Gdy woda opadała, zaczynała się odbudowa.

Mostek stalowy pamiętam bardzo dobrze. Przetrwał lat co najmniej kilkanaście, ale krów nie widziałem tam nigdy. W gorące lata, przy niskim stanie wody, karlinianie chętnie z niego korzystali w celach "rekreacyjnych". Do plażowania na trawie wykorzystywano lewy brzeg rzeki od mostka do mostu kolejowego. Brzeg prawy był do roku 2004 fragmentem Karlina jednym z najbrzydszych: rząd rachitycznych nabrzeżnych olch, zawsze błotnista, wyboista wąska droga, mocno zniszczone ogrodzenie basenu w którym zatapiano beczki z ogórkami do kiszenia, dalej, aż do toru kolejowego zaniedbane poletko. Bywało, że osoby nadchodzące wzdłuż toru na plażowanie, z pokonywania brzydkiej drogi rezygnowały. Rzekę przechodziły na wprost niosąc nad głową ubrania i weekendowy ekwipunek.

Młodzież (nie tylko!) skupiała się zwykle przy mostku. Z barierek ochoczo skakano "na główkę". Aby przy płytkiej wodzie nie przejechać nosem po dnie, należało robić to umiejętnie. Własne skoki, oczywiście "udane", wspominam po kilkudziesięciu latach z uśmiechem ale i ...skromnym zażenowaniem.

Dopóki mostek istniał, korzystałem z niego także w celach wędkarskich. Lewym brzegiem wędrowałem w górę rzeki, przechodziłem pod mostem kolejowym, ostrożnie pokonywałem kilkunastometrowe bagienko, dochodziłem do dziwnie uformowanego, znacznie podwyższonego brzegu. Brzegowy, długi pagórek rozpoczynał się tuż za lekkim uskokiem nurtu ze stale wirującą, pełną gałązek i liści wodą. Ze szczytu sączył się i po łagodnej pochyłości spływał ku rzece, w kierunku przeciwnym do jej nurtu, wątły, bardzo płytki strumyk. Strumyk, zanim łączył się z rzeką, płynął równolegle do niej przez kilka metrów. Miał wąskie, twarde dno wyścielone żółtym piaskiem, ale do utraty równowagi lub buta wystarczyło zboczyć z żółtego piasku np. o pół kroku. Sprawdzałem to dziwo prawie półtorametrowym kołkiem - po obu stronach głęboko grzązł w miękkim podłożu (??). 

W latach 2004-2005, podczas budowy Kompleksu Sportowo-Rekreacyjnego z przystanią kajakową Wodnik i później, podczas odbywających się tam imprez (kąpiele Morsów, Noce Świętojańskie, Międzynarodowe Spływy Kajakowe, lekcje z dziedziny wędkarstwa muchowego, prowadzone okazyjnie przez naszego syna Michała, który uprawnienia międzynarodowego instruktora uzyskał w Nowej Zelandii) kilkakrotnie poniosło mnie na most kolejowy. Z mostu roztacza się rozległy widok na Kompleks i wszystkie imprezy, zwykle tłumnie odwiedzane. Na przedwiośniu zdarzyło coś, o czym wspominam przede wszystkim dla ostrzeżenia. Mając obie ręce zajęte - statyw z kamerą, w drugiej aparat fotograficzny, spróbowałem przejść z bezpiecznej strony północno-wschodniej na wąską, południowo-zachodnią. Z pochyłego torowiska usypanego z kamieni, postawiłem stopę na oszronionym podkładzie kolejowym. Noga po szronie pojechała do przodu. Padając pomiędzy szyny skręciłem ciało tak, by przenoszony sprzęt nie zetknął się z podłożem. Po kontakcie z kamieniami niewiele z niego pozostałoby.

Potłukłem się dość mocno, długo nie mogłem się podnieść. Jeszcze dłużej nie mogłem pozbyć się myśli - co byłoby, gdyby podczas mojej niemocy z którejkolwiek strony nadjechał pociąg... 

Sprzęt nie ucierpiał. 

Równie niemiłą "niespodziankę" zastałem na brzegu prawym, powyżej uskoku, przy którym wyżej wspomniany zdradliwy strumyk łączy się z rzeką. Od brzegu, niemalże do połowy nurtu, ciągnie się (raczej ciągnęła się) twarda ziemna platforma, nad którą przepływała kilkunastocentymetrowa warstwa wody. Pozostała część nurtu odbijała wzdłuż platformy ku brzegowi lewemu. Spokojnie złowiłem dorodnego pstrąga. Chwilę później obrotówka, na którą go złowiłem, mocno siadła na podwodnym zaczepie. Po bezskutecznym wykorzystaniu wszystkich znanych metod uwalniania zdecydowałem wejść po nią do wody. Nikogo nie było w pobliżu, więc na golasa. Gdy wspierając się lewą ręką na trawiastym brzegu zsuwałem się z platformy wyczułem nagły, bardzo silny ciąg. Nogi i cała reszta umykała pod platformę. Błyskawicznym skrętem ciała wbiłem w nabrzeżne trawy także rękę prawą. Wydostałem się szczęśliwie i do teraz nie wiem, co tam naprawdę było. Prawdopodobnie wodzie udało się wypłukać pod platformą sporą dziurę, przez którą część nurtu ostro rwała na wprost. Gdybym pechowo ją zatkał, trudno byłoby mnie stamtąd wydobyć.

Błystkę urwałem, pozostała w wodzie.

Platformy nigdy więcej nie sprawdzałem - prawdopodobnie od dawna jej już nie ma. Tam, gdzie grunt się poddaje, rzeka chętnie swój bieg prostuje. Gdy jeszcze istniała, bodajże dwukrotnie rozpoczynałem od niej rozpoznawczy, raczej krótki marsz w górę rzeki. Dalszych zaniechałem - prawy brzeg uznałem za niezbyt atrakcyjny. 

Nad Radew w pobliżu Karlina powróciłem dopiero po zakończeniu budowy obwodnicy. W celach "wiązanych" - rozpoznanie wędkarskie + nagrania poczynań uczestników Międzynarodowych Spływów Kajakowych, rozpoczynających się w Białogórzynie. Obok mostu na poboczu obwodnicy utworzono niewielką zatoczkę. Wygodnie i bezpiecznie można pozostawić tam auto, ale nie zawsze jest wolna. Lewy brzeg rozpoznałem do miejsca, do którego docierałem idąc w górę, od mostu kolejowego. Udało się to w mroźny dzień przedwiośnia. Przy rozmiękłym gruncie dojście do rzeki może być kłopotliwe. W górę rzeki prowadzi brzeg podwyższony. Po stu metrach, przy uskoku w którym lubi czatować szczupak obniża się, po dalszych kilkunastu rozpoczyna się pas wysokich trzcin i bagno. Na brzeg prawy prawy schodziłem tylko ze sprzętem foto-video. W zależności od pogody rozstawiałem swój majdan przy moście na słońcu albo w obawie przed deszczem - pod nim.

Powyżej obwodnicy dotrzeć do rzeki próbowałem wielokrotnie. Łatwo nie było ani na lewym, wysokim brzegu, ani na prawym bagiennym, zarośniętym prawie dwukrotnie przewyższającymi mnie trzcinami, "dostępnym" tylko w gorące suche lato. Sytuacja uległa radykalnej zmianie, gdy tereny pomiędzy linią WN, rzeką, drogą 163 i Krzywopłotami przeszły w ręce prywatne. W imponujący, moim zdaniem najlepszy z możliwych sposób wykorzystano naturalne ukształtowanie terenu. Część bagienną przekształcono w rozległe stawy, urobkiem podwyższono i umocniono brzegi oddzielające je od rzeki, na części wysokiej, poniżej orlenowskiej stacji paliw utworzono atrakcyjny kompleks wypoczynkowy ze stadniną i restauracją, pozostały teren po podziale na działki budowlane wyprzedano. Obecnie istnieje tam grupa atrakcyjnie zabudowanych posesji, a największy staw pozostaje pod opieką Stowarzyszenia Wędkarskiego "Srebro Parsęty" jako Łowisko Krzywopłoty. 

Kolejny odcinek rzeki sprawdzałem na wysokości wsi Karlinko. Od E28 prowadzi ku rzece ledwie widoczna droga sugerująca dojazd na łąki. Spróbowałem dojechać nią w pobliże rzeki terenowym Mitsubishi Pajero. Zdołałem dojechać pomiędzy małe okrągłe stawy-doły wypełnione wodą wymienianą podczas okresowych rozlewisk. Rzeka - jak zwykle - wygląda pięknie, ale podmokły teren nie wróżył nic dobrego. Z dalszych prób zrezygnowałem tak, jak na brzegu lewym, który sprawdzałem pozostawiając samochód przy moście 166. Tam wędrówkę w dół rzeki uniemożliwiło ujście leniwego kanału-rzeczki(?). Było i za szeroko i za głęboko.

Powyżej mostu 166 jest jeszcze gorzej. Dostęp do rzeki utrudniają rozległe bagna i dopływy. Możliwość zbliżenia otwiera się dopiero na wysokości drogi do Parsowa. Pomiędzy E28 i rzeką biegnie leśna droga z ostrym zejściem ku rzece. Trafiłem tam na leśne bajorko szczelnie pokryte rzęsą. Wokół bajorka krążył podenerwowany moją obecnością łabędź. Wystartować nie mógł. Aby to uczynić musiał prawdopodobnie przechodzić na rzekę, ale w mojej obecności najwyraźniej wolał tego nie próbować.

Kilka atrakcyjnych stanowisk wędkarskich i kilka dorodnych grzybów znalazłem - niby ideał, ale z bardzo poważną wadą. Akurat ten odcinek E28 często obstawiany był paniami świadczącymi sex za pieniądze. Widok Pajero wjeżdżającego lub wyjeżdżającego z takiej drogi wielu znajomym przejeżdżającym E28 mógł kojarzyć się opacznie. A ludziska jęzory miewają długie i często niewyparzone. Częściej i śmielej przebywałem nad rzeką na brzegu lewym, po stronie Żelimuchy, w kilku miejscach od Żelimuchy do Nosowa. Często z zestawem kompletnym tj. sprzętem wędkarskim i foto-video. Zdarzało się, że zanim z Białogórzyna nadpłynęli kajakarze, miałem jednego lub dwa pstrągi. Bywało, że zanim przepłynął pilot końcowy, pstrągi były oczyszczone, gotowe do przyprawienia i ułożenia na patelni.

Kajakarze, wśród których przebywałem niekiedy ze swoim pontonem twierdzili, że pontony na Radwi nie mają szans. Sprowokowali nas. W roku 2003 pokonaliśmy odcinek uznawany przez nich za najtrudniejszy a w 2011 przepłynęliśmy duży odcinek na ich spotkanie (patrz wideo 2003 Spływ Pontonami z TVP3 oraz Karlino X MSK Parsęta 2011 cz. 3 Radew pod górę / Karlino X MSK Parsęta 2011 cz. 4 Niespodzianki na Radwi / Karlino X MSK Parsęta 2011 cz. 5 Niespodzianki na Radwi cd. ).  Nie znaczy to wcale, że niebezpieczeństwa i trudy można bagatelizować. Na początku lipca 2010 roku poproszono mnie, abym na most w Nosowie przerzucił dwa kajaki i 4-osobową rodzinę z pieskiem. Widok dwóch małolat i pieska nieco mnie zaskoczył. Uprzedziłem, że odcinek jest trudny, sugerowałem wybór łatwiejszego. Pilot-głowa rodziny, machnął lekceważąco ręką i odpowiedział, że sobie poradzą. Zaabsorbowany zajęciami bieżącymi dopiero po kilku dniach dowiedziałem się, że płynęli co najmniej dwukrotnie dłużej niż kajakarze z pilotem, ale dopłynęli szczęśliwie, bardzo z siebie dumni :).

Oba brzegi próbowałem sprawdzić także powyżej Nosowa. Rzeka na dużym odcinku wygląda jak prosty, sztuczny kanał melioracyjny. Dopiero przed rachitycznym laskiem dotarłem do niezbyt mocno zarośniętego dołu. Z przyczajenia wyniesionego z dzieciństwa w Hajnówce, przeczesałem go błystką. Wciąż mam wrażenie, że po przejściu wysokiej wody w takim dole czatować może wygłodzony drapieżnik(?).

Opisy odcinków rozpoznanych powyżej Nosowa niniejszym rozgraniczam, pozostając na jednym (lub drugim) brzegu, do wyczerpania zapisów dotyczących tego, któremu nadam pierwszeństwo.  Sądzę, że tak będzie łatwiej i dla mnie i dla ewentualnych czytelników.

Z racji częstszych przejazdów (i lepszej drogi) zaczynam od brzegu prawego, tego po stronie E28. 

Następny po Nosowie rozpoznany fragment dotyczy sąsiedztwa miejscowości Stare Bielice. Po krótkim wywiadzie z przypadkowo spotkanym mieszkańcem wjechałem na wskazaną polną drogę. Tubylec uprzedzał, że dojazd będzie trudny nawet dla samochodu terenowego. Owszem, był, ale do brzegu zarośniętego kępami olch dojechać zdołałem. Jak daleko sięgnąć mogłem wzrokiem, widziałem ścianę zarośli znacząco utrudniających korzystanie ze spinningu. Uznałem, że mój pierwszy dojazd na ów odcinek pozostanie ostatnim.

Na rozpoznanie kolejnego odcinka dojechałem okazyjnie, bez zamiaru wędkowania. Z E28, przez Kotłowo i Laski Koszalińskie dojechałem do stacji kolejowej Dunowo. Dalej, drogą wzdłuż toru i rzeczki Czarna podjechałem w stronę mostu na Radwi zaledwie kilkadziesiąt metrów, Jazdy dalszej wolałem nie ryzykować - do mostu doszedłem pieszo tylko dlatego, by do końca dostęp do rzeki rozpoznać. Dostęp od strony Dunowa okazał się znacznie trudniejszy niż od strony Nosówka i Stajkowa - więc, bezsensowny.

Kolejny odcinek, to rejon Bardzlina. Odwiedzałem go kilkakrotnie, trasą przez E28 i Dunowo. Podczas pobytu pierwszego obserwowałem Muchowe Mistrzostwa Okręgu PZW Koszalin. Zawody udały się pięknie, złowiono wiele lipieni. Łowiono i z brzegu i brodząc. Głęboko zapamiętałem dwa nie powiązane ze sobą elementy - czysty, trawiasty brzeg ciągnący się kilkaset metrów w dół rzeki za mostem i niecodzienna konstrukcja budynku stojącego przed mostem po stronie lewej. Ponad dachem budynku sterczał kilkumetrowy solidny komin z bocianim gniazdem. Obok i częściowo poprzez brzeg gniazda, z komina wydobywał się dym. Stojący na gnieździe, przybrudzony sadzą bocian wyglądał jak ...kominiarz.

Podczas następnych pobytów złowiłem kilka ponadwymiarowych pstrągów, raz, po przejechaniu przez most, spróbowałem jechać dalej. Asfalt skończył się w niewielkiej odległości od mostu. Dalej prowadziła piaszczysta droga polna i chyba leśna. Szczegółów już nie pamiętam. Przypuszczam, że do E28 dojechałem przez Białogórzyno, Stajkowo, Nosówko i Nosowo.

Odcinek kolejny - osada Czacz, most 167 poniżej Niedalina i jezioro Hajka. Rzeka w okolicach mostu wciąż prezentuje się pięknie. Zatrzymywałem się przy nim przede wszystkim po to, aby owe piękno zarejestrować, a w roku 2010 miałem przyjemność rejestrować tam majowy piknik Koszalinian. 

Z drogi 167 poniosło mnie także nad jezioro Hajka. Po wysłuchaniu wielu opowiadań o tamtejszych sukcesach wędkarskich, musiałem spróbować. Z zestawem gruntowym rozlokowałem się daleko od Elektrowni. Szybko okazało się, że wędkowanie z brzegu wymaga tam specjalnego sprzętu i końskiej cierpliwości. Odległe dno rzeki oddziela od przybrzeżnego pasa płytkiej wody wał podwodnej roślinności dawnego, zatopionego brzegu. Przygodni informatorzy potwierdzili, że zasłyszane sukcesy są oczywiste, ale podczas wędkowania z łodzi...

Kolejne i ostatnie z miejsc rozpoznanych do roku 2020 na prawym brzegu Radwi to jezioro Rosnowskie w okolicach mostu 11. Drogą 11 przejeżdżałem przez most wielokrotnie. Wody po obu jego stronach zawsze wyglądały pięknie i kusząco. Na dwukrotne rozpoznanie ich z pontonu zabrałem wędkarskiego zapaleńca - Krzyśka. Wodowaliśmy przed mostem od strony Koszalina aby popłynąć w górę rzeki, tam gdzie wody niknęły wśród zarośli, gdzie kryły się tajemnice z daleka niedostrzegalne. Dziwne to było pływanie. Szybko okazało się, że nad czarnym, mulistym dnem warstwa czystej wody ma zaledwie kilkanaście centymetrów a silnik elektryczny wzbudza ogromne chmury mułu. W obawie o silnik ustawiłem jego kolumnę w poziomie - dalej długo płynęliśmy na wiosłach. Każde ich zanurzenie w wodzie również unosiły kłęby mułu ale wyglądało to "niecodziennie" i silnik pozostawał bezpieczny. Dopłynęliśmy do miejsca, w którym Radew wpływa do rozlewiska które w tamtej części trudno jest nazwać jeziorem. Dno stało się piaszczyste i jasne a woda przepięknie przejrzysta. Radość trwała krótko. Na przejściu z mułu do piasku bagienne brzegi uniemożliwiały opuszczenie pontonu. Dalej, gdzie nurt zbliżył się do stromego, twardego brzegu dostrzegliśmy niekończący się ciąg powalonych do rzeki drzew w tak dużej ilości, że próby ich pokonania pontonem traciły sens. Na przenoszenie pontonu lądem, na odległość nieznaną, nie mieliśmy ani czasu ani ochoty. Na pocieszenie, z konara ledwie wystającego z wody zdjąłem pięknie wykonanego Meppsa - dowód na to, że ktoś próbował łowić tam pstrągi.

Z początkowego punktu jeziora wróciliśmy z postanowieniem ponownego przyjazdu na rozpoznanie jeziora po drugiej stronie drogi 11.

Powróciliśmy po upływie dwóch tygodni. Jak zwykle z wędkami, kamerą i aparatem. Wodowaliśmy po stronie napływowej, w miejscu sprawdzonym uprzednio. Po swobodnym przepłynięciu pod mostem 11, każdy robił swoje - rejestrowałem wszystko co na brzegu i wodzie, Krzysiek czesał wodę niedużą kolorową gumką. Materiały trafiły na dysk zewnętrzny bez kopii zapasowej, dysk uległ uszkodzeniu, odzyskałem je z pomocą firmy specjalistycznej jako gołe pliki bez wcześniejszych nazw. W roku 2020 sprawdzam je i segreguję od nowa- jeśli na nie trafię, niniejszy zapis uzupełnię. A Krzysiek? Złowił dwa małe szczupaki. Małe na tyle, że schodzący z łodzi obok nas wędkarz pokręcił głową z dezaprobatą.

Okazji do sprawdzenia dalszych, górnych odcinków rzeki przez następne lata nie miałem. Wracam z opisem do Nosowa i brzegu lewego.

W latach sześćdziesiątych z Koszalina, a później Darłowa-Sławna, do węzła kolejowego w Białogardzie dojeżdżałem zwykle pociągiem. Tam rozchodziły się kierunki na zachód (Szczecin) i południowy zachód (Poznań, Wrocław). Gdy pociągi przejeżdżały nad licznymi, pięknymi rzekami pomorskimi, przez moją głowę przelatywała zawsze ta sama myśl - chciałbym tu powędkować!! Spełnianie owej zachcianki zapoczątkował zakup w roku 1978 Fiata 600. Maluchem dojeżdżałem i wydostawałem się z wielu miejsc raczej niekonwencjonalnych. Maluch mieścił się pomiędzy drzewami, ale potrafił utknąć w głębokim błocie nad jeziorem w Podborsku, w rozległej kałuży nad Parsętą, potrafił zaryć się w głębokim leju utworzonym w rżysku przez nawracający (?) kombajn na polu za Lubiechowem albo osiąść na podwoziu, gdy na leśnym mostku za Bolkowem pod jego kołami rozsunęły się luźno (?) ułożone okrąglaki. Z dojazdem do mostu kolejowego pomiędzy stacjami Dunowo i Nosówko radził sobie świetnie mimo fatalnego stanu mostka nad rowem melioracyjnym podprowadzającym wodę do podnóża toru kolejowego. Drogę prowadzącą wzdłuż toru do mostu nad Radwią zauważyłem tylko dzięki śladom pozostawionym w trawie przez jakiś obcy pojazd. Gdy dojechałem tam po raz pierwszy, wszystko wyglądało normalnie. Zdumiał mnie dopiero widok po drugiej stronie toru. Kilkunastometrowy pas łąki poniżej znacznie wypiętrzonego brzegu rzeki pokryty był jasnym piaskiem, z którego wyrastały luźno rozrzucone kępy dorodnego szczawiu. Kompletny brak trawy i tradycyjnego łąkowego zielska w ostatniej dekadzie maja stanowiły silną zachętę do zbioru. Złowionego za mostem szczupaka wydobyłem na żyłce, podbierak zapełniłem szczawiem.

Po zmianie samochodu, zmieniłem także dojazd do rzeki. Drogą z Nosowa do Nosówka, Stajkowa i niestrzeżonego przejazdu przez tory sprawdziłem dostęp do rzeki za torami. Jest bardzo uciążliwy, poprzecinany rowami wypełnionymi wodą. Przejazdu przez mostek przy torach wolałem nie ryzykować, wynalazłem nową drogę przez łąki, w połowie odległości pomiędzy mostem kolejowym i hodowlą pstrąga w Białogórzynku. Odcinek pomiędzy mostem i hodowlą odwiedzałem wielokrotnie i ze spinningiem i ze sprzętem foto-video. Tylko raz spotkałem chodzącego drugą stroną rzeki kłusownika z wędką spławikową - szybko zniknął. 

Nagrania i zdjęcia ze spływów rozpoczynających się w Białogórzynie publikuję w odrębnych relacjach a moje wędkowanie skończyło się na kilku pstrągach tęczowych, nieco większych od dostępnych w Biedronce. Na Radwi nigdy nie złowiłem troci. Tylko raz było blisko. Do mojej blachy doskoczył  ponad 20-centymetrowej szerokości srebrny cień, przewinął się przy niej i zniknął. Mimo licznych, przeróżnych prób z mojej strony - więcej się nie pojawił.

W rejonie Rościęcina znam tylko lewy brzeg Parsęty. Zanim do niego dotarłem, rzekę poznałem od strony wody, z pontonu. Było gorąco, szczególnie w okolicach mostu w Kopydłówku. Przy bardzo niskim stanie z wody wystawały liczne ostre głazy. Ale udało się po nich przepłynąć bez poważniejszych uszkodzeń.

W początkowych latach osiemdziesiątych, w fazie wczesnego rozpoznawania odcinka, po minięciu ostatnich zabudowań wsi zjeżdżałem na drogę polną i łąki. Pokonując przeróżne wertepy dojeżdżałem do brzegu rzeki nawet maluchem. W miejsca dowolne. W miarę upływu czasu narastały utrudnienia. Pojawiły się ogrodzenia i przekopy na dawnych drogach dojazdowych (!). Prawo (bezprawie ?!) własności wzięło górę nad prawem wodnym.  Takie zmiany nie tylko irytują - także ogromnie zniechęcają. 

Mimo niechęci, na początku XXI wieku namówiłem żonę do odwiedzenia mojej miejscówki. Ogrodzenia z zaczepami sprężynowymi sugerowały możliwość (?) wjazdu. Akurat wracaliśmy z Kołobrzegu więc przekonałem ją, że podjedziemy na krótko, tylko po jedną rybę. Aby nie dreptać kilkuset metrów po wertepach, przez sprężynową bramę wjechałem na łąkę, na której w znacznym oddaleniu pasło się kilka przeogromnych, ciężarowych koni. Takich, które jako laik zwykle nazywam perszeronami. Żona z książką została w samochodzie w odległości kilkudziesięciu metrów od mojego celu.

Piękna srebrna troć zaatakowała po pierwszym rzucie. Podczas holu usłyszałem od strony auta niepokojące wołania. Uznając, że żona bezpiecznie siedzi w samochodzie, dokończyłem holu, z szacunkiem odesłałem rybę do krainy wiecznej szczęśliwości, tradycyjnie podziękowałem rzece i zadowolony ruszyłem w kierunku nawoływań. Zastałem widok niecodzienny. Nasze Pajero otaczały trzy perszerony usiłujące obwąchać-polizać (?) Irenę. Czytając książkę nie zauważyła kiedy podeszły. Gdy uniosła głowę, zobaczyła przy bocznej szybie potężny łeb. Taki nagły widok zaskoczyłby pewnie i mnie.

Parsęta od Rościęcina do ujścia w Kołobrzegu - wideo.

Wideo: Memoriał Wierzbickiego Parsęta 2014  /  XVI MSK Parsęta 2017 cz 3 Pustary-Kołobrzeg  / 

Brzegi Parsęty poniżej mostu Ząbrowo-Pustary widziane od strony mostu, do wędkowania nie zachęcają. Podczas kontrolnego spływu pontonami okazało się, że i tam odnaleźć można miejsca bardzo atrakcyjne, tyle tylko, że w znacznej odległości od mostu, a ścieżek, którymi do nich można dotrzeć nie zauważyłem. Teren traktuję jako NIE ROZPOZNANY aż do terenów Rościęcina.

Parsęta od mostu Ząbrowo do Rościęcina.

Materiały foto-wideo nadal pozostają poza zasięgiem, na dysku uszkodzonym.  Fotografia zamieszczona obok mapy odcinka pochodzi sprzed mostu Ząbrowo, z roku 2017.

W latach 2010-12, po długotrwałych przepychankach formalno-prawnych, pod zastępczym hasłem ochrony przeciwpowodziowej Białogardu, Karlina i Kołobrzegu przełom Parsęty w Osówku drastycznie zmieniono. W miejsce planowanej wcześniej zapory z małą elektrownią wodną, w założeniach piętrzącej wody Parsęty w "rozległy, atrakcyjny turystycznie zbiornik z licznymi nowymi miejscami pracy", wybudowano zaporę z potrójnym przepustem tłumiącym przepływ wysokiej fali. Poniżej zapory, poprzez umieszczenie w nurcie ogromnych głazów zaporowych i wypełnienie dna materiałem żwirowo-kamiennym o różnorodnej granulacji utworzono tarlisko sztuczne. Przy niskiej wodzie wygląda nieźle, ale czy i jak dalece szlachetne ryby zechcą z niego korzystać przy tak dalece zmienionym i zmiennym przepływie wody  - jeszcze konkretnie nie stwierdzono. Przy wodzie wysokiej, gdy przed zaporą nad wlotami do przepustów tworzą się potężne wiry a z ich wylotów woda wypływa w gwałtownym, szalonym pędzie, nie sposób uwierzyć, że jakakolwiek ryba zdoła taką przeszkodę bezpiecznie pokonać zarówno w wędrówce w górę rzeki jak i po tarle w dół.

Zrealizowany w Osówku projekt zastrzeżenia budził od …zawsze. Obszernie opisano je pod adresem

http://www.salmon.pl/artykuly/doniesienia/zbiornik-osowko-cieszyc-sie-czy-plakac

Moje uwagi uzupełniające dotyczą przede wszystkim przereklamowanej skuteczności przeciwpowodziowej zapory oraz medialnych zapewnień, że mieszkańcy Białogardu, Karlina i Kołobrzegu „mogą odetchnąć z ulgą i zapomnieć o powodziach”. 

Budowla z przepustem o charakterze zwężki Venturiego oraz obniżenia progów wodnych w Białogardzie Karlinie i Pyszce bezspornie złagodzą powódź w przypadkach, gdy wysoka woda nadejdzie z górnych odcinków rzeki. Tymczasem z moich 48-letnich obserwacji wynika, że wielokrotnie częściej – i to niezależnie od pory roku - Parsęta wylewa, gdy jej odpływ blokują długotrwałe sztormy. Wówczas stan wody w rzece i na rozlewiskach wzrasta niezależnie od tego, czy w górze rzeki istnieją spiętrzenia, czy ich nie ma, a stan wody narasta w 

kierunku przeciwnym do normalnego jej spływu pokonując stopniowo coraz wyżej usytuowane progi. Jest to zjawisko naturalne dla rzek przymorskich, zwykle narasta szybko i daje się zauważyć właśnie na wszelkich spiętrzeniach, gdy przy stałym poziomie górnym rośnie tylko dolny.

Prawdziwe kłopoty powstają, gdy obie sytuacje tj. sztormowa blokada ujścia i wysoka fala z góry wystąpią jednocześnie. To zdarzać się może niezależnie od istnienia zapory, więc skąd zapewnienia o spokojnym śnie przeciwpowodziowym?!

Dociekliwym (i cierpliwym) – poza materiałami ze strony salmon.pl proponuję porównanie nagrań z dnia 27.02.2012 w Osówku oraz z przełomu luty/marzec 2012 – link http://youtu.be/oVCAlk02qKk

Nieodmiennie żałuję, że poza własną pamięcią nie mam żadnych dokumentów foto-wideo stanu przełomu sprzed jej rozpoczęcia. 

 

Po kilkuletniej przerwie, zaporę odwiedziłem podczas Maratonu Kajakowego 2016. W programie sugerowano pokonywanie zapory przepustem środkowym, największym. Chciałem to zobaczyć. Na miejscu okazało się, że wszystkie przepusty przegrodzone zostały poprzeczkami uniemożliwiającymi wprowadzanie kajaków. Po zarejestrowaniu poczynań kilku uczestników (nieznaną ich liczbę "przespałem" w samochodzie), pospieszyłem na punkt kontrolny przy moście 163. Odwiedziny powtórzyłem 19 lipca 2020 roku. Przy niskim stanie wody miejsca sztucznego tarliska są doskonale widoczne, a tubylec który dołączył do mnie podczas robienia zdjęć twierdził, że jesienne tarło poniżej zapory obserwuje już od kilku lat. Napomknął przy okazji, że była tu planowana mała elektrownia i dobrze byłoby, gdyby powstała. Stracił chęć do rozmowy, gdy wypowiedziałem opinię przeciwną. A stwierdziłem tylko, że miejsc do tworzenia zalewów i małych elektrowni mamy w Polsce wiele a rzek z tarliskami szlachetnych ryb dwuśrodowiskowych zaledwie kilka więc twardo trzeba je chronić...

2020-07-19

Poniżej mostu Bardy brzegi rzeki są trudnodostępne, często zalewane przy wyższym stanie wody. Po sprawdzeniu ich spinningiem, wypraw na ten odcinek zaniechałem. Sprawdzając, przewędrowałem brzegami po kilkaset metrów, przede wszystkim po wysłuchaniu opowiadań wędkarzy, którzy na tych odcinkach łowili okazy nawet dwucyfrowe. Rzeczywiście, niektóre miejsca są atrakcyjne, z dużymi podwodnymi głazami. Ja nic nie złowiłem ale w pamięci zachowałem obraz pięknego miejsca, do którego dojść mogłem tylko drogą leśną, omijającą bagna.

Parsęta od mostu Bardy do mostu Ząbrowo.

przede mną, pozostało tylko miłe wspomnienie.

Lewy brzeg rozpoznałem dokładniej w dół od Miechęcina. Z Hajnusiem i samopas. Z Hajnusiem - jak zwykle - jego motorem, przez most, z dojazdem bezpośrednio do łowiska. Samodzielnie - maluchem do gospodarstwa absolwenta ZSZ Białogard, który niegdyś był moim uczniem. Stamtąd musiałem spory kawał przemaszerować do rzeki piechotą.

Z Hajnusiem jechaliśmy zwykle od mostu w górę rzeki, na wysokość Miechęcina. Na zakręcie osłoniętym przez duży krzak brały ryby, których na cienkim przyponie nie mogliśmy wyholować nawet ze stosowaniem różnych kombinacji hamulcem. Gdy zmienialiśmy przypony na grubsze - brania ustawały. Postanowiliśmy je przechytrzyć. Wystartowaliśmy w dniu moich urodzin, 15 października, o poranku mocno oszronionym nocnym przymrozkiem. Gdy nieco sztywni schodziliśmy z motoru szron był jeszcze wszechobecny. Zgodnie z prognozą meteo dzień wstawał piękny, bezchmurny. Szybko okazało się, że stojąc blisko siebie po prostu sobie przeszkadzamy. Przepływanka z kilkunasto- a niekiedy z kilkudziesięciometrowym prowadzeniem przynęty, to coś zupełnie innego niż łowienie w wodzie stojącej. Pozostawiając Hajnusia - jako uczestnika wiodącego - w "miejscu dewizowym", powędrowałem ze swoim sprzętem w górę rzeki. Po przejściu około 200 metrów, na lekkim łuku w prawo zauważyłem czubek krzaka wystający spoza wysokiej skarpy. Sprawdziłem. Na dole skarpy, kilkanaście centymetrów nad lustrem wody uformowała się półmetrowa platforma. Z jej początku wyrastał duży krzak spowalniający nurt, niżej wybiegał w stronę nurtu półtorametrowy pas roślinności wystawiającej ponad lustro liczne dwucentymetrowe "antenki". Pozostała częśc platformy kryła się w gęstej, wysokiej, jesiennie zbrązowiałej trawie. Miejsce niemal idealne. Niepokoiła tylko bliska, ukryta pod wodą, wielka zielona kępa. Zanim po skarpie zsunąłem się na platformę, słońce zdążyło stopić resztki szronu. Na dole, za osłoną skarpy, krzaka i wysokiej trawy znalazłem warunki wprost wymarzone. Sypnąłem pomiędzy gałęzie krzaka kilka garści białych robali i ...zaczęło się. Pierwszy do wieloczłonowego sadza zanurzonego w wodzie trafił lipień 75 dkg. Drugi - jaź ok. 2,7 kg. Trzeci - ponownie lipień. Później Trwała już tylko loteria kleniowa. Loteria, bo miałem tylko dwa rodzaje przyponów. Gdy montowałem cienki, ryby pięknie brały ale często, na szczęście nie zawsze, przypon zrywały. Gdy montowałem mocniejszy, grubszy, brań nie było.

Złowiłem 10 ryb o łącznej wadze 24 kg! Zabrałem do domu wszystkie, przede wszystkim po to, by zadziwić rodzinę i sąsiadów. Na zdziwienia i zachwyt własny miałem dużo czasu nad rzeką. Po odliczeniu dwóch lipieni, na osiem ryb pozostawało 22,5 kg. Miałem problem z dowiezieniem takiego połowu do domu, a gdy przed wdrapaniem się na czwarte piętro, dla złapania oddechu rozłożyłem ryby przed klatką schodową, nasłuchałem się pełnych zdumienia komentarzy. Były miłe dla ucha, ale łatwo mogę sobie wyobrazić komentarze dzisiejszych wyznawców mody No Kill! Sam uważam, że z ilością mocno przedobrzyłem i m.in. dlatego nie przepadam za metodą spławikową. Ze spinningiem łowię jedną, niekiedy dwie okazałe ryby i wracam do domu. Tu przeważyły emocje.

Pierwszego, prawie 60-centymetrowego klenia podebrał mi osęką nieco speszony wędkarz z Karlina. Nieco speszony, bo przebywał nad rzeką ze spinningiem podczas zakazu spiningowania. Drugiego, identycznego, straciłem gdy zmęczonego ostrożnym holowaniem, leżącego na boku spróbowałem doprowadzić pod własne nogi poprzez nadwodne antenki przybrzeżnej roślinności. Na żyłce uniosłem mu lekko głowę - przypon pękł. Leżał bez ruchu na tyle blisko, że spróbowałem przerzucić go poza siebie, na skarpę. Źle oszacowałem środek ciężkości - kleń zsunął się z mojej dłoni na jesienną trawę i niemrawo zaczął torować sobie dostęp do wody. Sięgnąłem po niego raz jeszcze, ale prawa noga zsunęła się z platformy do wody. Jak zdołałem uniknąć nurkowania - pojęcia nie mam. Jakimś gwałtownym wygibasem szarpnąłem się ku skarpie, oparłem się o nią plecami. Gdy opadły emocje rozebrałem się, wylałem wodę z buta, wykręcone spodnie rozwiesiłem na skarpie. Dalej wędkowałem już tylko w białych kalesonach. W pełnym słońcu było nawet przyjemnie, a od strony łąk nikt mnie nie widział. Szukający mnie Hajnuś, na widok mojego stroju musiał ze śmiechu przysiąść na łące.

Ostatni zakręt przed mostem Bardy kilkakrotnie wykorzystałem przy rejestrowaniu kilku Międzynarodowych Spływów Kajakowych. Wyniki i opisy umieszczam na podstronie "Imprezy Powtarzalne", przycisk "MSK Radew-Parsęta".

Wideo: 2011 - Przed mostem Bardy / Parsęta od m Wrzosowo do m Bardy.

Zdjęcie bezlistnego drzewa pochodzi z roku 2002. Niegdyś rosło w niewielkiej odległości od starorzecza  w Pyszce, na lewym, niedostępnym brzegu. Podczas następnego spływu pontonami bezskutecznie szukałem go wzrokiem. Już go nie było.

Równie duże zmiany zaistniały w miejscu lądowania pontonów. Wcześniej w tym miejscu zwisała nad wodą wysoka, potężna skarpa mocno, głęboko podmyta. Pod nią uformował się głęboki dół z wodnym wirem. Gdy dopłynęliśmy, zastaliśmy wygodne, bezpieczne lądowisko. Bez problemów dojeżdżałem tam autem z przyczepą. Teraz to niemożliwe. Za mostem (licząc od strony Dygowa) w górę rzeki prowadzi droga do samotnego, odległego gospodarstwa. W miejscach, w których zjeżdżałem z niej do lądowiska, rozciągnięte jest teraz ogrodzenie. Zastając je pojechałem dalej, aż na skraj gospodarstwa - ciągnęło się na całej długości drogi. Zdumiała mnie przede wszystkim wszechobecność barszczu Sosnowskiego i to w okresie, gdy media powiadamiały o konieczności jego nadzorowanej likwidacji. Niepotrzebnie zrobiłem z tego nieco złośliwą publikację "Medialna Zbitka". Pokazałem w niej tylko barszcz rosnący przy drodze, tymczasem w największej ilości rósł sobie spokojnie w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowań.

Trwa w mojej pamięci inny ciąg zdarzeń dotyczących mieszkańców barszczowej samotni. Podczas postoju przy moście widziałem młodą amazonkę prowadzącą do rzeki trzy konie. Na jednym jechała na oklep, dwa nadążały za nią. Kawalkada na zakręcie przed mostem weszła do wody, po kąpieli z wyraźnym zadowoleniem przedefilowała 

Parsęta od Pyszki do Mostu Bardy. 

posiłek i kąpiel poniżej progu. Zawsze na brzegu prawym, od strony Pyszki. Gdy odpoczywałem z nimi i nagrywałem bieżące wydarzenia w bardzo upalny dzień, zmęczony upałem nawet nie zauważyłem, że do wody wszedłem w okularach. Po kilku schładzających nurkowaniach wyszedłem - bez fotochromów. Stało się. Kolegów wędkarzy pozostało jedynie prosić aby pamiętali o mnie gdy złowią łososia w okularach...

Brzeg lewy interesował mnie przede wszystkim ze względu na światło. Przerwa wypadała zwykle około południa, gdy słońce niemiłosiernie świeciło wprost w obiektywy ustawione na brzegu prawym. A zwykle działo się dużo. Zawsze przy progu ustawiał się ktoś, kto nadpływające załogi kierował w największą kipiel i cieszył się niebotycznie, gdy kajaki nabierały wody.

Z jazdy z Hajnusiem pamiętam niewiele. Jak zwykle. Jadąc na przemian drogami polnymi i twardymi ale ogromnie wyboistymi, musiałem kombinować jak nie spaść z motocykla. Przez Lubiechowo, Kłopotowo i Piotrowice dojechaliśmy w pobliże progu, ale łatwo nie było. Później powtórzyłem trasę samochodem. Po pokonaniu gliniastego, stromego wąwozu z podjazdem niemożliwym np. po deszczu, zatrzymałem się w pobliżu rozległego starorzecza. To dość zaskakująca niespodzianka nie zaznaczona na większości fizycznych map. Położone na trudnodostępnym odludziu wygląda na bardzo atrakcyjne dla wędkarzy znających metody połowów w zbiornikach mocno zarośniętych. Trudny dojazd i brak dogodnych stanowisk zniechęcił mnie do dalszego rozpoznawania brzegu lewego aż do dolnej granicy bagien przed mostem Bardy. Brzeg prawy sprawdziłem od mostu do starorzecza w Pyszce. Wyszukałem na nim kilka atrakcyjnych miejsc. Bodajże w połowie odległości do wsi, na wypiętrzonym brzegu, przy ścieżce wydeptanej przez wędkarzy, zauważyłem zawieszoną za ogon na sośnie ok. 3-kilogramową, nadpsutą troć. Pytania kto, kiedy i dlaczego ją tam pozostawił pozostały bez odpowiedzi.

Przez kilka lat, u nasady cypla utworzonego pomiędzy rzeką i rozległym starorzeczem, w pobliżu samotnego gospodarstwa nad rzeką widywałem starszego pana, białowłosego, w upalne dni półnagiego. Gdy przesiadywał nad rzeką, zawsze wymienialiśmy pozdrowienia, i z pontonu i z drogi. Po pewnym czasie przestałem go widywać. Zapytałem o powód podczas kolejnego uzgadniania prawa wjazdu na cypel. Właściciel gospodarstwa co nieco opowiedział. Starszy pan przez wiele lat przyjeżdżał do nich z Warszawy nawet na kilka miesięcy, od późnej wiosny do wczesnej jesieni. Miał u nich pokoik do wyłącznej dyspozycji, wszystkie pogodne dni spędzał nad wodą. Ryby łowił tylko wtedy, gdy miał na to ochotę. Na gałęzi nad wodą wieszał podziurawioną puszkę z białymi robakami, robale stopniowo opadały do wody a ryby czekały.

Samotnik trzymał się nieźle. Pewnego dnia, przy wczesnej wspólnej kolacji nagle nagle osunął się z krzesła. Osunął się martwy...

Próg w Pyszce przed i po przebudowie pokonywaliśmy zawsze "z marszu", z podniesionym poziomo silnikiem. Kilkadziesiąt metrów poniżej rzeka łączy się ze starorzeczem w którym podczas pływań i obchodu pieszego złowiłem kilka szczupaków i okoni. Jeden ze spływów skończyliśmy przy moście drogowym, po wpłynięciu ze starorzecza na rzeczkę opływającą Mokradła Pyszka. Nas i nasz sprzęt odebrano z pobocza drogi 163. Parsęta od m Wrzosowo do m Bardy - wideo.

Poniżej mostu, w bliskim jego sąsiedztwie, na brzegu lewym istnieją wypiętrzone kamienno-betonowe umocnienia brzegu. Dalej brzeg stopniowo obniża się aby w odległości około 200 (?) metrów przejść w teren grząski, często zalewany przy podwyższonym stanie wody. Kilkakrotnie widziałem na nim spinningujących wędkarzy, sam po dwukrotnej próbie zrezygnowałem. Podobno łowią i tam, mnie nie udało się. Z wypiętrzenia pozostało mi kilka fotek bardzo skromnych kwiatków, ale przepięknych w swojej prostocie.

Pewnego dnia, gdy w bukach, w miejscach określanych jako pewniaki nie mieliśmy brań, namówiłem Hajnusia do sprawdzenia niższych odcinków. Ciekawiła mnie przede wszystkim możliwość dojazdu i ustawienia kamery na lewym brzegu, na wysokości progu w Pyszce. Uczestnicy kolejnych edycji MSK robią tam przerwę na odpoczynek, 

Parsęta od Mostu Wrzosowo do Pyszki.

Kiedykolwiek jestem w terenie, niekoniecznie nad rzeką, zwykle rozglądam się wokół i rejestruję wszystko, cokolwiek mnie zaciekawi. Rejestruję w pamięci, a kiedy jest to możliwe - także przy pomocy sprzętu foto-video. Przydaje się to później np. przy nagrywaniu scen tematycznych, spływów, zawodów, także przy wyborze miejsc na postoje i biwaki. W przeddzień II etapu kolejnego Międzynarodowego Spływu Kajakowego Parsęta podjechałem na ostatni zakręt przed Mostem Wrzosowo, aby wybrać dobre miejsca do ustawień kamery. Miałem wówczas komplet nagrań ze wszystkich wcześniejszych edycji MSK. Wcześniej w moje ręce trafił folder z opisem tragedii właścicieli pobliskiego Kłopotowa oraz informacją, że drogą leśną biegnącą w górę rzeki lewym brzegiem, dojechać można do Lubiechowa. Wyboru dokonałem szybko, dzień był upalny, więc postanowiłem wrócić przez Lubiechowo. Za zakrętem rzeka i droga oddalają się od siebie. Na skraju lasu bukowego zauważyłem dwa kilkumetrowe odcinki przeciętego, przeogromnego kloca bukowego, porządnie oczyszczonego z konarów. Podczas robienia zdjęć nie zauważyłem pnia - miejsca jego powalenia. Wyglądało to tak, jakby skądś został przemieszczony w pobliże drogi. 

Kloc w miejscu przecięcia swoją średnicą sięgał mojego wzrostu. Tak ogromnego drzewa nie widziałem nawet podczas wakacyjnego klupunku w Puszczy Białowieskiej, w latach pięćdziesiątych XX wieku, chociaż i tam zdarzały się drzewa ogromne, których średnica na wysokości moich oczu przekraczała zakres pomiarowy klupy. 

Po minięciu wzgórz porośniętych buczyną wjechałem w las mieszany z przewagą drzew liściastych po stronie rzeki i świerka po stronie zachodniej. Dalej droga wybiegała na sporą łączkę z placem manewrowym (?) i ...kończyła się w dużej odległości od Lubiechowa. Musiałem wracać.

W połowie drogi powrotnej zauważyłem idącą poboczem drobną, skuloną kobietę, ubraną w upalny dzień ciepło, na ciemno, w wielkiej chuście na głowie. Zrównując się z nią pozdrowiłem przez uchyloną szybę i zaproponowałem, by wsiadła z tyłu do auta, podwiozę ją gdzie zechce, bo przecież stamtąd jest wszędzie daleko. Kobieta odwróciła w moją stronę dziwnie bladą twarz, popatrzyła jeszcze dziwniej - nie odpowiedziała nic. W środku lasu, daleko od siedzib ludzkich wyglądała na osobę, która nie zdoła samodzielnie pokonać kolejnych dwustu metrów. Przez myśl błyskawicznie przeleciało mi wspomnienie tragedii opisanej w folderze, powtórzonej podczas wspólnego spływu pontonami przez autora opowiadań o historii naszego regionu. Zrobiło mi się nieswojo, bąknąłem coś na "do widzenia", chyba przepraszam.  Przyspieszyłem z uczuciem, jakbym wyjeżdżał ze strefy wielkiego cienia i ...dziwnego chłodu.

Podczas późniejszych edycji MSK na ostatnim zakręcie przed mostem kilkakrotnie oczekiwałem na uczestników ze sprzętem foto-video. Tam kończyliśmy spływy pontonami z uczniami karlińskiej SP, poprzedzającymi zakończenie roku szkolnego. Rodzice uczniów zwykle czekali na brzegu z ogniskiem, grillem i napojami. Bywało super nawet wtedy, gdy przy ognisku nawiedzał nas deszcz :).

Poniżej Poczernina rzeka traci swój łososiowy urok. Płynie szeroko wśród trudnodostępnych brzegów. Za podwyższonymi brzegami ciągnęły się niegdyś zagłębienia wypełniane wysoką wodą. W jednym z nich, podczas przerwy w pontonowym spływie z załogą, zauważyliśmy około 6-kilogramową, uwięzioną troć. Przy próbie sprowadzenia jej do brzegu przywarła do dna - straciliśmy ją z oczu.  Krzysiek odgrażał się, że ją stamtąd wydobędzie ale nie sądzę, aby ów zamiar zrealizował chociażby ze względu na odległość i trudny dostęp.

Przed ostatnim ostrym zakrętem w lewo rzeka rozlewa się na tyle szeroko, że staje się bardzo płytka. Podczas spływu kajakowego, któremu towarzyszyliśmy pontonem, kąpaliśmy się na jej środku przy głębokości sięgającej zaledwie połowy ud. Ale lato było bardzo upalne a stan wody wyjątkowo niski...

Kilkakrotnie sprawdzałem oba brzegi na odcinku około pół kilometra licząc od mostu w górę rzeki. Na brzegu lewym wyszukałem kilka stanowisk - bez sukcesów. Powyżej zakrętu brzegi były grząskie, zwisające nad wodę gałęzie utrudniały ruchy no i ta płycizna! Brzeg prawy był w tym czasie twardy aż do zakrętu, w zatoce grząski a sama zatoka w znacznej części zarośnięta wodorostami. W miejscu, gdzie rzeka ostrym zakrętem wychodzi na prostą prowadzącą do mostu, pomiędzy skarpą zwalonego do wody drzewa i brzegiem wzniesionym nieco ponad metr na lustro wody istniał wówczas metrowej szerokości, głęboki przesmyk z rwącą wodą. Z kilkumetrowej odległości podrzuciłem tam błystkę. Ledwie blacha zniknęła  w wodzie, nastąpiło potężne uderzenie. Tylko uderzenie! Rzuty ponawiałem bez i ze zmianą blachy, ponowiłem je w dniu następnym - powtórki nie było... 

Parsęta od Poczernina do Mostu Wrzosowo.

Osówku, od zapory do hodowli w Doblu i ew. od Dobla do hodowli w Żarnowie. Dzieląc długość Parsęty na sektory np dziesięciokilometrowe (oznakowane np PA1 do PA14), po przeniesieniu danych z rejestrów do komputera każdy zarządca wydający rejestry wiedziałby więcej i konkretniej. Teraz wpisuję tylko Parsęta...

Odcinek od granicznego strumyka Daszewskich Łąk do tarliska w Bukach sprawdziłem co najwyżej trzykrotnie, głównie brzegiem prawym. Brzegiem lewym tylko raz - jest na tyle mocno zakrzaczony, że znalazłem tylko dwa miejsca umożliwiające użycie spinningu. Częściej dojeżdżałem przez Lubiechowo bezpośrednio do Buków. Hajnusiowym motorem zjeżdżaliśmy do samej rzeki. Maluchem różnie - przed żniwami polną wyboistą drogą, po żniwach na przełaj, przez ściernisko. Passatami i Pajero już tylko drogą, po obrzeżach upraw. Ciągle zdarzały się niespodzianki.

Podczas wspólnej wyprawy motorem Hajnuś złapał, uśmiercił a później zreflektował się i wyrzucił dorosłego zająca (chorego?).

Podczas samodzielnego dojazdu maluchem przez ściernisko autko wpadło w jamę wyrytą kołami kombajnu. Musiałem dwukrotnie maszerować do odległego lasu po konary i gałęzie. Autko zdołałem wyprowadzić bez pomocy obcej ale na wędkowanie pozostało niewiele czasu. Powróciłem do domu bez ryby.

Podczas dojazdu autem terenowym Pajero zostawiałem pod dębem, przy granicy pola zasianego i opadającego ku rzece zbocza zarośniętego buczyną. Dużą partię zbocza ktoś (nowy zagraniczny właściciel gruntów ornych?) ogrodził wysoką siatką. Widziałem jak od wewnątrz bezskutecznie próbowała pokonać ją łania. Pytałem o to leśników - twierdzili, że nic nie wiedzą. 

Siatka dwukrotnie przegradzała drogę prowadzącą ku rzece więc ktoś dowcipniejszy od grodzącego wyciął w niej dwa przejścia. Później pojawiły się w tych miejscach prowizoryczne furtki, dające się otworzyć i zamknąć.

Buki od zawsze uznawałem za miejsce szczególnie atrakcyjne. Tam m.in. 4 czerwca podczas wyjazdu z Julianem, złowiliśmy łącznie trzy dorodne ryby, a indywidualne sukcesy odnosiłem tam często. Najlepsze na przewężeniach, poniżej tarliska i jeszcze niżej, na przewężeniu następnym. Na końcu pierwszego przewężenia rzekę przegradzało kilka zwalonych drzew a główny nurt przechodził pod brzeg prawy. W leniwie płynącej wodzie, pośród zwałów zdarzały się ataki okoni a tam, gdzie szeroko w leniwy nurt wchodziła wodna roślinność, także szczupaki.

Rzeka wyglądała wyjątkowo każdego roku w okresie rojenia jętki. Mnóstwo owadów latało nad wodą a powierzchnia wody po prostu gotowała się. Musiałem to sprawdzić. Do żyłki łososiowej dowiązałem kawałek suchego patyka i przypon z małym haczykiem. Zestaw z żywym owadem ostro atakowały nieduże jelce, ale jestem przekonany, że buszowały wśród nich także ryby większe. Można tak było przypuszczać chociażby po wielkości pyszczków zbierających owady z powierzchni wody. 

Do brzegu prawego dojeżdżałem na dwa sposoby. Na łuku twardej drogi dojazdowej prowadzącej do wsi zjeżdżałem w lewo na drogę polną, objeżdżałem nią skrajne zabudowania i po krótkiej jeździe przez las świerkowy dojeżdżałem w pobliże rzeki, na wysokości tarliska. Pewnego dnia zastałem tam kilku miejscowych (wędkarzy?), siedzących na brzegu w kilkumetrowych odległościach. Każdy trzymał gruntówkę z jakąś rzuconą na dno jakąś przynętą. Narzekali, że nic nie bierze. Minąłem ich a kilka metrów powyżej, po pierwszym rzucie karlinki złowiłem pierwszą małą (2,5 kg), wytartą troć. Po przejściu na kolejne stanowisko, także pozostające w zasięgu wzroku tubylców - drugą, identyczną. Limit wyczerpałem, więc po zwinięciu sprzętu wracałem obok nich do samochodu. Miny mieli nietęgie.

Bywało, że samochód parkowałem na końcu wsi, przy ostatnim domku zamieszkałym przez rodzinę "Cygana", tubylca poznanego w Karlinie. Okoliczności poznania go nie pamiętam, ksywkę nadałem mu na użytek własny, na podstawie jego typowo cygańskiej urody. Aby spod jego domu trafić do atrakcyjnych stanowisk, musiałem obejść zarośnięte wzgórze z którego wyciekał wąski strumyk zasilający rzekę.

Zawsze, gdy wpisuję podobny podtytuł, dziwię się, że ludziom którzy wymyślili obowiązek rejestracji pobytów nad rzeką oraz ich wyników, nie przyszło do głowy, aby dla ułatwienia podzielić rzekę na konkretnie oznakowane sektory. Chociażby dla bliższego powiązania zapisanych w rejestrze wydarzeń z miejscem, w którym one zaistniały. Chciałbym np. wiedzieć jakie wyniki uzyskiwane są od ujścia Parsęty do przepławki w Rościnie, od przepławki do zapory w

Parsęta od Daszewskich Łąk do Lubiechowskich Buków i Poczernina.

ustalenie średniej długości, wypadłoby prawdopodobnie 80 cm. Rano na dotyk nie reagowały wcale albo bardzo ślamazarnie. Wigoru nabierały dopiero po solidnym nagrzaniu. Czegoś podobnego nie widziałem nigdy i nigdzie.

Obok kilku pięknych troci właśnie tam padł mój skromny rekord szczupakowy. Tuż przed zmierzchem, przy ostatnim w tym dniu rzucie, moją błystkę zaatakował szczupak 5,10 kg. Większego nigdy nie złowiłem i prawdę mówiąc nigdy nie miałem o to pretensji do wędkarskiego losu. Zwykle łowiłem je na jeziorach, z pontonu i często miewałem wątpliwości jak musiałbym postąpić, gdybym holował sztukę dużą. Po przypadku z grotem, który rozszarpał mój palec podczas wypinania szczupaka w rejonie Wicewa obawiam się, że duży silny okaz mógłby podobnie podziurawić ponton...

Fakt, że przez wiele lat w kwietniu i maju nie zdołałem złowić przyzwoitej ryby (intensywne prace na RODOS?), skłonił mnie do przekonania, że są to najgorsze miesiące sezonu. Kwiecień taki pozostał, o maju zmieniałem zdanie w miarę napływu informacji o sukcesach innych wędkarzy. Skoro napływało ich coraz więcej, postanowiłem je sprawdzić drugiego czerwca, właśnie na Zimnym Kolanie. Efekt - 6-kilogramowa ryba w doskonałej kondycji. Krótka, gruba i bardzo szeroka. Pokazałem ją Julianowi. Zapalił się natychmiast więc obiecałem mu, że czwartego czerwca zabiorę go w Lubiechowskie Buki. Niecodzienny wynik tamtego wyjazdu opiszę w następnym rozdziale.

Odcinek poniżej Zimnego Kolana wyglądał tradycyjnie. Piszę w czasie przeszłym, bo po siedmiu latach przerwy wszędzie spotykam daleko posunięte zmiany. Brzeg prawy był w większości czysty aż do kolejnego zakrętu. Brzeg lewy odwrotnie - szczelnie zarośnięty, z trudnym do pokonania bagnem na końcu. Trudnym nawet przy niskim stanie wody. Przy stanie podwyższonym - nie do przebycia. Jeżeli zdarzało się, że lewym brzegiem dochodziłem aż do Zimnego Kolana, zwykle wycofywałem się aż do leśnej drogi biegnącej obrzeżem bagna, a po jej pokonaniu (niekiedy także Maluchem) docierałem do czystego na kilkudziesięciu metrach zakrętu w prawo. To było i pewnie jest nadal, kolejne atrakcyjne miejsce. To tu złowiłem niegdyś trzecią "nadliczbową" troć która dwukrotnie "pukała" w błystkę Telesfora Baranowskiego, tu w upalne lato na skraju zarośli za linią WN zastałem twardo śpiących wędkarzy-seniorów Kujawińskiego i Madziewicza, tu jesienią, dojeżdżając autem przez Lubiechowo, łowiłem dorodne lipienie (nie tylko). 

Spotkanie z Telesforem opisałem wcześniej, seniorom schowałem sprzęt, później ich obudziłem "w trosce o zdrowie owadów opitych ich krwią przesyconą piwskiem" a sprawa lipieni wymaga komentarza szerszego.

Seniorzy nie uwierzyli ani w utratę sprzętu ani w moją troskę. Do dzisiaj żałuję, że nie wypytałem ich szczegółowo, jaki środek ochronny umożliwił im sen w obecności chmar małych ale bardzo agresywnych krwiopijców.

O lipieniowym miejscu opowiedziałem Julianowi prosząc o niezdradzanie go nikomu. Po kilku dniach wybrałem się tam na długi wędkarski spacer z własnym teściem. Zastaliśmy Juliana i trzech jego pociotków intensywnie młócących wodę. Podobno bezskutecznie - tak nam powiedzieli. Uwierzyliśmy na słowo, bo taki tłumek wystraszyłby prawdopodobnie wieloryba. Aby jakoś zwieńczyć długi spacer, rozwinąłem swoją przepływankę i w krótkim czasie, w przyzwoitej odległości od konkurentów złowiłem dorodnego lipienia i małą, dwukilową troć (w ówczesnym sezonie ochronnym!!). Normalnie powinienem ją wypuścić ale podenerwowany nielojalnością, zabrałem obie ryby przede wszystkim po to, aby zademonstrować nieco pozieleniałym pociotkom, że nie przyszliśmy po to by bezskutecznie tracić czas.  Złowiliśmy nadmiar i cześć, wracamy do domu.

Od w/wspomnianego miejsca odpoczynku seniorów, aż do końca Daszewskich Łąk ciągnących się wzdłuż brzegu prawego, brzeg lewy był silnie zakrzaczony bezpośrednio nad wodą, a w odległości kilku metrów od niej ciągnął się pas bagiennej roślinności przechodzącej w podmokły las z wodnistą drogą biegnącą przez lubiechowskie pola i dalej, przez ów podmokły las do nieco podwyższonego brzegu rzeki. Oczywiście musiałem to sprawdzić, tyle tylko, że zupełnie czym innym jest przemarsz bez obciążenia rąk, a czym innym przedzieranie się chaszcze z rozłożonym i uzbrojonym spinningiem 2,70 m i plecakiem lub torbą z podwieszoną osęką (hakiem), obecnie zakazaną na rzecz podbieraka. Decyzję o sprawdzeniu wspominam b. niechętnie tym bardziej, że podjąłem ją tuż przed zachodem słońca, licząc na znaczny skrót do samochodu pozostawionego na wysokim brzegu. Bagienna roślinność okazała się równa ze mną i bardzo zwarta, zachodzące za lasem słońce okryło ją głębokim cieniem. Po złożeniu spinningu poruszałem się po omacku, przed każdym krokiem sprawdzając grunt wysuniętą do przodu stopą. Trwało to bardzo długo. Do drogi i samochodu dotarłem w kompletnych ciemnościach.

Na tym nie koniec. Pozostał nierozpoznany odcinek za drogą. Sprawdziłem go przy innej, jeszcze bardziej pechowej okazji. Passata combi pozostawiłem na skraju lasu obok drogi, schodzącej łagodną skarpą z pola do lasu. Sprawdzany odcinek okazał się dość przyjazny i atrakcyjny. Nieco przeszkadzały wyższe ode mnie pokrzywy i dziwiła błyszcząca puszka umieszczona na pniu drzewa złamanego na wysokości około 4 m. Komu chciało się tam wdrapywać z puszką?

Pech wynikł z niespodzianki pogodowej. Nad miejscem postoju auta przewędrowała niewielka chmura, lunął z niej krótkotrwały, rzęsisty deszcz. Gdy o zmierzchu próbowałem ukosem po skarpie wjechać na polną drogę, passat - zamiast jechać do przodu - zsuwał się bokiem do lasu. Powtarzałem to wielokrotnie w różnych kombinacjach, moje auto zsuwało się tylko głębiej. Zapadła noc, nie wiedziałem co o takiej porze mogę jeszcze zrobić, jak uzyskać pomoc. Po dłuższej przerwie manewr powtórzyłem. Udało się!

Po przeprowadzeniu przez rzekę gazociągu północnego, w sporej odległości od brzegu lewego utworzono ogrodzoną stację redukcyjną. Pewnego dnia musiałem zatrzymać się w dużej od niej odległości. Z zaworu głośno, z nieprzyjemnym świstem wydobywał się gaz. Sytuacja wyglądała na niebezpieczną więc po telefonicznym powiadomieniu stacji w Krzywopłotach wycofałem się bez wędkowania.

Obok sytuacji kłopotliwych na lewym brzegu zdarzały się także optymistyczne, nawet humorystyczne.

Pewnego pięknego, słonecznego dnia, po kilku mroźnych nocach, suchą nogą-po lodzie, zawędrowałem na dolny koniec opisywanego odcinka, naprzeciwko dolnego końca Daszewskich Łąk. Spotkałem pięciu znajomych wędkarzy, którzy nieco zdegustowani wracali z Lubiechowskich Buków pod wodzą  głównego mechanika POM, wielce sympatycznego Piotra. Maszerowali gęsiego, w kilkumetrowych odstępach. Niemal wszyscy sugerowali abym wracał do domu, bo ryby w tym dniu nie biorą. Zanim minął mnie ostatni z nich, miałem ostre, energiczne branie. Znajomek przystanął, szeroko otworzył oczy i usta i dopiero po chwili krzyknął do oddalających się kompanów "on naprawdę ma rrrrybeeeeee!!". Oddalający się nie zareagowali - albo nie usłyszeli, albo mieli już dość wszelkich wrażeń. Znajomek pobiegł za nimi. Też wróciłem.  Ale spokojnie, z 3,5-kilogramową rybą.

 

Brzeg prawy, od pierwszego zakrętu w prawo i tamtejszej linii WN, to tradycyjna przeplatanka krzewów, niewygodnych stanowisk wędkarskich i czystych odcinków o różnej długości. Całość przewędrowałem co najwyżej czterokrotnie. Częściej pozostawałem przy Zimnym Kolanie i linii WN albo dojeżdżałem bezpośrednio na jedno z dwóch miejsc postojowych na Daszewskich Łąkach. Stamtąd wędrowałem łąkami w górę rzeki, z różnymi efektami pokonywałem bagienny rów ze stale obecną wodą oraz rozległy dalszy fragment łąki zamknięty mocno zakrzaczonym ale dość łatwym do pokonania strumykiem, spływającym pod szosą kołobrzeską prawdopodobnie z daszewskich pól. Fragment nadbrzeżnej przyrody za strumykiem trudno jest nazwać łąką. Oddalone od rzeki drzewa odsłaniają polder z wysokim brzegiem przy rzece  i zagłębieniem często i długo, ale nie zawsze, wypełnionym wodą z intensywnych opadów lub pozostałą po wysokich stanach. Rzeka na kilkudziesięciometrowym odcinku płynie łagodnym łukiem odchylonym w lewo a kilkanaście metrów przed strumykiem rozlewa się bardzo szeroko i skręca w prawo. Brzeg obniża się aż do lustra wody. Przy niskim jej stanie stanąć można na przybrzeżnej, piaszczystej łasze. Złowioną rybę doprowadzić tam można pod własne nogi. 

Na rozlewisku corocznie odbywa się tarło i właśnie stamtąd pochodzą opowiadania o wędkarzach z odległych regionów Polski spędzających noc sylwestrową w podróży po to, by jeszcze przed świtem zająć na tym odcinku najdogodniejsze stanowisko. Wieść gminna i miejscowa prasa donosi później, że dość często powracają z okazami o wadze dwucyfrowej. Kilka ryb złowiłem tam i ja, ale nigdy pierwszego stycznia i nigdy dwucyfrowych...

Interesującą sytuację zauważyliśmy na małej łączce lewego brzegu podczas spływu pontonami z ekipą TVP3, w październiku 2003 r. Na teren tarliska bezszmerowo wpłynęliśmy w czasie, gdy środek łączki przemierzali dwaj kłusownicy mocno obciążeni dużymi tobołami. Na widok ekipy błyskawicznie porzucili toboły i na pełnej szybkości skryli się w lesie. Popłynęliśmy dalej bacząc, by nie utknąć w krzakach na kolejnym ostrym zakręcie, tym razem w lewo.

Odcinek poniżej strumyka i ostrego zakrętu w lewo był niegdyś bardzo atrakcyjny. Rzeka tam zwęża, nabiera szybkości, główny nurt podmywa prawy, dość niski brzeg. Z zasłyszanych opowiadań wynika, że złowiono tam sporo okazów.

Jeszcze niżej rzeka rozszerza się ponownie, nieco zwalnia, brzeg unosi się w górę, pozostaje wysoki i niezakrzaczony aż do łagodnego zakrętu w prawo, na którym pasące się niegdyś na łące zwierzęta daszewskich gospodarzy miały swój wodopój. Za wodopojem ciągnął się pas starych wierzb i zwartych zarośli niskich, nurt główny opływał brzeg lewy, a przy prawym, bardzo obniżonym, ciągnęło się bagno trudne do pokonania nawet przy niskim stanie wody. Bagno, z czasem uzbrojone w długi chybotliwy pomost ciągnęło się do kolejnego ostrego zakrętu w lewo, zakończonego ujściem kolejnego wątłego strumyka, traktowanego przeze mnie jako dolny koniec Daszewskich Łąk.

Z końcówką Łąk wiąże się wiele wspomnień, w tym także niemiłych. Gdy dojeżdżałem tam samodzielnie, samochód zostawiałem przy drodze pomiędzy bardzo starymi drzewami - lipą i dębem. Do rzeki dochodziłem błotnistą ścieżką lub piaszczystym, twardym dnem strumyka. Obok miłych wspomnień złowionych tam ryb tkwi zadra. Pewnego pięknego jesiennego dnia (w sezonie ochronnym) doszedłem do rzeki z kamerą, aby to urokliwe w barwach jesieni miejsce utrwalić do późniejszego opublikowania. Podczas nagrywania, z pasa zarośli poprzedzających pomost wyłoniło się dwóch umundurowanych mężczyzn. Swoją obecnością zmarnowali kilka ujęć, ale zawsze lekarstwem pozostaje montaż. Robiłem swoje. Gdy panowie dotarli do mnie, młody, wyraźnie podniecony junak, bez słowa przedstawienia się zaczął agresywnie indagować - co tu robię, dlaczego, po co. Zażądał oddaniu mu kamery, ponieważ nie życzy sobie być na jakimkolwiek nagraniu. Automatycznie mnie wkurzył, więc odpowiedziałem, że skoro nie raczył się przedstawić to odpowiadać mu nie muszę, ale skoro koniecznie chce wiedzieć, odpowiedź jest prosta - nagrywam urokliwe miejsce, które nieco zepsuł włażąc mi w kadr. Przy montażu z przyjemnością go wytnę. Gdy młody zaczął się ciskać jak nabuzowany mieszanką prochów i ponowił żądanie oddania mu kamery (popierając je groźbą użycia siły!) poprosiłem jego dużo starszego towarzysza aby uspokoił i zabrał stąd kompana zanim zgłoszę na Policję napad bandziorów i nadam sprawie taki rozgłos, że młody wyjdzie na idiotę. Poskutkowało. Młody ustąpił z nieukrywanym niezadowoleniem. Miał bardzo wyraźną ochotę komuś dowalić, sprawdzić skuteczność strażniczych uprawnień. Po opisanym incydencie wciąż nie daje mi spokoju świadomość, że zbyt łatwo wydaje się w naszym kraju umundurowania i uprawnienia. 

W roku 2020, gdy po siedmiu latach przerwy wykupiłem prawo wędkowania w Dorzeczu Parsęty, powrót nad rzekę rozpocząłem od sprawdzenia miejsc niegdyś łatwo dostępnych. Wyniki zerowe z kilku powodów. Z mojej strony znacząco przeszkadza odruchowa ostrożność powypadkowa. Czy chcę czy nie, prawą uszkodzoną nogę stawiam bardzo ostrożnie a zarośnięte i zryte przez dziki ścieżki ogromnie to utrudniają. W podejściu pierwszym cierpliwości wystarczyło mi tylko na krótki odcinek od ujścia Młynówki do początku prostej za Dziką Plażą, pod cmentarzem. Na podejście drugie wybrałem teren wokół oczyszczalni ścieków. Horror opisany powyżej, w rozdziale "Od ujścia Radwi do ujścia Młynówki". Na trzecie - dolny koniec Daszewskich Łąk. Zmiany po siedmiu latach zastałem bardzo duże. Przede wszystkim brak jednego starego drzewa na miejscu tradycyjnego parkowania (spróchniały pień leży poza obrębem drogi), zniszczona przez strumyk (?) droga  którą motorem Hajnusia dojeżdżaliśmy do łowisk Poczernina, brak wydeptanych ścieżek, ogromna, przewyższająca mnie roślinność - trzciny, pokrzywy i liściaste coś, czego nazwać nie potrafię. W roślinności trudne do zauważenia przeszkody na których traci się równowagę. Wyszukiwanie wśród nich dogodnego stanowiska z rękami zajętymi rozłożonym spinningiem i podbierakiem to przyjemność wątpliwa. W takich okolicznościach nabiera się pewności, że wprowadzony zakaz używania osęki to pomysł bardzo niefortunny, sprawdzający się tylko na wodach płytkich umożliwiających brodzenie, na wodach łatwo dostępnych z brzegu oraz na wodach stojących. Na Parsęcie przemieszczanie się z podbierakiem przez chaszcze jest bardzo utrudnione a sprowadzanie do podbieraka 10-kilogramowej ryby trwa znacząco dłużej, często do granic utraty przez nią przytomności i nawet wówczas dość często kończy się jej utratą. Piaszczystym dnem strumyka dotarłem do pięknej - jak zwykle - rzeki, z trudem wyszukałem trzy miejsca poniżej jego ujścia, sprawdziłem je bardzo dokładnie zmieniając blachy - żadna nie sprowokowała brania.

Przechodząc na drugą stronę strumyka, w górę rzeki, straciłem równowagę. Nogi pojechały w dół, brzegiem czterech liter klapnąłem na okrąglaki kładki przerzuconej nad strumykiem. Otrzymałem ostrzeżenie - okrąglaki nie miały sterczących sęków a kilka zaledwie centymetrów mojego tyłka ochroniło kręgosłup. Ale - skoro byłem już na drugim brzegu strumyka, przedarłem się do trzech kolejnych miejsc, w tym dwóch z brzegiem na tyle wysokim, że z podebraniem ryby miałbym poważne problemy. Sprawdziłem je pobieżnie, dłużej zatrzymałem się na trzecim, bardzo bliskim miejsca, w którym niegdyś chciano odebrać mi kamerę. Podczas jednego z rzutów miałem nietypowy kontakt. Gdy blacha dochodziła do zakola ze wstecznym prądem poczułem duży opór i gwałtowne pikowanie w dół. Powtórzyło się to jeszcze trzykrotnie, za każdym razem bliżej. Przy kolejnym woda zagotowała się i przyłów zniknął. Co to było - nie wiem. Albo ryba zahaczona za grzbiet albo jakiś ssak (?).

W dniu następnym tj. 25-06-2020 ponownie poniosło mnie na Daszewskie Łąki. Tym razem nieco bliżej, gdzie niegdyś obok miejsca parkowania stał stół i ławki, było przygotowane palenisko. Trawy były wykaszane i wyjadane przez gospodarskie zwierzęta a ścieżki dostępu do rzeki bywały wydeptane i dobrze widoczne nawet wtedy, gdy prowadziły przez pozostawianą, niejadalną roślinność bagienną. Zastałem morze zieleni przewyższającej mój wzrost, trawy przemieszane z roślinnością bagienną, wśród nich wygniecione legowiska i ledwie dostrzegalne fragmenty wielokierunkowych ścieżek pomiędzy nimi. Dotrzeć do rzeki można tylko na pamięć, tworząc dziewiczą ścieżkę własną wśród roślinności oraz ukrytych w niej pni, konarów i bagien. Przedzieraniu się przez splątaną zieleń towarzyszy nieustające szczekanie ukrytych w lesie koziołków. Czyli - teren znacznie przekraczający moje aktualne siły i możliwości.

Jest takie powiedzenie "cierp ciało skoroś chciało". No to brnąłem coraz dalej pomijając brzegi zbyt wysokie dla mojego sprzętu. Śladów dawnego wodopoju nie odnalazłem. Otoczona wysokimi krzewami piaszczysta platforma, dokładnie zdeptana niegdyś przez krowy i konie, nie istnieje. Pozostały trudne do pokonania zwały gałęzi. Doszedłem w pobliże zakrętu, poniżej ujścia zalesionego strumyka. Było już bardzo blisko do miejsc najatrakcyjniejszych, ale musiałem wracać, aby za widna wydeptać własną ścieżkę do odległego bagiennego rowu, wynaleźć bezpieczną przeprawę i za dnia dotrzeć do samochodu. Miałem w pamięci wyraźnie zapisane wspomnienie sprzed lat bodajże dziesięciu. Syn Paweł podwiózł mnie wówczas na wysokość zakrętu i stamtąd miał mnie odebrać po wezwaniu telefonicznym. Z dojściem do rzeki za dnia nie było problemu - to najmniejsza odległość od szosy kołobrzeskiej. Czesałem rzekę dopóki było nad nią widno. Gdy widoczność zaczęła maleć podjąłem powrót. W lesie dzielącym mnie od szosy panowały już kompletne ciemności. Z wystawionymi przed siebie dłońmi, wyszukując stopami twardy grunt, przesuwałem się w tempie wolniejszym od żółwiego. Do szosy dotarłem mokry. Od potu. Zanim odebrał mnie Paweł, szosą przejechało kilkanaście samochodów. Ciekaw jestem, co myśleli kierowcy widząc w świetle reflektorów sterczącego na poboczu wędkarza...

Po tegorocznych obu wyprawach na Daszewskie Łąki nabrałem błędnego przekonania, że piękne ryby biorą dobrze tylko na początku czerwca.  Błędnego, bo w dniu następnym okazało się, że w bezpośrednim sąsiedztwie Karlina 25-06-2020 odnotowano około dziesięciu brań, w tym kilka zerwanych. Zygmunt Kawałko złowił 76cm/6.2kg; Sebastian Krasny 78cm/6,2kg; Kazimierz Głowacki 87cm/8,2kg !! :).

Dlaczego akurat ten łuk-zakręt rzeki, kolejny spośród bardzo wielu nazwano Zimnym Kolanem, nie wiem. Tubylcy podali mi ją kilkakrotnie więc ją stosuję i rozumiemy się doskonale. Dojazd jest trochę problematyczny, błotnisty szczególnie po deszczach, ale dojeżdżałem tam Maluchem, Passatami kombi i Pajero. Z problemami, ale skutecznie. Raz dojechaliśmy motorem Hajnusia. Zastaliśmy tam wędkarza z Karlina, który na nasz widok szybko położył swój spining na trawę. Gdy to robił, coś mnie zaintrygowało.  Zapytałem, czy mogę go obejrzeć i nie czekając na odpowiedź uniosłem. To była moja wędka, stracona kilkanaście dni wcześniej, gdy nieznany sprawca okradł w naszym bloku kilka piwnic. Tymczasowy właściciel stwierdził, że nic o kradzieży nie wie a wędką otrzymał od syna, więc zostawiając mu ją pojechaliśmy wprost na Policję. Po policyjnej rewizji odzyskałem sprzęt wędkarski, rower i kilka piwnicznych drobiazgów.

Pozostałe zdarzenia zaistniałe na Zimnym Kolanie należały już tylko do przyjemnych, z drobnym wyjątkiem, gdy w gorące lato, podczas przejścia do kolejnego zakrętu czystym odcinkiem prawego brzegu nadepnąłem na gniazdo os ukryte w ziemi, akurat na wydeptanej ścieżce. Przed użądleniami zdążyłem uciec, ale gorąco było...

W ocenie ogólnej Zimne Kolano wspominam jako odcinek rzeki wielce dla mnie przyjazny. 

Parsęta - Zimne Kolano i Daszewskie Łąki.

samochodem przez Lubiechowo zjeżdżając na końcu wsi w pierwszą-skrajną drogę na prawo, szerokim łukiem biegnącą ku rzece pomiędzy łąką i nieużytkami. Po kilkudziesięciu krokach przez mizerny pas lasu i leszczyn wychodziłem na czysty brzeg na kolejnym łuku, w odległości około 100 metrów od Zimnego Kolana. Niespełna 30-metrowy odcinek czystego brzegu był zawsze atrakcyjny. W głównym nurcie podmywającym brzeg częściej niż w innych miejscach łowiono nawet duże okazy. Moje bywały co najwyżej średnie.

We wrześniu i październiku brały tam okazałe lipienie ale tylko wtedy, gdy przynętę podawałem im z oddalonego brzegu prawego. Możliwe to było tylko przy niskim stanie wody, gdy woda odsłaniała po płytkiej stronie prawej metrowy pas twardego dna. W ogóle to na wielu odcinkach Parsęty utrzymuje się - z drobnymi wyjątkami - nieco dziwna prawidłowość. Najczęściej jest tak, że średnio co kilkadziesiąt metrów zmienia się charakter brzegów z silnie zakrzaczonego na czysty, ale niemal zawsze zmianom na brzegu jednym odpowiadają przeciwstawne zmiany na drugim. Zwykle bywa tak, że brzegowi zakrzaczonemu odpowiada czysty po drugiej stronie a po kilkudziesięciu metrach następuje zmiana :).

Wspomniałem o wrześniowych i październikowych lipieniach. W roku 2020 za 175-złotową opłatą ulgową mam prawo złowić jednego lipienia dziennie. Ale łowić i wypuszczać je mogę bez ograniczeń. Identyczny limit i zasady dotyczą pstrąga. Chęć odnowienia stada rozumiem, ale przyzwolenie na nielimitowane okaleczanie i stresowanie tych ryb zmusza mnie niejako do biegania po suficie... a wcale nie mam ochoty ani na okaleczanie ryb bez konkretnej potrzeby (dla własnej przyjemności?!!), ani na bieganie. Jeżeli nie potrzebuję ryby bez GMO i antybiotyków a chcę pobyć nad wodą, zamiast spinningu biorę kamerę lub aparat fotograficzny. Poza tym rzeka nie przepływa przez mój ogródek. Aby się nad nią wybrać, konieczne są konkretne przygotowania i ew. auto. I to wszystko dla jednego lipienia albo jednego pstrąga ?? Gdyby osiągały wagę troci - czemu nie, ale tak nie jest i nigdy raczej nie będzie...

Brzeg prawy przy ujęciu wody był dość mocno zakrzaczony, ale umiejscowiony tam betonowy kilkukomorowy odstojnik znacząco ułatwia spinningowanie. Rzeka jest tam szeroka a łuk kamienisty i atrakcyjny. Kilka średniej wielkości troci stamtąd  przywiozłem, w różnych odstępach czasu. Teraz, po zmianie właściciela ZPPiW, droga dojazdowa jest zamknięta.

Za kępą krzewów osłaniającą prawy brzeg przy odstojniku ścieżka pięła się w górę, niebezpiecznym skrajem wysokiej, podmytej skarpy. Zdarzyło się, że podczas jej pokonywania zauważyłem w nurcie zawirowanie na podwodnej przeszkodzie. Wyglądało na tyle kusząco, że bezmyślnie posłałem tam błystkę. Ryba zaatakowała natychmiast. Na zejście ku wodzie nie miałem szans. Pozostała jedynie trochę bezsensowna próba - sprowadzając rybę ku brzegowi robiłem to coraz szybciej aby w niewielkiej od niego odległości, w rozpędzie unieść ją na żyłce. Ryba zerwała się dopiero na brzegu, w krzakach. Na szczęście ważyła niewiele ponad 2 kg. Takiego głupstwa nigdy więcej nie powtórzyłem. Gdyby to był np. 6-kilowy średniak, wyszedłbym na .......

Prosty, dostępny na prawym brzegu odcinek prowadzący do kolejnego zakrętu, wygląda na atrakcyjny, ale zwykle go pomijałem. Nie przypominam sobie, abym złowił tam coś godnego uwagi. Za to zakręt zawsze sprawdzałem szczegółowo, zwykle z dobrymi wynikami i szerokim zakresem gatunkowym, troć, pstrąg potokowy (?), lipień, szczupak, okoń. Zakres niby normalny. Aby by było dziwniej, na prostym odcinku przed Zimnym Kolanem, pod brzegiem lewym, spokojnym, zarośniętym wodną roślinnością, na dużą łososiową obrotówkę złowiłem 3-kilowego leszcza. Co mu strzeliło do rybiej głowy, że chwycił do pyszczka całą kotwiczkę - pojęcia nie mam.

Materiały foto-video zapisane są na dysku uszkodzonym. Czynię starania aby je odzyskać w ramach ewentualnego sponsoringu.  Możliwości odzyskania odpłatnego nie mam.

Lewy brzeg tytułowego odcinka, po kilku kontrolnych przejściach z przedzieraniem się przez nabrzeżne zarośla i kombinowaniem nad sprawnym pokonaniem bagienka łączącego niewielki staw z rzeką, przez wszystkie późniejsze lata raczej omijałem. Częściej podjeżdżałem

wystawienie faktury VAT na pełną kwotę, wpis na liście sponsorów www i każdorazowe zamieszczanie na www stosownej informacji o tym, że uzupełnienie każdego nowego fragmentu pochodzącego z odzysku stało się możliwe dzięki pomocy Firmy. Firma nie odpowiedziała...

W powyższej sytuacji muszę odzyskiwanie odłożyć na czas nieokreślony, Aby w pełni ponieść jego koszty, musiałbym przeznaczyć na ten cel kilka swoich emerytur. W całości, bez rezerwy na przysłowiowy wikt, opierunek, odpoczynek i ...leki.

Tytułowy, krótki odcinek był bardzo atrakcyjny głównie na lewym brzegu, na zakręcie. Złowiono tam kilka okazów i ryb małych, 2-3 kilogramowych. Tam, za ostatnimi olchami zakrętu złowiłem pierwszą rybę przed spotkaniem z Telesforem Baranowskim. Pokazała się w mocno podświetlonej słońcem wodzie podczas wyjścia do błystki obrotowej. Przy powtórnym rzucie nie pokazała się. Skutecznie zaatakowała dopiero przy rzucie trzecim, po zmianie błystki na "karlinkę".

Dalsza część lewego brzegu, aż do kolejnego zakrętu w sąsiedztwie usytuowanego na brzegu prawym ujęcia wody, była niezakrzaczona. Nurt rzeki skrywał ogromną ilość nieprzyjemnych zaczepów, więc zwykle ów odcinek po prostu omijałem.

Brzeg prawy od II mostu aż do ujęcia wody był i pewnie pozostał bardzo mocno zakrzaczony, bez miejsc umożliwiających spiningowanie. Zwykle omijałem go po cięciwie łuku leśną ścieżką biegnącą od zakrętu przy moście pierwszym, do ujęcia wody.

Parsęta od ujęcia wody dla ZPPiW do Zimnego Kolana.

Materiały foto-video zapisane są na dysku uszkodzonym. Czynię starania aby je odzyskać. Wygląda na to, że w ocenie własnych możliwości mocno przesadziłem. Jedną z firm zajmujących się m.in. odzyskiwaniem danych, posiadającą w Polsce 80 punktów odbioru sprzętu do oceny i wyceny (w tym punkt w Białogardzie) zapytałem na jej firmowym formularzu, czy zechce wesprzeć uzupełnianie mojej www na zasadach zapisanych na stronie głównej tzn. poprzez zakup dwóch egzemplarzy fotografii wybranej przez nią z moich zasobów (w tym jeden z okolicznościową dedykacją) za kwotę należną za odzyskanie danych. Zagwarantowałem

Parsęta od II mostu wąskotorowego do ujęcia wody dla ZPPiW.

Przy niskim stanie wody, teren pod mostem drugim wypełnia kałuża łącząca się z kolejnym ostrym zakrętem (tym razem w prawo). Aby bezpiecznie wędrować dalej w dół rzeki, korzystniej jest wdrapać się na stromy wysoki nasyp i zejść z niego dopiero za mostem. 

Sceneria pod i wokół mostu zwykle wzbudza pytanie - po co, dlaczego ów most zbudowano. Odpowiedź sugeruje układ pięciu starorzeczy ciągnących się obok lewego brzegu, od ulicy Szczecińskiej w Karlinie do toru kolejki. Tylko dwa i siedlisko żurawi zasilane są wątłymi strumykami, pozostałe są okresowo samodzielne. Okresowo, bo wysoka woda łączy je wszystkie ze sobą i rzeką. Wówczas następuje wymiana wody (i ryb) a zimowe połowy okoni spod lodu to niezła frajda. W lutym próbowałem tam podejrzeć żurawie. Nie udało się - kryły się w trzcinowisku, a lód łamał się pode mną...

Zanim Fritz Homann zakupił ZPPiW, dość często odwiedzałem brzeg prawy. Można tam jeszcze i teraz dotrzeć pieszo po zejściu z torowiska. Dawniej dojeżdżałem aż do ostrego zakrętu rzeki drogą obiegającą ZPPiW, dalej drogą terenową o znacznym spadku, trudną do pokonania po deszczu lub w trakcie roztopów. Droga terenowa rozdzielała się. Trudniejsza lewa jej część prowadziła do zakrętu pomiędzy mostami, prawa do budynku stacji pomp i ujęcia wody dla fabryki. W obu przypadkach dojeżdżałem do rzeki na odległość kilku kroków. Oba były wędkarsko atrakcyjne. Teraz, po sprzedaży, teren fabryki powiększono, ogrodzenie przeniesiono na teren lasu za drogą a korzystanie z przejazdów po terenie fabryki straciło "sens". Szkoda. Z obu miejsc miałem liczne zdjęcia z różnych pór roku (wszystkie na uszkodzonym dysku). Zdarzały się tam godne zapamiętania zdarzenia, stamtąd zabierałem wędkującego na brzegu lewym Henia Semotiuka, przywoziłem piękne lipienie i trocie. Kiedyś podjechaliśmy tam całą rodziną na zimowy piknik, z sankami, łyżwami i grillem. Rozpaliliśmy spore ognisko, synowie szaleli na łyżwach po tafli ciągnącej się od nabrzeżnych zarośli aż po ujęcie wody dla Płyt. Michał wtedy przedobrzył. Podjechał pod ujęcie, gdzie lód okazał się najcieńszy i wpadł do wody sięgającej jego chłopięcych klejnotów. Wrócił błyskawicznie, przy ognisku zmienił porcięta, gatki i buty, mokre rozwiesił na krzaku. Przy pięknej pogodzie biwakowaliśmy dalej. Piknik okazał się bardzo udany. Szybko, w odstępie zaledwie kilkuminutowym, złowiłem dwie trocie. Nieduże - każda około 2,5-3 kg.

O pięknych rybach złowionych na krótkim odcinku pomiędzy mostami słyszałem wielokrotnie. Na lewym brzegu widocznym na zdjęciach często widywałem na śniegu ślady po złowieniu ryby. Bywało, że zostawały takie i po mnie. Kilka złowiłem na prostym odcinku poniżej mostu, co najmniej dwie z zakrzaczonego stanowiska naprzeciwko odpływu wody technologicznej z Fabryki Płyt Pilśniowych i Wiórowych i nie więcej niż dwie pomiędzy krzakami i ostrym zakrętem, za którym rzeka płynie niemal równolegle do toru kolejki. Brzeg oraz teren za zakrętem obniża się i często, przy podwyższonym stanie wody, pozostaje niedostępny aż do mostu drugiego.

Parsęta pomiędzy mostami Kolei Wąskotorowej.

Zakręt i odcinek do mostu Kolei Wąskotorowej to tzw. "odcinek gorący". Tu przez całe minione półwiecze działo się zwykle najwięcej. We wczesnych latach siedemdziesiątych, gdy dla złowienia dorodnej ryby wystarczył krótki pobyt nad rzeką, Zakręt bywał miejscem najdalszym, rzadko odwiedzanym przez wędkarzy z "centrum" Karlina. Od niego częściej rozpoczynali wędrówkę w dół rzeki wędkarze przyjezdni. Tak bywało na co dzień.  W dniach, gdy odbywały się zawody, w różnych miejscach tegoż odcinka odbywały się finały - ważenie, podsumowania, wręczanie nagród. Zwykle przy solidnym ognisku. Gdy zdarzało się (ale b. rzadko), że nikt ryby nie złowił, aby rozdzielić nagrody organizowaliśmy konkurs rzutowy, w którym zwykle decydowała celność rzutu do kapelusza.

Najczęstszym miejscem wybieranym pod finalne ognisko było pobliże Zakrętu, ale bardzo dobrze zapamiętałem wcześniejszy finał pomiędzy Kanałem Bacutilskim i mostem wąskotorówki. Właśnie wtedy mój kolega-zazdrośnik Julian oficjalnie zapowiedział zebranym, że w przypadku gdy wygram także następne zawody, swoje wędki połamie i z mostu wyrzuci do rzeki. W następnym roku wykorzystałem to w sposób trochę przewrotny. W dniu poprzedzającym zawody odwiedził mnie szwagier. Okazji nie pamiętam, wiem tylko, że pobalowaliśmy ostro. Wyjścia nad rzekę nie mogłem ryzykować. Gdy koledzy pytali później, dlaczego w zawodach nie uczestniczyłem, odpowiadałem, że nie chciałem narażać Juliana na stratę bardzo solidnego sprzętu...

Wspominałem już chyba wcześniej, jak bardzo drastycznie w miarę upływu czasu malała zasobność rzeki, jak bardzo rosły czas i odległości poświęcane poszukiwaniom ryby. Zdarzyło się, że pewnego pięknego dnia w połowie lutego zawędrowałem aż pod linię WN przebiegającą nad rzeką poza Lubiechowem. Na prawie 90-stopniowym zakręcie, w pobliżu linii, po złowieniu drugiej w tym dniu (czyli zgodnie z przepisami ostatniej) ryby przysiadłem na plecako-stołku aby nieco odpocząć. Chwilę samotnego posiłku we wspaniałej scenerii - szemrząca rzeka, skrzący w pełnym słońcu śnieg, błękitne niebo i bezwietrzna cisza - naruszył wyłaniający się zza zakrętu wędkarz. Telesfor Baranowski z Karlina. Przysiadł, chwilę porozmawialiśmy. Doradziłem, aby dokładnie obrzucił pobliską "miejscówkę". Telesfor już po pierwszym rzucie zawołał, że miał pobicie. Powtórzył to samo po rzucie drugim. Wiedząc, że wędkarz to doświadczony, nie bardzo wiedziałem, co o tych "pobiciach" naprawdę myśleć. Gdy powtórzył to po raz trzeci, nie wytrzymałem. Stwierdzając głośno, że ryba najwyraźniej czeka na mnie, rozwinąłem swój spinning. Po pierwszym rzucie miałem ją na brzegu...

Do domu wracałem bardzo solidnie zmęczony odległością i ...obciążeniem. Dwukrotnie musiałem odpocząć. Podczas odpoczynku na prostej, powyżej Kanału Bacutilskiego, dotarł do mnie sygnał wzywający strażaków do akcji. Po chwili na linii mojego miejsca pracy pojawił się ogromny słup skłębionego, ciemnego dymu. Napędzany obawą, że 

Parsęta od Zakrętu Żygadły do mostu  wąskotorówki.

Końcowy fragment odcinka określany przeze mnie jako "Zakręt Żygadły", na użytek lokalny nosi obecnie kilka nazw innych. Po uruchomieniu ujęcia wody dla pobliskich "RODOS" młodzi określają je jako "Pompy", "Ujęcie", "Kąpielisko". Od lat najdawniejszych stosuję nazwę zasłyszaną od tubylców w roku 1972. Miejscowi twierdzili wówczas, że umowna nazwa pochodzi od nazwiska właściciela pobliskiego domu. Tyle tylko, że od zawsze do dzisiaj nie mam pojęcia, jak pisano jego nazwisko - przez "Ż" czy "Rz" :).

Nazwa "Kąpielisko" zwykle marszczy mi skórę na karku. Dokładnie tak, jak fotografie z pełnymi zaufania i swobody poczynaniami młodzieńców, korzystających z kąpieliska przy niskim stanie wody. Dzieje się tak, ponieważ po kilkudziesięcioletnich doświadczeniach wędkarskich rzekom po prostu nie ufam. Kiedykolwiek muszę zejść z pontonu do wody, zawsze sprawdzam, co jest pode mną, aby nie trafić na sterczący w niej konar zniesiony wodą np. przed godziną.

W wędrówkach wędkarskich "kąpielisko" obchodziłem wielokrotnie. Przy niskim stanie wody, poniżej zakrętu wyłaniają się z rzeki wielkie głazy. Przy stanie wysokim - głazy, piaszczysta łacha z której młodzież skacze do rzeki i ścieżka spacerowa nikną pod wodą. Przy stanie średnim nad piaszczystą łachą tworzy się prąd wsteczny z leniwym wirem. Od tubylców, którzy za czasów własnej młodości podobnie korzystali z kąpieliska wiem, że w miejscu do którego z taką fantazją skaczą młodzi, istnieje głęboki lej. Wiem, ale wolałem nie sprawdzać...

Podczas w/wspomnianych wędrówek atrakcyjne ryby spotkałem na Zakręcie tylko dwukrotnie. Raz bez świadków. Ryba zaprezentowała się pięknie na powierzchni wody, po krótkiej walce pozbyła się błystki i ...umknęła. Drugą złowiłem w obecności kilku zniechęconych wędkarzy. Po wielogodzinnym nieskutecznym spinningowaniu zatrzymali się na Zakręcie, bo stamtąd rozchodziły się ich powrotne ścieżki. Narzekali na zły dzień, radzili bym przestał się wygłupiać z czesaniem rzeki, bo ryby nie biorą. Zanim skończyłem odpowiedź, że porzucać warto chociażby dla treningu, 4-kilogramowa ryba zaatakowała. Miny moich rozmówców do opisania raczej nie nadają się...

Podany w informacji wstępnej link kieruje do klipu ze slajdem panoramowanym. Fragment na żywo, z "oryginalnym" dźwiękiem zawiera publikacja VII MSK Parsęta 2008 od licznika 4:26.

Na pierwszym miejscu siatki zdjęć tradycyjnie umieściłem fotkę tablicy informacyjnej, osadzonej w sąsiedztwie przebudowanego i umocnionego progu. To właśnie przede wszystkim na progu widywałem reakcje Parsęty na zatory lodowe i silne długotrwałe wiatry wtłaczające do niej wody Bałtyku. W obu przypadkach bywały identyczne - przy utrudnionym odpływie wody do morza poziom nad progiem pozostawał niezmienny do chwili, gdy zrównywał się z nim szybko rosnący poziom dolny. Uskok wodny znikał, rzeka zalewała tereny wyższe i działo się tak na każdym następnym progu. Prawdziwe kłopoty zaczynały się, gdy na taką reakcję trafiała spływająca z dorzecza fala powodziowa, powstająca w wyniku roztopów i długotrwałych intensywnych opadów.

W niewielkiej odległości od wodospadu, lewy brzeg przecina odpływ z rozległego starorzecza, zasilanego wątłym strumykiem sączącym się pod drogą do wsi Lubiechowo. W suche, gorące lato odpływ wysychał a rzekę, w odległości kilku metrów od odpływu można było przekroczyć z bagażem niesionym np. na ramionach. Skorzystałem z takiej formy przeprawy kilkakrotnie.

Szerokie i płytkie rozlewisko poniżej wodospadu kończyło się zdecydowanym zwężeniem i pogłębieniem koryta. Przy obu brzegach tworzyły się zatoczki ze stojącą wodą lub leniwymi wirami. Chętnie kryły się w nich dorodne szczupaki. Łowiłem je tylko wzdłuż brzegu lewego, z konkretnego powodu - mój sprzęt i zestaw nie pasowały do powszechnie stosowanego na Parsęcie. Masywny, trzyczęściowy bambus, gruba żyłka i płotki z jeziora w Dargocicach  uzbrojone dwuczęściową stalką i ołowiem tak wymyślnie,  że po zanurzeniu na głębokość ok 30 cm poruszały się jak żywe. Widywałem jak z toni szybko wynurza się szeroko rozdziawiony zębaty pysk i zamyka na płotce. Po tym szczupak był mój. 

Przy wysokim stanie wody rzeki i starorzecza łączyły się ponad brzegami w ogromną, jednolitą taflę, która zimą, przy sprzyjającym układzie temperatur zmieniała się w przeogromne lodowisko. Bardzo chętnie z takich okazji korzystaliśmy rysując łyżwami przeróżne wygibasy, doskonale widoczne na lekko zaśnieżonej tafli. 

W kilku miejscach opisywanego odcinka próbowałem złowić jakąś atrakcyjną rybę. Więcej niż skromne wyniki kwalifikowały odcinek do grupy słabych, mało atrakcyjnych. Kilka dorodnych lipieni odnalazłem dopiero przed dzikim kąpieliskiem, w miejscu mocno obniżonego brzegu, niedostępnego przy podwyższonym stanie wody. Stanowisko jest trudne, brania następowały tylko w wąskim pasie głównego nurtu, pod przeciwległym brzegiem. Łatwiej bywało wyżej, na wysokim wolnym od krzaków brzegu, ale tam atakowały tylko lipienie drobne. Wrześniowy hol takiego wyrostka zainteresował niegdyś Foxa, psa bardzo uradowanego wspólnym pobytem nad rzeką. Fox widząc, że holuję rybę , postawił łapę na gęstej trawie zwisającej nad podmytym brzegiem. Błyskawicznie znalazł się w wodzie. Wydostać się z niej na pionowym urwisku nie miał szans. Do tego by próbował poniżej nie mogłem dopuścić - mógł zaplątać się w gałęziach zwalonego do rzeki drzewa. Z pozycji leżącej zdołałem chwycić jego biało-czarny obfity kołnierz. Wspólnymi siłami znalazł się na wysokim brzegu i OK. Dalej zachowywał się tak, jakby nic się nie stało...

Parsęta od Wodospadu do Zakrętu Żygadły.

szeregowanie wspomnień metr po metrze, kilometr po kilometrze, od źródeł do ujścia, niezależnie od daty zdarzenia :(. W opisie bieżącym, dotyczącym odcinka, na którym z racji bliskości bywałem najczęściej, stosowniejszym jest określenie metr po metrze.

Wiele lat temu kilka razy odwiedził nas, mój obecnie śp. Tata z Hajnówki. Jak cała reszta naszej rodziny - zagorzały wędkarz spławikowy. Ponieważ oboje musieliśmy  udać się do pracy, podczas śniadania uzgodniliśmy, że Tata po śniadaniu wyszuka sobie wygodne miejsce poniżej mostu szczecińskiego i stamtąd - jeżeli sam nie powróci wcześniej - po pracy zgarnę go na obiad. Nie wrócił, więc swoim Sokołem pojechałem go szukać. Jadąc nad wodę, z przyzwyczajenia zabrałem sprzęt.

Za mostem szczecińskim nie dostrzegłem żadnego wędkarza. Dopiero na łuku, za późniejszą oczyszczalnią, powracający znad rzeki nieznajomy odpowiedział, że kogoś w białym kapeluszu widział, ale tylko z daleka, nad kanałem z wodą stojącą. Po chwili dalszej jazdy biały kapelusz dostrzegłem i ja. Coś podkusiło mnie na tyle mocno, że zdecydowałem się przedrzeć przez gęste zarośla, aby dotrzeć do jedynego na lewym brzegu, trudnego ale atrakcyjnego stanowiska, usytuowanego nieco poniżej ujścia Młynówki. Oglądałem je z ujścia wielokrotnie, ale wcześniej nie miałem dobrej okazji by je sprawdzić. Okazało się rzeczywiście i trudne i atrakcyjne. Po pierwszym rzucie natychmiast zaatakował nieduży, ale przepiękny, prawie 4-kilogramowy srebrniak. Ogromnie zadowolony pojechałem z nim dalej, po Tatę. Spotkanie nieźle nas zaskoczyło - Tata miał 1,5-kilogramowego karpia (skąd w tym kanale karp??), ładnego okonia i sporą płotkę, a mój srebrniak wprawił go w taki zachwyt, że zechciał go nieść w swojej siatce przez miasto. Zgodziłem się chętnie, bo czując, że dzień jest korzystny zdecydowałem na króciutko zatrzymać się nad Parsętą raz jeszcze. Odjechałem rowerem, Tata z rybami wędrował pieszo. Zanim dotarł do mnie i rzeki, w tym samym miejscu co uprzednio, tyle że po znacznie dalszym wyrzucie miałem już drugiego srebrniaka. Oba wyglądały jak bliźniaki. Ze swoim musiałem odjechać do domu - Tata chciał dotrzeć przez miasto sam. Później, przez kilka dni krążyła po Karlinie wiadomość, że widziano wędkarza z wędką spławikową, który w swojej siatce dźwigał srebrniaka, karpia, okonia i płotkę...!

Kolejne zdarzenie jest jednym z wielu związanych z Julianem. Podchodząc do Parsęty na kolejny, krótki popołudniowy wypad, w połowie odległości pomiędzy ujściem Młynówki i dziką plażą trafiłem na niego i jego żonę. Julian denerwuje się zawsze, gdy nie może złowić ryby a że tym razem doszedł od wodospadu do Młynówki bez brania, zaczął doradzać, bym wracał do domu, bo ryby nie biorą. Ledwie skończył swoją wypowiedź, rybę w ich obecności złowiłem. To było ponad jego siły. Rozeźlony do czerwoności, zarządził powrót do domu. Poszli na Kacze Osiedle najkrótszą drogą, bez dalszego czesania rzeki.

Poniżej miejsca spotkania z Julianem. na cyplu rozdzielającym przewężenie rzeki i szeroką zatokę dzikiej plaży, złowiłem na Parsęcie swoją pierwszą rybę. Spodziewałem się ostrej walki, tymczasem troć 2,70 kg podeszła pod moje nogi bardzo spokojnie. Zawiedziony tłumaczę to sobie, że najprawdopodobniej grot kotwiczki utkwił w jej bardzo wrażliwym punkcie.

Spotkanie  w tym samym miejscu z okazem przegrałem. Po dalekim wyrzucie pod przeciwległy brzeg poczułem potężne uderzenie. Kołowrotek krótko zagrał swoją najpiękniejszą melodię, woda ostro zagotowała się i ...błystka spokojnie spłynęła pod moje nogi. W następnym dniu Karlino obiegła wiadomość, że z przeciwległego brzegu białogardzki wędkarz złowił 10-kilogramowego łososia.

Obok wielu zdarzeń przyjemnych, na dzikiej plaży zaistniała także sytuacja wielce niemiła. W letnią niedzielę odwiedził nas po raz kolejny bratanek studiujący w koszalińskiej Szkole Oficerskiej. Trafił na moje totalne zmęczenie wielogodzinną obsługą akcji żniwnej. We trójkę, z ośmiomiesięcznym Pawełkiem, rozlokowaliśmy się na kocu w pobliżu rzeki. Synek grzecznie bawił się pomiędzy nami. Zapytałem Marka, czy może go przez kilkanaście minut popilnować. Po pełnej dobrych chęci odpowiedzi ekspresowo usnąłem. Nie wiem na jak długo. Na nogi postawił mnie ostrzegawczy krzyk zdenerwowanej kobiety: dziecko w wodzie!! To Pawełek parł przez płyciznę ku głębi! Zdążyłem mu przeszkodzić. Przez myśl błyskawicznie przemknęło mi mnóstwo tragicznych scenariuszy. Atmosfera między mną i bratankiem zlodowaciała. Przed wyjazdem całej jego rodziny do USA (na Zieloną Kartę) spotkaliśmy się kilkakrotnie ale do dnia dzisiejszego traktujemy się z rezerwą. Z jego strony na tyle głęboką, że podczas kilku przyjazdów do Polski nie znalazł czasu na odwiedziny stryja nawet w Kołobrzegu, odległym od Karlina o 28 km. OK.

Na końcu łuku, po którym Parsęta opływa plażową płyciznę i przechodzi w prostą aż do wodospadu woda dość intensywnie podmywała prawy brzeg. Powoli ale stale zbliżała się do nabrzeżnej drogi, przebudowanej w latach późniejszych na ścieżkę spacerową. Wysypano w to miejsce kilka przyczep betonowych elementów z nagrobków likwidowanego poniemieckiego cmentarza. Początkowo trochę przeszkadzały wędkarzom, ale proces podmywania brzegu został wstrzymany. 

Wspomniałem wcześniej, że opisywany odcinek - jako najbliższy - był przez wędkarzy nawiedzany najczęściej. Oczywiście do czasu, gdy nawet krótki przedwiosenny wypad po pracy stwarzał szansę na złowienie pięknej ryby. Z roku na rok szanse malały a opowiadania śp. pana Kazia - wielce sympatycznego Kazimierza Szeremety - nabierały cech bajki.

Pan Kazimierz opowiadał, że w pierwszych latach po ich przyjeździe do Polski (z żoną Ireną, poprzez Bliski Wschód i Anglię), jesienią w górę Parsęty płynęły na tarło przeogromne ławice łososi. Miewał wówczas złudne wrażenie, że ostro rozpędzony człowiek zdołałby po Ich grzbietach przebiec na drugi brzeg.

Okazję do wysłuchania wielu wspaniałych opowiadań mieliśmy szczególną - w czerwcu 1974 razem, ich samochodem dojechaliśmy do Soliny na dwutygodniowe wczasy z FWP. Ale to temat odrębny.

Na wysokości umocnienia brzegu cmentarnymi betonami, ale na brzegu lewym, w lipcu 1997 miałem ostrzegawczy wypadek. Po upływie dwóch miesięcy od operacji na otwartym sercu, z Ireną, wałówką i ...spinningiem (!) pojechaliśmy za most szczeciński na skromny piknik. Motorowerem Romet! Było przyjemnie, ale po pewnym czasie po prostu za spokojnie. Poprosiłem Irenę, aby przez kilkanaście minut pobyła sama (wrócę z rybą).

Nie wziąłem poprawki na znacząco zmniejszoną już wtedy obecność wędkarzy i brak odpowiednio wydeptanych ścieżek. Na wysokości betonów wjechałem w bardzo wąski przesmyk pomiędzy znacznie przewyższającymi mnie pokrzywami. Upadłem na lewy bok. Przez długą chwilę starałem się nie poruszać. Wsłuchiwałem się w reakcje własnego organizmu, nic złego nie działo się. Z trudem wyprowadziłem motorower z pokrzyw. Wróciłem bez ryby, za to z postanowieniem zachowania większej ostrożności...

W połowie odległości pomiędzy dziką plażą i wodospadem dostałem w lato 1972 pierwszą lekcję Parsęty. Z delikatnym kijem pstrągowym, cienką żyłką i średniej wielkości meppsem próbowałem coś złowić. Moje poczynania przez chwilę obserwował tubylec. Zapytał, co chcę złowić. Po odpowiedzi, że łososia, pokiwał z politowaniem głową i spokojnie rzekł: Panie, jak panu przyp..... porządny łosoś, to z pańskiego zestawu pozostanie tylko rękojeść.

Po wymianie powyższych "uprzejmości" Lucjan Piwowarczyk (ś.p.) pokazał mi i opisał sprzęt własny. Kij 2,40-2,70m, NRD-owski kołowrotek REX, żyłka 0,35mm, błystka produkcji własnej tzw. karlinka z obrotowym karabińczykiem, kółkiem i dużą kotwiczką oraz plecak z podwieszonym hakiem/osęką. Chwilę po tym jak odszedł, widziałem w podświetlonej słońcem wodzie potężny cień płynący za moją obrotówką w odległości około 10 cm. Na szczęście wzgardził mizernym kąskiem - w odległości kilku metrów ode mnie błyskawicznie zniknął w toni.

O miejscu spotkania z Lucjanem "śmiesznie tragiczną" (albo tragicznie śmieszną) historyjkę opowiedział mi kiedyś Wojtek. Spływając od dzikiej plaży z maską, płetwami i fajką zbierał z zaczepów nad i podwodnych zerwane wędkarskie błystki. Z daleka zauważył na prawym brzegu dziewczynę burzącą wodę bosymi stopami. Zaczerpnął solidny haust powietrza, podpłynął do niej przy samym dnie i wynurzył się pomiędzy jej stopami. Dziewczyna wydała zdławiony okrzyk i ...padła. Przestraszony Wojtek skrył się za pobliskim krzakiem i obserwował ją nie wiedząc co robić: cucić i ratować, czy uciekać. Po długiej jak wieczność chwili dziewczyna poruszyła się, zerwała na równe nogi i boso biegiem uciekła w stronę plaży. Na brzegu pozostały po niej tylko klapki...

Historyjkę tą wielokrotnie wyobrażałem sobie w różnych konfiguracjach. Reakcja dziewczyny wcale mnie nie dziwi.

Próg wodny na użytek lokalny często określany jako wodospad, przebudowano w roku 2010. We własnym archiwum mam wiele fotografii i nagrań sprzed oraz po przebudowie. Większość dotyczy spływów kajakowych stąd opublikowane są lub będą w segmencie "Imprezy Wydarzenia" pod przyciskiem Imprezy Powtarzalne.

Odcinek pomiędzy ujściem kanału młyńskiego i progiem betonowym, jako najbliższy kolejnych miejsc naszego zamieszkania, odwiedzałem najczęściej. W latach siedemdziesiątych złowienie 4-5-kilogramowej ryby było przysłowiową bułką z masłem. Po zakończeniu ówczesnego okresu ochronnego, mimo krótkiego dnia, wystarczył krótki spacer, Bywało, że nawet bardzo krótki. Wiele ryb złowiłem nie dochodząc nawet do dzikiej plaży. Łowiłem jedną i wracałem do domu.

Przyujściowy odcinek Młynówki i kilkudziesięciometrowy odcinek Parsęty poniżej ujścia są osłonięte wysoką skarpą przed zimnymi wschodnimi wiatrami. Tam, na skarpie najwcześniej zakwitały fiołki, tam - z powodów jw. - jeździłem z kilkumiesięcznymi synami (i spinningiem) na spacery. Przy pięknej pogodzie, synowie pozostawiani w wózku na poboczu bezwietrznej drogi, spali słodko i twardo, ja obrzucałem przyujściowy odcinek. Zwykle wracaliśmy z rybą jedną. Tylko raz, w roku 1975, z dwiema i to akurat wtedy, gdy nie zabrałem ani siatki, ani plecaka. Dowiezienie dużych ryb, wciąż wypadających z mizernego koszyka wózkowego, sprawiało niemały kłopot.

W roku 1978, gdy spacery powtarzałem z pięciomiesięcznym Michałem, zdarzały się "puste przebiegi". Złowienie przyzwoitej ryby, z roku na rok stawało się trudniejsze. Zabierało więcej czasu, wędrówki nad rzeką wydłużały się, zdarzały się powroty bez ryby. Po zakupie Malucha zmieniłem styl wędkowania. Nabijanie kilometrów zastąpiłem dojazdami do miejsc "dewizowych". Powolny proces odwrotny rozpoczął się dopiero w latach dziesiątych dwudziestego pierwszego wieku, gdy gospodarkę i ochronę zasobów w Dorzeczu Parsęty przejął Związek Miast i Gmin Dorzecza. 

Słabnące wyniki wędkarskie w niewielkim stopniu kompensowały zmiany zagospodarowania brzegów Młynówki i Parsęty. A zmieniło się sporo. W latach siedemdziesiątych, od ulicy Parkowej do ujścia Młynówki prowadziła droga polna, obiegająca skarpę parkową. Była solidnie wydeptana przez wędkarzy i wyjeżdżona przez auta, ale tylko podczas średniej i niskiej wody. Przy stanie wysokim droga zawsze znikała pod wodą i tak bywa do dzisiaj, mimo, że ze wsparciem unijnym zastąpiono ją utwardzoną ścieżką spacerową. Ścieżka na łuku obiegającym parkową skarpę utwardzona jest kostką brukową, dalej, aż do Zakrętu Żygadły, grysem kamienno-cementowym. Były wzdłuż niej nasadzenia i ławki. Do roku 2020 pozostało z nich niewiele.

Droga na kilkunastometrowym odcinku biegła zalewową doliną, a pomiędzy nią i Młynówką istniał krótki kanał stale wypełniony wodą. W kanale pewnego ranka znaleziono zatopiony samochód ciężarowy z topielcami w kabinie - kierowcą i jego przygodną partnerką. Okoliczności wypadku nie znam. Po Karlinie długo krążyły przeróżne domysły.

Po wielu latach nawożenia gruzu i ziemi kanał oraz znaczną część doliny zasypano, wyrównano a przy ulicy Parkowej utworzono spory parking. Parking od kilku lat zamykany jest w każdą sobotę. Na nim i fragmencie ulicy do godzin popołudniowych królują przewoźne stoiska targowe. Usytuowany jest na tyle wysoko, że nie przeszkadza na nim nawet bardzo wysoka woda, często zalewająca spacerową ścieżkę. Z parkingu kilkakrotnie nagrywałem fragmenty Biegu Papieskiego np. XXIII  a pływanie pontonem nad ścieżką pokazałem w publikacji "Karlino Wysoka Parsęta 2012".

Opisywanie rzeki zawsze wyzwala ogromną ilość wspomnień. Nie wszystkie udokumentowane są fotografiami lub nagraniami a dotyczą różnych okresów. Aby nie pogubić się w takim chaosie, zdecydowałem się wybrać "chronologię" biegu rzeki, czyli 

Parsęta od ujścia Młynówki do "Wodospadu".

Powrót do menu

Nieco niżej i wiele lat później, na skraju starych zarośli zdarzyła się historia, którą wspominam z niechęcią. Przebywałem nad rzeką w czasie, gdy moje auto czekało w kolejce na myjni, poza rogatkami Karlina. Zanim pracownik myjni odstawił je przed most szczeciński, złowiłem małego łososia (2,7 kg). Czyszcząc go w domu, kątem oka zauważyłem, że w pojemniku z wyrzuconymi wnętrznościami coś się porusza. Był to kłąb obrzydliwych, płaskich około 10-centymetrowych robali, 3-4-milimetrowej szerokości. Rybę i całą resztę wyrzuciłem w szczelnie zawiązanym worku foliowym. U łososia/troci było to pierwsze tego rodzaju "znalezisko". Podobne obrzydlistwo zauważyłem tylko przy próbie czyszczenia na Piławie 5-kilogramowego szczupaka, złowionego na jeziorze Długim za Liszkowem. Kiedy zanurzałem szczupaka do spłukania łuski, natychmiast z jego odbytu wysuwał się taki sam biały robal. Chował się, gdy unosiłem rybę nad wodę. Korzystając z saperki, zakopałem rybę na wzgórzu, w odległości ok. 20 metrów od rzeki.

U okoni z łowiska Petrico w Karlinie zauważyłem balonikowate, wypełnione zielonkawym płynem zgrubienia przewodu pokarmowego. W leszczach złowionych na jeziorze Kamienica znalazłem i wyrzuciłem razem z rybami wielkie, obrzydliwe tasiemce. Wcześniej byłem przekonany, że pasożytów nie mają ryby drapieżne. Teraz dokładnie sprawdzam wszystkie...

Na Parsęcie dość trudno jest znaleźć miejsca, w których przez prawie pół wieku nie złowiłem żadnej ryby. Kilka takich istnieje, ale przede wszystkim w dużej odległości od Karlina, z trudnym dojazdem. Poniżej mostu szczecińskiego, niemal z każdym jej kilometrem wiążą się wspomnienia przede wszystkim przyjemne, emocjonujące. Właśnie w niewielkiej odległości od mostu śp. Władysław Wesołowski złowił wcześniej opisaną cudaczną rybę z przeogromnym łbem i resztą długiego ciała podobną do starej pończochy. W tym samym miejscu, bezpośrednio po rozpoczęciu zawodów, w pierwszym rzucie złowiłem pierwszą rybę, drugą kilkanaście minut później, na łuku za funkcjonującą obecnie oczyszczalnią ścieków. Po złowieniu drugiej i zgłoszeniu jej sędziemu, zawody miałem z głowy. Złowiłem dozwoloną ilość, więc bez prawa dalszego wędkowania powędrowałem do ogniska na miejscu zbiórki. Taki przemarsz z niemalże wyzerowaną motywacją nie sprawia przyjemności - pocieszeniem jest tylko szansa na zwycięstwo w zawodach. Aby nie kusić losu, maszerowałem z rozmontowanym spinningiem. "Bezczynnie" mijałem miejsca, w których działo się tak wiele. M.in. miejsce, w którym niegdyś złowiłem dziwną troć. Miała prawdopodobnie przetrącony kręgosłup. Przy wszystkich pozostałych cechach troci, była krótka, gruba i przede wszystkim nienormalnie szeroka. Prawie jak flądra z filigranowym ogonkiem. Cudactwo.

Minąłem także miejsce, w którym ustanowiłem swój pierwszy łososiowy rekord - za oczyszczalnią - ryba 7,10 kg, oraz miejsce spotkania z rozdygotanym wędkarzem z Warszawy. Jadąc w dół rzeki Maluchem zauważyłem, że daje mi rozpaczliwe znaki. Z wysokiego brzegu nie mógł dosięgnąć pięknego, 6-kilogramowego srebrniaka. Pomogłem mu swoim teleskopowym hakiem. Z wrażenia, szczęścia i emocji przez długą chwilę nie mógł ustać na roztrzęsionych nogach...

Ujście Młynówki stwarza świetną okazję do porównania czystości wody Parsęty i Radwi. Proszę zwrócić uwagę na fotografie z sierpnia 2004 i października 2005. W obu przypadkach Parsętą płynie okropieństwo - w sierpniu cuchnące, w październiku do zniesienia, ale pewnie tylko z powodu przeciwnego kierunku wiatru. W obu przypadkach taki zrzut odbył się bez echa. Białogardzka Policja nie popisała się. W sierpniową niedzielę dyżurny policjant moje zgłoszenie przyjął - jego współpracownik, po kilku następnych dniach, żadnego śladu w rejestrze zgłoszeń nie odnalazł.

Opisywany odcinek Parsęty, do roku 2020, czyli w okresie ponad 48 lat licząc od daty naszego przyjazdu do Karlina, poddawany był licznym zmianom. Najważniejsze w moim odbiorze wymieniam nie przypisując konkretnych dat. W roku 1972 ekipy POM zasypywały "kanał ulgi", w dawnym założeniu odprowadzający do Parsęty nadmiar wody napływającej na młyn. Kanał przebiegał pod ulicą Szczecińską, a niezależnie od niego, wzdłuż ulicy, funkcjonował kanał odprowadzający wodę poprzez regulowaną zastawę. Dublowanie funkcji uznano za zbędne. Likwidacja kanału ulgi zwiększyła powierzchnię placu,  na którym miejscowy przedsiębiorca wybudował rodzinny dom. Dom został sprzedany innemu użytkownikowi. Nabywca uporządkował i ogrodził duży plac nad rzeką, oczyścił jej brzegi z nadrzecznych zarośli i nie zdziwię się, jeżeli na ów plac zostanie przeniesiona przystań kajakowa ze sprzedanego terenu przed mostem szczecińskim. W terminie późniejszym, na "wyspie" otoczonej wodami Radwi, kanału młyńskiego i Parsęty wybudowano miejską oczyszczalnię ścieków komunalnych, zlikwidowano wysepki poniżej mostu, opalikowano i umocniono faszyną brzegi, uprzednio łatwo dostępne. To właśnie tu, przy oczyszczalni, na odcinku równoległym do drogi szczecińskiej, po złowieniu dziesiątej ryby, straciłem wyjątkowo łowną obrotówkę podarowaną niegdyś przez Zbyszka Długosza. Także tu, na łuku przed oczyszczalnią, miało miejsce zdarzenie potwierdzające beztroskę, a raczej bezmyślność niektórych rodziców. Po zejściu wysokiej wody, gdy wszystkie brzegi stały się bardzo śliskie, po stronie oczyszczalni pojawiła się czwórka dzieci w wieku 4-6 lat. Gdy dwaj chłopcy zaczęli schodzić po stromym i bardzo śliskim brzegu aby patykiem przygarnąć do siebie jakąś kolorową zabawkę przyniesioną przez wodę, niemal zamarło mi serce. Sam chwilę wcześniej z niemałym trudem powstrzymałem własny zjazd do wody.

Z maksymalnie udawanym spokojem zawołałem do nich przez rzekę: "Chłopcy uwaga! Ta zabawka może być zatruta, lepiej jej nie dotykajcie. Bardzo ostrożnie wróćcie na górę, bo muszę tam kilka razy posłać swoją blachę. Jeżeli źle trafię, blacha może wbić się w ciało któregoś z was i trzeba ją będzie wycinać". Mówiąc to posłałem im blachę pod same nogi. Na gorąco nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy. Na szczęście usłuchali. Przez resztę dnia nie mogłem pozbyć się myśli, czy zdołałbym swoim spinningiem wydobyć któregoś z nich z wody. Jednego prawdopodobnie tak, dwóch na pewno nie. To wspomnienie uwiera mnie do dzisiaj. Trochę dzieci i osób dorosłych w naszych rzekach już utonęło. Dzieci szczególnie zimą...

 

Po siedmioletniej przerwie, niejako z konieczności, bez entuzjazmu, w roku 2020 dałem namówić się do powrotu nad rzekę. Akurat minęła połowa czerwca, miesiąca w którym w latach wcześniejszych łowiłem najpiękniejsze okazy. Uzupełniłem i odświeżyłem sprzęt, zdecydowałem się odwiedzić znane od dawna miejsca. Na początek zakręt przed wjazdem do oczyszczalni ścieków. Ten, na którym niegdyś grupka dzieci mogła doprowadzić do nieszczęścia. Łowiono tu dawniej sporo ryb. Ja również, ale z drugiego brzegu.

Zakręt przy wjeździe do oczyszczalni prezentuje się atrakcyjnie, sprawnemu wędkarzowi umożliwia znaczną swobodę w obu podstawowych metodach połowu - spinningowej i spławikowej. Przez pół godziny, tradycyjnym wachlarzykiem dwukrotnie obrzuciłem rzekę błystką wahadłowo-obrotową podobną nieco do "karlinki", co najmniej dwukrotnie powtórzyłem to błystką obrotową i ...poniosło mnie dalej. Jak zwykle. Jedyną "rybą", którą przy oczyszczalni zdołałem dostrzec był okonek niewiele większy od błystki. Błystkę zaatakował przy brzegu, tuż pod powierzchnią, ale tylko ją potrącił. Był za maleńki na to, aby poradzić sobie z łososiową kotwiczką :).

Chcąc nad Parsętą korzystać z atrakcyjnej "miejscówki", trzeba ją sobie po prostu wyszukać metodą krok po kroku, pokonując liczne, przeróżne przeszkody. Z daleka nie da się takiej wypatrzeć. Mój wiek i stan zdrowia poczynania takowe znacząco ograniczają, więc z konieczności odwiedzać mogę przede wszystkim miejsca łatwo dostępne. Na most szczeciński wjeżdżałem z przekonaniem, że znajdę je powyżej lub poniżej mostu, na lewym brzegu. Rzut oka z auta wystarczył do stwierdzenia, że odcinek powyżej jest obecnie bardzo zarośnięty. Pozostał obszerny łuk obiegający cypel z oczyszczalnią, na którym zarówno przed, jak i po jej wybudowaniu złowiłem sporo troci, w tym swoją - przez kilka lat rekordową - o wadze 7,10 kg.

Zjazd z asfaltu na biegnącą przez łąki drogę, po której niegdyś swobodnie można było dojechać i rowerem i autem do wodospadu oraz do rozległego kanału łączącego się z rzeką za wodospadem, zaskoczył mnie niebywale. Po przejechaniu kilkunastu metrów droga skończyła się, pozostała tylko wysoka zwarta trawa i podłoże totalnie zryte przez dziki. Włączyłem napęd na cztery koła, pokonałem lukę w zarośniętym płytkim rowie, przejechałem kolejnych kilkadziesiąt metrów znacząc nowy ślad. Wysiadłem, gdy dostrzegłem niewielki plac z nieco niższą trawą, umożliwiający nawrót bez obawy urwania np. rury wydechowej. Ze spinningiem i rozsuniętym podbierakiem dotarłem do kilku dogodnych stanowisk na brzegu. Dotarłem i dogodnych to pojęcia bardzo umowne. Musiałem przedzierać się przez kwitnące, obficie pylące trawy przewyższające moich 170 cm wzrostu o kilka do kilkudziesięciu centymetrów. Pył zmyłem pod domowym natryskiem ale nawdychałem się go tyle, że już piąty dzień kaszlę i kicham niemal bez przerwy. Aby nie nasłano na mnie służb koronawirusowych, w miejscach publicznych poruszam się ciągle w maseczkach okrywających usta i nos :(.

Dogodnymi określiłem miejsca, w których możliwe było wykonanie kilku rzutów kontrolnych. Przy niskim stanie wody i stromych, podmytych brzegach, branie i hol porządnej ryby stanowiłoby poważny problem. W Dorzeczu Parsęty obowiązuje obecnie zakaz używania osęki(!) i kilka podobnie bezmyślnych kwiatków np. możliwość zabrania tylko jednego lipienia lub jednego pstrąga przy nielimitowanej ilości łowienia (okaleczania i stresowania) tych ryb, pod warunkiem wypuszczenia ich po złowieniu. Określenie "bezmyślne" uzasadniałem wielokrotnie w internecie. Moje uzasadnienia, obok licznych komentarzy z poparciem, zawsze wywoływały wściekłe, często niezwykle wulgarne ataki. Jak zwykle mam na to dowody - szczególnie chamskie komentarze "estetów z wyższej półki" przechowuję w formie zrzutów ekranu PC.

Tak czy owak, moja niechęć narasta. Bardzo emocjonujące dawniej przedzieranie się przez chaszcze, wyszukiwanie dogodnych miejsc i łowienie zawsze pięknych okazów, w roku 2020 przekracza moje 80-letnie siły, a niedawno nabyte w wypadku pęknięcie kostki sprawia, że po marszu przez zryte bezdroża od nowa utykam nawet przez kilka dni.

Ujście rzeki Radew od zawsze pozostaje miejscem atrakcyjnym. Także niebezpiecznym, w szczególności dla wędkarzy obcych. "Spece", których nie udało mi się namierzyć, wbijali pal w dno na styku rzek, mocowali do niego długą linę z dowiązaną dużą wiązką gałęzi, resztę załatwiała woda. Ciężki zestaw samoczynnie krył się pod wodą, prawdopodobnie służył jako wciągarka do siatek kłusowniczych ale przede wszystkim stanowił nieprzyjemną pułapkę. Każdy, kto jej nie znał, tracił na niej błyski. Kilka straciłem.

W latach siedemdziesiątych, w narożniku pomiędzy rzekami, na ówczesnym terenie PGR Karlino, rozstawiał swój sprzęt rybak odławiający ciągnące na tarło ryby dwuśrodowiskowe. Korzystając z mizernej Stynki rozciągał swoje sieci na całej szerokości Parsęty i Radwi a odłowione ryby przetrzymywał w prymitywnych dużych skrzyniach osadzonych w wodzie przy brzegu. Miejscowi wędkarze przypisywali mu przeróżne niegodziwości z pokątnym handlem ikrą i odłowionymi rybami, ale nigdy nie przedstawili konkretnych dowodów. Takie doniesienia trafiały do mnie, bo wcześniej wmanewrowano mnie w funkcję prezesa koła PZW Karlino Miasto. Poza przekazaniem sygnałów miejscowej Milicji i komendantowi Straży Rybackiej przy Zarządzie Okręgu PZW w Koszalinie, bez dowodów niewiele mogłem zdziałać a wszelkie próby w jednostkach zobowiązanych do strzeżenia zasobów publicznych, wzbudzały co najwyżej niechęć. Kłusownictwo w owych czasach było po prostu bardzo rozpowszechnione i ...opłacalne, a zasądzane kary bywały tak niskie, że "odrabiano" je podczas jednego nocnego kłusowania.

Rybaka odwiedzaliśmy kilkakrotnie o różnych porach dnia i nocy, w grupach 2-3 osobowych, zawsze bez uprzedzenia. Oczywiście podczas pierwszych odwiedzin powiadomiliśmy go ogólnie o powodach i planach - przyjął je ze zrozumieniem. Nigdy nie trafiliśmy na sytuację, którą mogłaby naruszyć nasze zaufanie.

W latach późniejszych punkt odłowu przeniesiono na zakręt Parsęty, pierwszy poniżej mostu szczecińskiego, Zmieniono także technikę odłowu. Zastosowano wykorzystywany do dnia dzisiejszego odłów elektryczny. Odstąpiono od pozyskiwania materiału do sztucznego tarła bezpośrednio nad rzeką i oddawania rzece wykorzystanych tarlaków. Szkoda. W kilku takich akcjach uczestniczyłem - wypuszczenie do rzeki np. siedmiokilogramowej ryby i oglądanie jej wyraźnego zdumienia sprawiało niemałą frajdę.

Ujście Radwi, próg przy moście białogardzkim rozdzielający jej wody m.in. na kanał młyński (Młynówkę), jaz przy moście szczecińskim regulujący wraz z progiem stan wody w młyńskim kanale i przede wszystkim młyn wodny, stanowiły ściśle powiązany węzeł urządzeń hydrotechnicznych, w którym nawet najdrobniejsze zmiany wywoływały gorące dyskusje nie tylko wśród wędkarzy. Po Karlinie długo snuły się pantoflowe wieści o potajemnych transportach łososi z młyna i ludziach z tym procederem związanych. Dyskutantów było bardzo wielu, żaden nie potrafił przedstawić konkretnych dowodów, a sfinansowanie, wykonanie i montaż kraty uniemożliwiającej spływ łososi na młyńską turbinę przerzucano pomiędzy instytucjami jak gorący kartofel.

Na szczęście czasy, w których turystykę traktowano jak zło konieczne a wędkarstwo jako fanaberie, minęły dawno i raczej bezpowrotnie. Technika, wyposażenie, zaangażowanie i współpraca Straży Rybackiej, Straży Granicznej, Straży Miejskiej oraz Policji osiągnęły długo oczekiwany poziom. Efekty widoczne są chociażby w wynikach zawodów rozgrywanych na różnych szczeblach.

Odcinek pomiędzy ujściami, jako bliski miejscu zamieszkania, odwiedzałem dość często - w sezonie ze spinningiem, we wrześniu z zestawem lipieniowym. W początkowych latach siedemdziesiątych do połowów lipienia powszechnie stosowano krótko gotowaną ikrę łososiową, przechowywaną w solance. Przynęta była bardzo skuteczna, szybko zakazano jej stosowania. Zastąpiła ją imitacja z żółtego sera i białe robaki. Z obu metod świetnie zapamiętałem wiele nietypowych zdarzeń.

Naprzeciwko ujścia Radwi, przy niskim stanie wody odsłaniała się niewielka platforemka, umożliwiająca posyłanie błystki w górę i w dół Parsęty, albo na wprost, w ujście Radwi. Wachlarz możliwych rzutów był bardzo szeroki, tyle tylko, że należało pamiętać o w/wspomnianej pułapce. Kilka szlachetnych ryb stamtąd przyniosłem, w tym jednego pięknie wybarwionego, dużego pstrąga.

Nieco niżej, na kilkunastometrowym zakrzaczonym odcinku dostęp do wody był raczej trudny, ale od czego jest wreszcie wędkarskie doświadczenie. Przy wodzie niskiej, błystkę podaną pod prąd należało sprowadzać szybko. Prowadzona wolno, niebezpiecznie osiadała na przydennych korzeniach. Przy podawaniu na wprost, konieczne były silne rzuty płaskie, pod daleko wysunięte nad wodę gałęzie przeciwległych olch. Przy podawaniu błystki na dużą odległość w dół rzeki i prowadzeniu jej pod prąd należało - jak zawsze - unikać kontaktu z krzakami wysuniętymi do wody z brzegu, na którym stał wędkarz. Ale to wędkarski elementarz. Dla mnie zawsze najważniejszą była celność rzutu i umiejętność prowadzenia błystki po torze planowanym przeze mnie, nie rzekę. Parsęta, jej trudnodostępne w wielu miejscach brzegi, gwarantowała niezłą w tej dziedzinie szkołę. Na tyle dobrą, że Ogólnopolskie Mistrzostwa Technicznej Obsługi Rolnictwa w Solinie, w konkurencji rzutowej, wygrałem pozostawiając pozostałych zawodników daleko w tyle. W konkurencji spławikowej, z której po mistrzostwach ówczesnego województwa koszalińskiego zakwalifikowałem się do Soliny, nie zostałem nawet sklasyfikowany - nie złowiłem nic :(. Kombinacje ze sprzętem, a w szczególności z pudłami i wiadrami zanęt i przynęt to nie moja działka. Tego nie cierpię.

Mój start w konkurencji rzutowej, w skrócie polegającej na pięciu rzutach ciężarkiem do tarczy z różnych pozycji: znad głowy; sprzed siebie; boczny lewy; boczny prawy; dowolny, wzbudził spore zainteresowanie. Poprzedzający mnie zawodnicy wykonywali swoje rzuty stojąc niemalże na baczność. Przed zawodami spróbowałem ich naśladować. Licząc na ułatwienie, w swoim spinningu założyłem zapasowy kołowrotek z cienką żyłką. Lekki, jednakowy dla wszystkich ciężarek padał daleko od tarczy, nigdy tam, gdzie chciałem. Wkurzony, na powrót założyłem enerdowskiego Rexa z żyłką stosowaną na Parsęcie 0,30 czy nawet 0,35 mm. Aby z taką "żyłką" lekki ciężarek doleciał do tarczy, należało użyć sporej siły. Zrobiłem to, co przez lata robić musiałem na Parsęcie. Do każdego rzutu przyjąłem odmienną pozycję. Zmieniałem tylko nogę wykroczną i przechył ciała - ciężarek po każdym rzucie lądował w tarczy.

W połowie odległości pomiędzy ujściem Radwi i mostem istniał niegdyś kilkudziesięciometrowy odcinek brzegu bez krzaków. Podczas sprawdzania go delikatną lipieniową przepływanką kulkę żółtego sera połknął przepiękny, kilkukilogramowy srebrniak. Haczyk prawdopodobnie utkwił mu w miejscu sprawiającym ostry ból, bo mimo wagi kilkukrotnie przewyższającej moc zestawu spokojnie zbliżał się do brzegu. Na końcową fazę holu trafił "Słowik", bardzo doświadczony wędkarz z Karlina. Poprosiłem go, aby rybę podebrał moim przedłużonym, lipieniowym podbierakiem. Gdy doprowadziłem ją do brzegu, Słowik, zamiast otoczyć siatką, podniósł ją tak, że głowa i ogon ryby zwisały poza ramiona podbierakowego trójkąta. Po uniesieniu nad wodę, podbierak pod ciężarem ryby złamał się w miejscu łączenia, ryba zsunęła się po jego ramionach do rzeki i na dłuższą chwilę legła bez ruchu na podwodnej półce, na głębokości zaledwie kilkunastu centymetrów. Próbowałem ją jeszcze podebrać, ale zrobiłem to na tyle niezdarnie, że zsunąłem ją z półki na głęboką wodę. Ryba zniknęła w toni, po chwili ochlapała wędkującego z pegierowskiego brzegu (mojego blokowego sąsiada), śp. Xx Żbikowskiego. Błędy zdarzają się także najlepszym...

Parsęta od ujścia Radwi do ujścia Młynówki.

- uwolniła się jednocześnie i z chwytu i z kotwiczki, zniknęła w nurcie. Obaj jej zasalutowaliśmy. Wróciliśmy bez ryby.

Cztery zdjęcia z 15.08.2004 r stanowią dowód zrzutu ogromnej ilości cuchnących zanieczyszczeń. Do ujścia Radwi podjechałem rowerem aby sprawdzić, którą rzeką nieczystości płyną. Trafiłem na mężczyznę powracającego z lasu z psem. Pies na widok wody popędził do niej wyraźnie uradowany. Dobiegł ...i gwałtownie od niej odskoczył. Całą szerokością rzeki płynął duszący, skłaniający do wymiotów zrzut. Na ujściu mieszał się z czystą wodą Radwi.

Z uwagi na niedzielę i brak innego dostępu, sprawę zgłosiłem  białogardzkiej Policji. Prosiłem o sprawdzenie Pokrzywnicy i przede wszystkim Fabryki Mączki Rybnej w Nasutowie. Zgłoszenie przyjęto. Po upływie kilku dni telefonicznie zapytałem o wynik. Dyżurny policjant długą chwilę szukał zgłoszenia - nie znalazł...

Po zakończeniu budowy obwodnicy kilkakrotnie parkowałem przy niej na skraju lasu, w połowie odległości pomiędzy utwardzoną leśną drogą i mostem. Zanim definitywnie zrezygnowałem z członkostwa w PZW, powyżej mostu złowiłem swoją ostatnią rybę - troć 4,70 KG.

Historii budowy elektrowni wodnej nie znam na tyle, aby zasłyszane lub odnalezione w internecie informacje traktować jako fakty. Z jednych wynika, że budowę rozpoczęto przed II wojną światową, z innych, że podczas jej trwania. Podobno miała to być elektrownia bliźniacza - taka, jaką w latch 1935-36 wybudowano w Rościnie.

Świetnym znawcą powojennej historii okolic Karlina był swego czasu męski fryzjer, śp. Edwin Xx. Miał spore archiwum artykułów prasowych i zdjęć dotyczących Karlina a ponadto mnóstwo widokówek z całego świata. Widokówki ze swoich podróży przesyłał mu także nasz Michał - niegdyś załogant ogromnych statków wycieczkowych. 

Układ betonowych elementów pozwala domyślać się, że obiegający je odcinek koryta rzeki jest tworem sztucznym. Podczas prób spinningowania okazało się, że zawiera mnóstwo niewidocznych zaczepów, na których straciłem kilka błystek przy łącznie dwóch, w różnym czasie złowionych rybach małej + średniej wielkości. Określenia powyższe od razu wyjaśniam - ryby o wadze do 3 kg nazywam małymi, 3-6 kg to ryby średnie, powyżej 6 kg duże. Chwalić się nie mam czym. Moje największe z Parsęty to 7,15 i 7,95 kg ale słyszałem wielokrotnie o rybach dwucyfrowych. Holu takowej nie widziałem nigdy, ale właśnie tu, w pobliżu miejsca nad którym obecnie przebiega obwodnica Karlina miałem niezapomniany kontak wzrokowy z okazem rekordowym. Stojąc na stromo opadającym uskoku, z  prądem rzeki sprowadzałem błystkę dobrze widoczną w podświetlonej słońcem wodzie. Gdy znalazła się w odległości około trzech metrów od moich stóp, kątem oka zauważyłem, że tuż pode mną dno rzeki zaczyna unosić się i zbliżać do powierzchni. Fragment dna okazał się ogromną rybą. W zaskoczeniu popełniłem niewybaczalny błąd - opuściłem błystkę na grzbiet kolosa (??). Ryba jednym ruchem ogona zniknęła w nurcie i nigdy więcej, mimo wielodniowych prób, nie pokazała się.

Wyjść i wyjazdów nad Parsętę przez okres prawie 50 lat uzbierało się ...sporo. Niewielka część dotyczyła opisywanego odcinka, z którego zawsze powracałem z czymś. Jak nie złowiłem ryby, wracałem z orzechami laskowymi, jabłkami na kompot, niekiedy z grzybami. Przez pewien czas, tuż przed by-passem obiegającym fundamenty istniała spokojna zatoczka oddzielona od szybkiego nurtu dużym krzakiem. Siadywałem nad nią przy kępie nabrzeżnych olch, z wędką spławikową. W zatoczce, w spokojnie krążącej wodzie brały różne ryby, w tym nawet dorodne lipienie i "rybka" z trzeciego zdjęcia w górnym rzędzie. Ale na Parsęcie zmiany zachodzą szybko. Wysoka woda wyrwała i uniosła krzak, wichura złamała jedną z kępy olch, świetna miejscówka przestała istnieć.

Podobnie było po drugiej stronie, gdzie za zwaloną do nurtu olchą, na około 10-metrowym prostym odcinku brały piękne lipienie. Sukcesy w dużej mierze zależały od dobrze  przygotowanego zestawu. 30-centymetrowy przypon, ciężarek i spławik musiały być dobrane tak, by przynęta płynęła przed ciężarkiem ciągnionym po dnie przez spławik.

Stanowisko przestało istnieć a podczas ostatniej próby moja przynęta na cienkim lipieniowym przyponie skusiła dużego srebrniaka. Próbowałem go zmęczyć ale przywierał do dna i po prostu nie reagował na napinania żyłki. Odpływał kilka metrów po wrzuceniu darni wyrwanej z brzegu, wracał, przywierał w tym samym dołku. Kombinowałem przez ponad dwie godziny. Zapadał zmierzch więc pociągnąłem mocniej. Przypon strzelił...

Pokazowe spotkanie z małym łososiem pechowo zakończył na wysokości betonów nasz gość z Lubska. Młodszy ode mnie o lat kilkanaście, ale za to prawie dwumetrowy i ponad stukilowy, do czasu kilku naszych wspólnych wypraw specjalizował się na swoim terenie w połowie okazów spokojnego żeru, dwucyfrowych karpi, amurów, leszczy. Siadywał nad wodą na wędkarskim krzesełku, zarzucał zestaw i przeglądał prasę zmieniając co 20 minut przynętę. Niegdyś palił papierosy, ale tylko do czasu gdy w jednym z artykułów wyczytał, że ów nałóg znacząco obniża męski potencjał. Papierosy i zapalniczkę wyrzucił do rzeki, z nałogiem zerwał definitywnie i do dnia dzisiejszego, zbliżając się do siedemdziesiątki pozostaje 100-procentowym facetem, korzystającym ze swoich możliwości co najmniej raz dziennie. :).

Gdy lewym brzegiem dotarliśmy na wysokość miejsca, w którym istniała niegdyś spławikowa zatoczka, pokazałem to miejsce towarzyszowi posyłając w nie błystkę. Łosoś. któremu do trzech kilogramów brakowało sporo, uderzył w połowie rzeki. Był za mały do podebrania osęką, za duży do bezpiecznego uniesienia na żyłce. Łowca okazów zdecydował, że wyjmie go z wody ręką. Chwycił go ponad płetwą ogonową. Ryba zareagowła gwałtownie

Parsęta od betonowych elementów elektrowni do ujścia Radwi.

Parsęta poniżej III(I) mostu i ujścia Pokrzywnicy to ważny dla wędkarzy odcinek rzeki. Niewielka odległość od Karlina i bliski choć niełatwy dostęp do prawego brzegu sprawiają, że jest często odwiedzany i przez wędkarzy miejscowych (Karlino/Radlino) i zjeżdżających z odległych miast Polski - z Gdańska, Warszawy, nawet z Krakowa i Wrocławia. Nie zdołałem ustalić skąd przyjechała 3-osobowa grupa z panią w biało-szarym króliczym futerku, którą niegdyś przez chwilę obserwowałem z wysokiego brzegu porośniętego nigdzie więcej niespotykaną, zimozieloną rośliną o prostych, 30-centymetrowych nierozgałęzionych pędach. Pędy gęsto pokrywają wzgórze - jak skórę gigantycznego, zielonego jeża.

W piękny, słoneczny ale mroźny dzień grupa dość szybko przemieszczała się w dół rzeki. Pani w futrzanej kurtce posyłała swoją błystkę wyjątkowo celnie i dokładnie w te miejsca, w które posyłałbym i ja zajmując te same stanowiska co ona. Patrzyłem na to z niemałym zaciekawieniem - to była pierwsza ale nie  ostatnia kobieta, którą widziałem ze spinningiem.

Gdy grupa oddaliła się na przyzwoitą odległość, zszedłem ku wodzie. Podczas spokojnego obrzucania rzeki "wachlarzykiem", przy trzecim bodajże rzucie błystkę zaatakowała nieduża, około 3-kilogramowa troć. Wróciłem z nią do domu.

Obok zamieściłem dwa zdjęcia pani zajętej rozpalaniem ogniska. Jej partner, Lech kombinował w tym czasie na przeciwległym brzegu, jak przekroczyć Pokrzywnicę i dotrzeć do bliskiego już mostu.

Podczas spinningowania na odcinkach leśnych, partner na przeciwległym brzegu bywa bardzo pomocny przy uwalnianiu błystek z zaczepów, ale przedzieranie się w górę rzeki lewym, nieprzyjaznym, wysoko-obwałowanym brzegiem wymaga dużego wysiłku. Ale Leszek to twardziel!

Prawo do nazywania lewego brzegu nieprzyjaznym uzyskałem w trybie normalnym - na Parsęcie niewiele jest miejsc, których przez prawie pięćdziesiąt lat wędrówek jej brzegami

Parsęta poniżej III(I) mostu i ujścia Pokrzywnicy.

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

piaszczystym dnie trudno było wypatrzeć jakiś konkretny zwał, kamień lub fałdę, którą przyzwoita ryba mogłaby uznać za bezpieczną lub przynajmniej godną uwagi kryjówkę. Zatrzymałem się tylko po to, aby sprawdzić pracę kolejnej, własnoręcznie wykonanej błystki. Akurat tam istnieją doskonałe ku temu warunki.

Aby dłużej obserwować błystkę, posłałem ją pod prawy, przeciwległy brzeg ukośnie, pod kątem około 70 stopni od brzegu mojego, w miejsce absolutnie czyste. W momencie, gdy z delikatnym pluśnięciem dotknęła powierzchni, woda ostro zagotowała się. Na zakończenie sezonu wróciłem do domu z rybą, ale niechęć do tamtego odcinka rzeki pozostała.

Wideo: Październikowy spływ Parsętą  /  

PZW Białogard Koło nr 3 TOPIK Noworoczne Zawody TROĆ 2012

II most, to miejsce bezkonfliktowe. Niezależnie od strony z której do niego dochodzi/dojeżdża się, z biegiem rzeki z góry czy od strony Karlina pod górę, zawsze jest drugi :).

Zanim służby leśne zbudowały w miarę przyzwoitą drogę łączącą Rościno i Karlino, do mostu prowadziły dwie niemal równoległe drogi leśne. Leśne w pełnym znaczeniu tego określenia. Dojazd nimi autem zawsze był ryzykowny - ekwilibrystyki motorowej wolę nie opisywać. W zagłębieniach często stała woda kryjąca rzeczywistą głębokość dołu a niekiedy na drodze sterczał ruski żołnierz z automatem i gadał "dalsze nie lzia, strelać budu". Rosjanie takie "ćwiczenia" powtarzali co pewien czas. W lesie nad rzeką pozostawały po nich rozległe okopy maskujące czołgi, może samobieżne działa (?), a w rzece ogłuszona ładunkami drobnica (grube ryby podobno wybierali żołnierze). Nigdy tego nie widziałem. Teren strzeżony był dobrze. Tylko jeden raz musieliśmy się jakoś rozminąć, chyba byłem nad wodą wcześniej. Gdy akurat walczyłem z okazałą rybą, na przeciwległym brzegu pojawili się dwaj oficerowie. Troć wystrzeliła przed nimi w górę, potrząsnęła swoim srebrem usiłując pozbyć się błystki i chlapnęła do wody z takim impetem, że dostało się trochę i oficerom. Usłyszałem pełen zdumienia komentarz "Wot blad', kakoj artist !!"

Było, minęło.

Powyżej mostu, w niewielkiej od niego odległości rzeka rozszerza się, tworząc z podmytego, wysokiego brzegu stromą skarpę. Koryto jest wypełnione zwalonymi drzewami. Zanim opanowałem technikę prowadzenia błystek nad pniami, kilka blach straciłem bezpowrotnie. Ale było warto.  

Wspomniałem wcześniej, że na Parsęcie poza "dewizowymi miejscówkami" warto sprawdzać każdy jej odcinek. Potwierdzenie takiego poglądu uzyskałem m.in. przy II moście, i to dwukrotnie.

W przypadku pierwszym, przy bardzo niskim stanie wody zszedłem z mostu na niezbyt wygodną wysepkę tylko po to, by sprawdzić pracę nowej, własnoręcznie wykonanej błystki. Ryby nie spodziewałem się. W momencie gdy blacha dotykała wody, nastąpił potężny atak. Woda zakotłowała się, błysnęła srebrem i popłynęła dalej. Ryby do ponownego ataku namówić nie zdołałem.

W drugim, w ostatnim dniu sezonu, również przy bardzo niskim stanie wody, trochę zniechęcony brakiem ryby zatrzymałem się na chwilę w odległości około 150 metrów od mostu III(I), pośród ponurego niczym sztuczny, ciemnego szpaleru wysokich olch. Tego odcinka rzeki od zawsze po prostu nie lubię. Rzeka jest tam szeroka, płytka i prosta jak sztuczny kanał. W czasach, gdy bez zatrzymywania się omijałem ów odcinek, na żółtym 

przecież uchyliłem się :(.

Skończyło się na lekkim opryskaniu i wielokrotnym podaniu kilku szybko zmienianych blach. Nie zaatakowała żadnej.

Wiele lat później, zupełnie innego rodzaju emocji doznałem za mostem, na polnej drodze prowadzącej z Rościna do Nasutowa. W miejscu, gdzie przecina ją mizerny, okresowo wysychający ciek odprowadzający wodę ze starego kanału. W dwa dni po tym, jak w zwykłych butach gumowych swobodnie przeszedłem ów ciek, zdecydowałem przejechać przezeń maluchem, aby ominąć strome skarpy powstałe po regulacji. Najwyraźniej wjechałem w koleiny pozostawione przez jakiś duży ciągnik. Maluch utknął na środku rozlewiska, zaczął nabierać wody. Pomoc uzyskałem błyskawicznie - akurat podjechał wyprzedzony przeze mnie ciągnik. Gdy otworzyłem drzwi autka i runęła z niego woda sięgająca połowy oparcia siedzenia, właścicieli stojącego w pobliżu dużego samochodu ze znakami bydgoskimi ogarnął śmiech sięgający chmur. Zatkało ich, gdy po wypływie wody spróbowałem malucha uruchomić. Silnik zagrał natychmiast, plunął wodą z rury wydechowej i grał dalej, jakby nic się nie stało.

Autko z lekko opuszczonymi szybami zostawiłem na chodzie (i słońcu), sam na kilka minut pośpieszyłem nad rzekę. Po trzecim bodajże rzucie blachę zaatakowała troć 3,70 kg. Na jej widok bydgoszczan odpoczywających po całodziennym wędkowaniu bez brania, zatkało po raz drugi. 

Do domu powróciłem z rybą złowioną w ciągu kilku minut a wymontowanie, suszenie i czyszczenie siedzeń malucha trwało kilka dni...

 

Przed zakupem "malucha", czyli do końca sezonu 1978, do I(III) mostu maszerowałem "z buta". Z Karlina to spora, kilkukilometrowa odległość. Chcąc być najwcześniej, przed innymi wędkarzami, wyruszałem z domu przed świtem, w ciemnościach. Chwile niezapomniane. Cisza, jaśniejąca w mroku piaszczysta droga, odgłos moich własnych kroków, szarzejący pas nieba nad drogą i przede wszystkim wspaniały zapach płynący z łąk, zza rzeki. Tak pachnie tylko schnące na łąkach siano.

Przystawałem na moście aby odpocząć po marszu i odczekać na świt bezpiecznie rozjaśniający nabrzeżne wertepy. Zdarzało się, że z góry, sprzed mostu, dobiegał mnie cichy plusk i trzask zamykanego kołowrotka. Ktoś był nad wodą wcześniej! W takim przypadku zwykle rezygnowałem z odcinka górnego. "Czesząc" rzekę, lewym brzegiem schodziłem w dół, w stronę Karlina aż do III(I) mostu, albo do chwili złowienia pierwszej ryby. W obu przypadkach przechodziłem przez most na brzeg prawy. Bywało, że z rybą od razu wędrowałem do domu najkrótszą drogą. Bez ryby czesałem rzekę schodząc w kierunku Karlina, niekiedy aż do ujścia Radwi.